piątek, 20 listopada 2015

Tydzień w kinie - "Slow West"

Zdaje się, że dzisiaj ten najbardziej amerykański z filmowych gatunków, jakim bez wątpienia jest western, współczesny przemysł kinematograficzny traktuje niczym swoiste freeware, komputerowy program, który wolno dowolnie poddawać autorskim modyfikacjom. Można się nie bez słuszności wykłócać, że dekonstrukcja Dzikiego Zachodu dokonała się na ekranie już dawno, choćby za sprawą Sama Peckinpaha i Sergia Leone, dawne zasady kluczowe dla gatunku łamali zresztą nawet i klasycy, ale świeża perspektywa otwartego przed dekadą z hakiem nowego stulecia pozwala sięgać po rozwiązania i formalne, i fabularne, które pewnie nazwano by postmodernistycznymi.

Na Dzikim Zachodzie śmierć przychodzi znienacka
Slow West (7/10)

Na kowbojach niejednokrotnie stawiano krzyżyk, a, nie licząc już nawet narastającej fascynacji gatunkiem Quentina Tarantino – „Chciałbym zostać zapamiętany jako twórca westernowy”, jak sam mówi – ostatnie lata przyniosły co najmniej kilka godnych uwagi produkcji zarówno arthouse'owych, jak i jawnie rozrywkowych czerpiących garściami z poetyki Dzikiego Zachodu. Na ich styku znajduje się stylowy debiut Johna Macleana, „Slow West”, którego tytuł to jawne, acz być może niekoniecznie zamierzone, oko puszczone do publiki; oto bowiem mamy do czynienia z przeciwieństwem serwowanej przez kina papki „fast”.

Mark Kermode, prominentny krytyk brytyjski, wychwalał film pod niebiosa, Michael Fassbender nie dość, że go wyprodukował, to jeszcze i w nim zagrał. I faktycznie jest w „Slow West” element iście baśniowy, odrealniony, kuszący, pozwalający się zachwycić, być może wynikający z faktu, iż podgórskie tereny Nowej Zelandii, zresztą fotografowane po mistrzowsku, udają tutaj rozległe amerykańskie prerie. Swoistą nostalgią nasącza film sama fabuła zadzierzgnięta wokół przeplatających się elementów opowieści coming-of-age, romantycznej wyprawy ku nieistniejącym jeszcze granicom oraz specyficznej relacji pomiędzy mentorem a dorastającym chłopakiem, o tyleż naiwnym, co dobrodusznym. Maclean pokazuje Amerykę uduchowioną, widzianą oczyma młodego Jaya Cavendisha (Kodi Smit-McPhee), szkockiego nastolatka, który kraj na końcu świat zna z podróżniczych relacji, może na poły wyssanych z palca. Brutalnej prawdy na temat nowego wspaniałego świata dowiaduje się od napotkanego łowcy nagród (Michael Fassbender); ten obiecuje zabrać go bezpiecznie do ukochanej, która umknęła za ocean. I bodaj to właśnie kontrasty wynikające ze zderzenia wyidealizowanych wyobrażeń o magicznym, spowitym tajemnicą Zachodzie z koniecznością strzelenia głodującej matce w plecy – kraina szans i możliwości jest również krainą zdeptanych marzeń o lepszym życiu – i przymierzach z niegodziwcami. Maclean chwyta w swoim obiektywie schyłkowy Dziki Zachód, może jeszcze nie do końca odkryty, ale już po części odmitologizowany.

„Slow West” nie jest, bynajmniej, powolny, finałowa strzelanina nie ustępuje tym z „Jeźdźca znikąd” czy „Rio Bravo”, zresztą całość skrojona jest pod intertekstualne, choć nienarzucające się tropy, a ahistoryczne myślenie nawet nie tyle Maclean'owi nie przeszkadza, co przychodzi mu w sukurs.

Recenzja ukazała się na łamach "Dziennika. Gazety Prawnej".