piątek, 29 maja 2015

Tydzień w kinie - "Eden"

Od zera do didżeja? Niby tak, ale tylko pozornie. Mia Hansen-Love nie godzi się bowiem na powielanie typowego dla kina głównego nurtu, zajechanego jak łysa kobyła schematu fabularnego o chłopaku zakałapućkanym w marzenia, który traci dla nich głowę, serce, a wreszcie i duszę. Nie jest to ani historia o klęsce, ani o tryumfie, lecz o... trwaniu.

Tym razem obędzie się bez podpisu.
Eden (7-/10)
Początek lat dziewięćdziesiątych. Paul, dobrze rokujący student o niemałym talencie literackim patrzy z boku na początek muzycznej rewolucji, która dotyka jego rodzinny Paryż, ale nie chce pozostać biernym obserwatorem, ledwie odbiorcą. Łapczywie przesłuchuje kolejne płyty, szukając inspiracji, komponuje, miksuje, organizuje koncerty. Zaczyna byle gdzie, byle chciano go słuchać, byle móc stanąć za konsoletą. I choć nie udaje mu się zawojować świata jak kolegom z Daft Punk, nazwisko Paula znają nawet za oceanem. Lecz gdy staje na scenie nie po raz pierwszy, a setny, po dawnej ekstazie pozostaje jedynie mgliste wspomnienie, kolejne występy to tylko parę groszy do portfela, żeby mieć na rachunki. Frycowe od marzeń? Bynajmniej, raczej trzeźwa rzeczywistość, ale Hansen-Love nie uprawia moralizatorstwa, nie grzmi z ambony, żeby przejrzeć na oczy. Ba, przecież niektórym się udaje, chłopaki z Daft Punk pną się do góry, tyle że nie o nich jest to film. I między innymi na tym zasadza się niejaka wyjątkowość „Edenu”, na perspektywie, którą przyjęto, bo takich gości jak Paul chodziło wówczas po paryskich ulicach wielu. Swoistą zwyczajność niezwykłego przecież przeżycia Hansen-Love podkreśla poprzez spokojną, stonowaną, niekiedy nawet intencjonalnie anemiczną narrację; sceny w klubowej przestrzeni aż się proszą o teledyskowy montaż i szaleńcze jazdy kamery, ale reżyserka igra z przyzwyczajeniami widza.

Momentem znaczącym jest, kiedy lata później była dziewczyna – grana przez ospałą Gretę Gerwig – powie Paulowi, że nic się przez ten czas nie zmienił. Faktycznie. Jakby zatrzymał się w martwym punkcie, trwał, nie był w stanie posunąć się choćby o krok dalej. Kwestia zrozumienia swojej pozycji i przewartościowania ostatniej dekady może być dla niego początkiem nowego etapu, kolejnego rozdziału. Bo zawsze jest wyjście z odrętwienia. Zresztą Hansen-Love budowała „Eden” do spółki ze swoim bratem Svenem, który, pisząc scenariusz, opierał się na swoich osobistych doświadczeniach z francuską sceną muzyczną. Film powstawał w bólach jednak nie ze względu na trudne powroty do czasu dawno już minionego, ale konieczność zebrania pieniędzy na prawa do wykorzystania reprezentatywnej dla French touch muzyki, co zajęło lata, mimo że Daft Punk i inni artyści zgodzili się udostępnić swoje utwory za minimalną możliwą stawkę.

Hansen-Love nieco przeciąga film w finale, konsekwentnie, choć niepotrzebnie, narzuca sobie pewien stylistyczny reżim, który nie pozwala jej przyśpieszyć, zdynamizować narracji. Ta decyzja artystyczna, choć nie można odmówić jej zasadności, nie do końca się broni, ale wysokie noty wystawianie „Edenowi” na międzynarodowych festiwalach nie okazały się bezpodstawne.

Recenzja ukazała się na łamach magazynu "Hiro".