piątek, 9 stycznia 2015

Tydzień w kinie - "Foxcatcher"

Olimpijski medal nie maluje świata na złoto. Bracia Schultz, amerykańscy zapaśnicy z laurami na skroniach, nadal ćwiczą w zatęchłych, odrapanych salach gimnastycznych, chałturzą na szkolnych apelach i dumają, co dalej zrobić z życiem. Starszy, Dave, chce poświęcić czas rodzinie, żonie i dwójce dzieci, trenując mężczyzn dopiero upominających się o sławę. Młodszy, Mark, nadal głodny jest sukcesu, ale ma świadomość, że został zapędzony w kozi róg, skazany na szare, prowincjonalne życie, z rzadka rozświetlane majaczącymi gdzieś na odległym horyzoncie zmaganiami o kolejne trofea. Ucieczkę ze skorupy marazmu oferuje mu ekscentryczny miliarder John du Pont, który kawałek swojej posiadłości – tytułowej farmy – chce zaadaptować na nowoczesny ośrodek treningowy, gdzie Mark miałby szkolić i siebie, i przyszłych mistrzów, oczywiście w zamian za odpowiednie honorarium. Oraz wypaczoną przyjaźń.

Gdzie nasze Oscary?!
Foxcatcher (5/10)

Du Pont traktuje swoją prywatną drużynę zapaśniczą jako przedłużenie złamanego ego. Cierpiący na niezliczone kompleksy, odizolowany od rzeczywistości, zduszony przez matkę bogacz to rozkapryszony dziwak z postępującą megalomanią, który oczekuje jedynie pochlebstwa i nagięcia się do jego zachcianek. O ile Mark to podatny na nacisk manipulatorskiej dominującej osobowości krezusa, młody człowiek o niedorozwiniętej jeszcze emocjonalności, tak przekonany do dołączenia do drużyny Foxcatcher pragmatyczny, śmiały i niezależny Dave okazuje się istnym zapalnikiem, drażniącą solą w oku przywykłego do niekwestionowanego posłuszeństwa du Ponta. Konflikty tego trójkąta doprowadzą do nieuchronnej – co reżyser Bennett Miller podkreśla nieustannie dalekimi planami, z lubością okalając ramką kadru jesienne, epatujące pustką pejzaże lub ludzi zamkniętych pośród scenografii, na którą składają się martwe rekwizyty – tragedii. A to przecież wszystko historia prawdziwa, du Pont faktycznie sięgnął po broń. Dlaczego? „Foxcatcher” milczy.

Bennett Miller skupia się bowiem nie na psychologii zbrodni, sugerując, po prostu, jej banalność, ale na oportunistycznym – czytaj: „oscarowym” – eksploatowaniem aktora, którym jest faktycznie znakomity, przykryty toną make-upu Steve Carell jako du Pont; zresztą pozostali członkowie obsady, Channing Tatum (Mark) i Mark Ruffalo (Dave) również dają z siebie wszystko. Owijając swój film kokonem nieznośnej powagi, Miller ślamazarnie prowadzi historię szaleństwa, pragnienia tryumfu i lęku przed goryczą porażki, która powinna mrozić krew w żyłach. „Foxcatcher” jest nieudolnie rozpięty pomiędzy satyryczną obserwacją upadku etosu zbudowanego na kapitalizmie amerykańskiego snu a snutą z kamienną twarzą opowieścią o człowieku osobliwym, destrukcyjnym tyranie, którego pochłonęła nienawiść do świata niegodzącego się na narzucenie mu chomąta.

piątek, 2 stycznia 2015

Tydzień w kinie - "Whiplash"

Każda nuta jest jak cios, każdy dźwięk boli niczym kopniak, utwór to runda, koncert urasta do rangi bezpardonowej bitwy na ringu. Z tym, że nie ma przeciwnego narożnika, zawodnik – muzyk? – na pięści mierzy się z samym sobą. Podobne analogie można mnożyć, bo Damien Chazelle zdaje się myśleć o jazzie, a przynajmniej taką tezę przyjmuje na potrzeby swojego filmu, jak o niemalże masochistycznej przyjemności, gmeraniu paluchem przy ruszającym się zębie. Zaakcentowana przez niego fizyczność grania zbliża serię uderzeń w werbel do sportu siłowego, niekończących się powtórzeń ze sztangą. Do perfekcji zdaje się prowadzić nie talent, a upór.

Eye of the Tiger
Whiplash (8/10)
 
Skądinąd kontrowersyjna wykładnia sugerująca, że samo ćwiczenie faktycznie czyni mistrza, a geniuszu można się wyuczyć, poniekąd odziera doświadczanie muzyki z romantyzmu, ale staje się konieczna dla uzyskania pożądanego efektu dramatycznego. Chazelle jest manipulatorem wytrawnym – przekręca nawet legendarną w jazzowych kręgach anegdotkę o nastoletnim Charliem Parkerze, aby pasowała mu do koncepcji – a przy tym bezpretensjonalnym, ze swadą łączy lekkość opowiadania z ciężarem towarzyszących seansowi emocji. A przecież na pierwszy rzut oka może się zdawać, że próbuje zajeździć na śmierć powtarzalne motywy, bo ogrywa ponownie stary jak chyba samo kino temat wyboistej relacji pomiędzy uczniem a mentorem, lecz przełamanie utartej konwencji następuje, kiedy mistrz okazuje się sukinsynem.

Chazelle kręci bowiem nie tyle o samej muzyce, co o charakterach, a te są rozedrgane, chaotyczne, impulsywne; tyczy się to zarówno dziewiętnastoletniego Andrew Neymana, jazzowego perkusisty uczęszczającego do prestiżowego konserwatorium muzycznego, jak i niesławnego dyrygenta Terence'a Fletchera, który od lat szuka swojego Buddy'ego Richa. Chłopak chce dorównać, a może nawet i przegonić największych, powodowany konsumującą go ambicją, nauczyciel żywi pogardę dla tych, którym choćby na sekundę przestaje się chcieć. Z początku „Whiplash” przypomina kolejny film o łagodnej jeździe drogą do sukcesu, może i czasem błotnistą, ale jednak prowadzącą prosto do celu, po czym okazuje się, że Chazelle swojego bohatera pokierował serpentyną. Fletcher to złośliwy, zniecierpliwiony, acz szalenie charyzmatyczny sadysta, istny oprawca z koncertowej sali, ale Neyman zdaje sobie sprawę, że tylko z nim u boku może sięgnąć po to, co, jak uważa, mu się bezsprzecznie należy z racji przelanej – dosłownie! – nad perkusją krwi. To również film o paktowaniu z diabłem, bo pytanie, czy impulsywny dyrygent posiada jakąkolwiek ludzką stronę, otwarte jest aż do ostatniego kadru, jego kręcąca się w kąciku oka łza, łagodny, pełen wyrozumienia uśmiech wydają się na pokaz. Myli i knuje, skłonny zaryzykować siebie, aby pognębić przeciwnika.

J.K. Simmons i Miles Teller mają za sobą muzyczne doświadczenia, ten pierwszy śpiewał niegdyś na deskach Broadwayu, a drugi, prywatnie saksofonista i perkusista, faktycznie odgrywał przed kamerą swoje partie. I o ile dobiegający trzydziestki Teller już poprzednio został namaszczony na nadzieję amerykańskiego kina, tak przeszło dwukrotnie starszy Simmons odgrywa u Chazelle'a – którego film to właściwie rozwinięcie zrealizowanej przez niego rok wcześniej krótkometrażówki – rolę życia, jest magnetyzujący i odpychający zarazem, niczym zły brat pana Miyagiego. Nic dziwnego, że „Whiplash” do oscarowego wyścigu startuje z pole position.