piątek, 27 marca 2015

Tydzień w kinie - "Oculus"

Zdawałoby się, że miłośnicy filmowego horroru mogą wznieść nieśmiały, bo nieśmiały, ale jednak okrzyk radości – niezależne amerykańskie kino grozy toruje sobie drogę na nasze ekrany. Szkoda tylko, że przebycie oceanu i połowy Europy zajęło „Oculusowi” aż półtora roku, co pozwala sądzić, iż kopie dostarczono z Ameryki polskiemu dystrybutorowi wpław i na piechotę. Kto jednak czekał, mógł sobie osłodzić te długie miesiące seansem udostępnionej choćby na serwisie YouTube krótkometrażówki Mike'a Flanagana o nieco konfundującym, sugerującym sequel tytule „Oculus: Chapter 3 – The Man with the Plan”, a będącej pierwowzorem omawianego tytułu. Niskobudżetowy filmik stał się kartą przetargową Flanagana, planującego nakręcić całą serię podobnych, kameralnych spektakli grozy. Ale okazała się ona niewystarczająco mocna. Inwestorzy nie byli zainteresowani sfinansowaniem i tak niewymagającego dużego nakładu pomysłu, z którym ten pukał od drzwi do drzwi ładnych parę lat. Flanagan zwrócił się do społeczności internetowej i za pomocą platformy Kickstarter zebrał pieniądze na inny projekt, który chodził mu po głowie, okrzyczaną „Absentię”. Film ten umieścił jego nazwisko na amerykańskiej mapie obiecujących twórców kina gatunkowego i pozwolił powrócić do pierwotnego zamysłu. Niedawno Flanagan nakręcił kolejny horror, „Somnia”, z Kate Bosworth i Thomasem Jane'em oraz muzyką Danny'ego Elfmana – może nam się poszczęści i trafi do nas za kilkanaście miesięcy – i ma się zabrać za remake popularnego slashera z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych „Koszmar minionego lata”.

"Królewna Śnieżka. Następne pokolenie"
Ale to „Oculus” otworzył mu drogę do metaforycznego Hollywood. Zrealizowany za pięć milionów dolarów film zarobił niemal dziesięciokrotnie więcej, niż kosztował, zbierając po drodze zaskakująco pozytywne recenzje. Zaskakująco, gdyż to bałaganiarstwo niesłychane, choć trzeba przyznać, że nader efektowne. Flanagan, snując historię nawiedzonego lustra, które wywołuje obłęd u każdego, kto nieroztropnie zdecyduje się zawiesić je na ścianie, rozbija narrację na dwie płaszczyzny czasowe i symultanicznie ciągnie obie opowieści, nakładając przeszłość na teraźniejszość i odwrotnie. Formalnie atrakcyjny zabieg nie znajduje jednak usprawiedliwienia scenariuszowego, a nawet obnaża jego słabostki, bowiem niektóre ujęcia czy nawet całe sceny sprokurowane są ewidentnie dla zaspokojenia artystycznej potrzeby czystej ekstrawagancji, z tym, ze owa wystawność jest jedynie markowana, bowiem niski budżet nie pozwolił Flanaganowi na formalne fikołki. Sprawdza się jednak – co udowadnia zarówno powodzenie „Oculusa” w Stanach Zjednoczonych, jak i dalsze, opisane pokrótce powyżej losy reżysera – jako rozbudowana próbka umiejętności dobijającego czterdziestki, szukającego swojej szansy filmowca. O fabule szkoda się rozpisywać, bowiem atrakcją jest tutaj również poskładanie całej tej intrygi do kupy, a przytoczenie jej w odpowiednim porządku chronologicznym mogłoby zrujnować zamierzony efekt.

Ma „Oculus” parę rzeczy godnych uwagi i świeżych rozwiązań – emitowane przez lustro diaboliczne projekcje przedstawiające lęki małżeństwa będącego bohaterami wydarzeń sprzed lat przywodzą na myśl sztuczki oceanu myśli z „Solaris” Lema; interesująca struktura narracyjna, pomimo niedociągnięć w postaci odgrywanych na ekranie wydarzeń z przeszłości, o których już opowiedziano w teraźniejszości; lovecraftowe z ducha niedookreślenie istoty starożytnego zła nękającego rodzinę – ale nie udaje się Flanaganowi wykreować niepokojącego klimatu, który powinien charakteryzować kino grozy. Zastosowane doraźnie efekty „straszące” przypominają strzały oddane na oślep. Słabość scenariusza i drewniana gra aktorska wzmagają poczucie umowności całego widowiska i trudno zdobyć się na konieczne dla odpowiedniego odbioru horroru zawieszenie niewiary, nawet pomimo pomysłowości całego przedsięwzięcia.

Recenzja ukazała się w miesięczniku "Kino".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz