środa, 11 marca 2015

Jesień życia i śmierć Sherlocka Holmesa

Egotyczny, uzależniony od adrenaliny ekscentryk z Baker Street chyba dostałby szału, gdyby pod mikroskopem przyszło mu badać nie próbki krwi, ale wycinki z plastra miodu. Lecz Arthur Conan Doyle i tak zdecydował się posłać swojego bohatera na arcynudny odpoczynek.

Zaszyty gdzieś na rubieżach hrabstwa Sussex, grzebiący urękawiczonymi dłońmi w ulach, niegdysiejszy prywatny konsultant detektywistyczny odnalazł, co zadziwiające, zasłużony spokój, choć trudno wyobrazić sobie, że ten pałający narcystyczną miłością do swojego przerośniętego ego facet potrafiłby osiągnąć stan emerytalnej nirwany. Tylko dwukrotnie odpowiedział na wołanie zewu chwalebnej przeszłości – raz, aby udaremnić plany niemieckiego szpiega; drugi, chcąc rozwiązać zagadkę tajemniczej śmierci, która sama zapukała do jego drzwi. Nie były to bynajmniej ostatnie opowiadania o Holmesie ogłoszone drukiem przez Doyle'a, ale chronologicznie najpóźniejsze. Mistrz kryminału nie zdecydował się na stałe przywrócić londyńskiego geniusza do czynnej służby, choć przecież, pod naporem czytelniczego niezadowolenia, niegdyś zgodził się nawet wskrzesić go z martwych.


Zmęczony wymyślaniem coraz to nowych opowiadań o mistrzu dedukcji, chcąc poświęcić się prozie historycznej, w 1893 roku Doyle uśmiercił Sherlocka Holmesa i jego nemezis profesora Moriarty'ego w spienionych odmętach alpejskiego wodospadu Reichenbach. Osiem lat opierał się nierzadko niewybrednym listom, krzywym spojrzeniom i błagalnym apelom, aż napisał bodaj najsłynniejszą historię o detektywie z Baker Street, czerpiącego z brytyjskiej grozy gotyckiej „Psa Baskerville'ów”, podkreślając jednak, że rzecz dzieje się jeszcze przed odejściem Holmesa. Ale właściwy comeback nastąpił niedługo potem. Doyle wyjaśnił, że detektyw jedynie sfingował swoją śmierć. Ciał przecież nigdy nie odnaleziono. Lecz jakie konsekwencje dla londyńskiego półświatka miało zniknięcie Sherlocka i Moriarty'ego? Kto zapełnił luki po obu? Jak wyglądała ich spuścizna?

Podobne pytania zadawał sobie Anthony Horowitz, brytyjski pisarz i scenarzysta, autor znakomitego „Domu jedwabnego”, wydanej parę lat temu książki usankcjonowanej przez rozporządzających dziedzictwem Doyle'a jako kanoniczna opowieść o błyskotliwym detektywie. Namaszczony na spadkobiercę klasyka kryminału, Horowitz odkrył nieznany epizod z życia Sherlocka. I teraz, po paru latach, robi to ponownie. Ukazująca się u nas po paru miesiącach od oryginalnej publikacji książka zatytułowana przewrotnie „Moriarty” – jak uprzedził sam autor, Holmes pojawia się na kartach powieści jedynie na moment – również zamalowuje białe plamy, objaśnia, co działo się w trakcie owej trzyletniej przerwy (dziennikarze angielscy nadali jej nawet swojego czasu miano „Wielkiej”), która dzieli zniknięcie detektywa od jego powrotu. Bo, jak to bywa w kryminale, na miejsce Profesora Zbrodni czyha niejeden, a są i tacy, jak znany ze „Znaku Czterech” inspektor Athelney Jones, którzy próbują wdrożyć metody Holmesa do codziennej pracy policyjnej. Rzecz jasna Horowitz nie naśladuje pisarskiego stylu Doyle'a, zresztą jego język, choć równie kwiecisty, jest dosadniejszy, bo i opisuje rzeczywistość bardziej ponurą i złowieszczą. Autor „Moriarty'ego” dysponuje odmienną wrażliwością niż jego wielki poprzednik, dla niego zbrodnia to bynajmniej nie szarada, nie żadna tam dżentelmeńska gra, lecz babranie się po łokcie w zepsuciu, nurzanie się w miejskim szlamie. Nieprzeciętny literacki warsztat Horowitza pozwala mu rozbudować uniwersum Holmesa i jednocześnie zachować stylistyczną niezależność, bo choć pisarz ewidentnie inspiruje się Doyle'em, umiejętnie unika biernego naśladownictwa. I pilnuje się, aby jego opowieści, choć są przecież na granicy apokryfu, nie burzyły kanonu.

Horowitza do ściągnięcia cugli wyobraźni obliguje oczywiście błogosławieństwo Conan Doyle Estate, ale niejeden autor przed nim, którym podobne skrupuły nie doskwierają, próbował dopisać albo dalsze losy Holmesa, albo dumał nad tym, co też słynny detektyw porabiał pomiędzy jednym a drugim opowiadaniem brytyjskiego ojca chrzestnego kryminału. Zaraz po rzekomej śmierci detektywa angielską stolicę w komiksie „Sherlock Holmes i wampiry Londynu” (wydanie polskie zaplanowane jest na marzec) nawiedzają mroczne stwory i moce nadprzyrodzone. Z kolei Dziamjang Norbu, pisarz i polityczny aktywista, wysnuł teorię, że po wydarzeniach znad wodospadu Reichenbach obaj śmiertelni przeciwnicy trafili do Tybetu, a Moriarty okazał się mistykiem, który pragnie posiąść moc starożytnego kryształu. Powieść „The Mandala of Sherlock Holmes” została wydana po angielsku i wyróżniona indyjskim odpowiednikiem nagrody Bookera. Nie tylko Norbu rozważał możliwość, że Moriarty upadek z wodospadu przeżył. James Gardner, brytyjski pisarz znany z oficjalnych kontynuacji cyklu o Jamesie Bondzie, poświęcił złoczyńcy trzy książki, w których sportretował go jako mafioza ery wiktoriańskiej, pociągającego za sznurki londyńskich organizacji przestępczych. Ale bodaj najciekawszą wersję zdarzeń przedstawił Jeremy Paul w sztuce teatralnej „The Secret of Sherlock Holmes” – w której wystąpili zresztą niezapomniani Jeremy Brett i Edward Hardwicke, czyli, odpowiednio, Holmes i Watson ze słynnego brytyjskiego serialu telewizyjnego wyprodukowanego przez Granada Television – sugerując, iż Moriarty był jedynie wytworem wyobraźni detektywa rozpaczliwie łaknącego rywalizacji z człowiekiem dorównującym mu intelektem.

Sherlock Holmes nie znalazł spokoju po śmierci, czemu miano by więc nie niepokoić go na emeryturze? Pisarz Cay Van Ash, przyjaciel Saxa Rohmera, wybrany przez rodzinę angielskiego pisarza do napisania kontynuacji powieści o doktorze Fu Manchu, wezwał detektywa w stanie spoczynku do pojedynku z chińskim geniuszem zbrodni. Michael Chabon w swojej krótkiej powieści „The Final Solution”, choć nie zdradza imienia podstarzałego mistrza dedukcji, który ma pokrzyżować szyki nazistom, sugeruje wyraźnie, że chodzi o Holmesa. Amerykanka Laurie R. King napisała całą serię książek dla starszej młodzieży, w których emerytowany Sherlock przyucza do zawodu młodą Mary Russell; dziewczyna staje się później jego równorzędną partnerką. Uwagę przyciąga też ostatnio – zapewne spora w tym zasługa objeżdżającego festiwale filmu Billa Condona z Ianem McKellenem – traktująca o o emerytowanym detektywie z Baker Street książka Mitcha Cullina „A Slight Trick of the Mind”. Dziewięćdziesięciotrzyletni Holmes nie bawi się już w rozwiązywanie kryminalnych zagadek, ale toczy bitwę ze swoim, niegdyś działającym sprawnie jak dobrze naoliwiona maszyna, umysłem. Zanim na dobre straci pamięć, snuje opowieść o przeszłości.

Arthur Conan Doyle nie mógł chyba przewidzieć, że jego bohater będzie żył nie jednym, a tysiącem żyć. Sherlocka Holmesa nie ima się śmierć, jest ponad nią jako bliski doskonałości twór popkulturowy. Pytanie tylko, kto zobaczy w nim, tak jak choćby Mitch Cullin, człowieka.

Tekst ukazał się na łamach "Dziennika. Gazety Prawnej".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz