sobota, 28 lutego 2015

Tydzień w kinie - "Co robimy w ukryciu"

Kino już dawno ustaliło ponad wszelką wątpliwość, że kto jak kto, ale wampir nie ma klawego życia. Czasy arystokratycznego rozbisurmanienia, kiedy blade szyje niewiast z pobliskich osad i mieścin tylko czekały na ostre kły, minęły bezpowrotnie. Zderzenie z nowoczesnością może odebrać chęć do życia nawet i nieśmiertelnemu. Bo o ile umięśnionym przystojniakom i powabnym niewiastom o żurnalowych biustach z „Czystej krwi” swoisty coming out się przysłużył, tak ich kuzyni z dużego ekranu przeważnie ciągną jak emeryci od pierwszego do pierwszego. Nieznośna lekkość wampirycznego bytu okazuje się być jedynie ciężarem spoczywającym na kilkusetletnich barkach, nudna codzienność (conocność?) upływa pod znakiem mozolnej rutyny i domowych kłótni, a z poszukiwania podniet dawno już niegdysiejsi królowie życia pozagrobowego zrezygnowali. Nawet filmowcy-apologeci ociekającego przepychem mitu o krwiopijcach liżą rany po porażkach w box office, dochodząc do konkluzji, która jeszcze niedawno byłaby nie do pomyślenia – wampiry ludziom spowszedniały.

Perfekcyjny pan domu
Co robimy w ukryciu (7/10)

Ale i my spowszednieliśmy im. Czwórka wellingtońskich nieumarłych dzielących dom na przedmieściach od niechcenia zagania do siebie kolejne ofiary, próbując psikusami urozmaicić monotonne kolacje. Aby nie zabrudzić dywanu świeżą krwią, rozkładają na podłodze ręczniki, ze znudzonymi minami ganiają nieszczęsnych gości, próbując choćby na chwilę poczuć raz jeszcze dawny dreszczyk polowania. Podczas nocnego spaceru wymieniają się nieuprzejmościami z wilkołakami z sąsiedztwa i odwiedzają marne lokale, a ich szary żywot rejestruje towarzysząca im ekipa dokumentalistów. Co nieco się zmieni, kiedy zasuszony, śpiący w piwnicy ich domu nestor tej nieformalnej rodziny Petyr przeistoczy w wampira pewnego młodzieńca, który postara się odkryć przed nowymi kumplami uroki klubowego oblicza nowozelandzkiej stolicy, starając się postępować zgodnie z trafną radą udzieloną niegdyś przez Straconych Chłopców z kultowego już filmu Joela Schumachera: kimasz cały dzień, imprezujesz całą noc.

„Co robimy w ukryciu” zrealizowano – o czym zadecydowały zapewne nie tylko kwestie artystyczne, ale i budżetowe – jako mockument, czyli fabułę stylizowaną na program dokumentalny, i perypetie szablastozębnego kwartetu obserwujemy z perspektywy pierwszoosobowej. Przewodnikiem po nocnym Wellington jest niejaki Viago, który beztrosko rozprawia o nużącym życiu po życiu. Efekt komiczny filmu polega na zestawieniu zwyczajnych czynności domowych z nadnaturalnymi ograniczeniami wampirzego ciała; innymi słowy proza życia okazuje się silniejsza niż krzyż i czosnek. Autorzy „Co robimy w ukryciu”, Taika Waititi (jednocześnie odtwórca roli Viago) i Jermaine Clement (połówka duetu Flight of the Conchords, również pojawiający się na ekranie) znakomicie puentują kolejne żarty, choć niekiedy wydają się zachłyśnięci własnym poczuciem humoru i niemiłosiernie rozwodzą się nad jakimś dowcipem, eksploatując go do znudzenia. Udaje im się jednak dowieść, że choć nie ma się czego bać, to jest się z czego śmiać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz