piątek, 2 stycznia 2015

Tydzień w kinie - "Whiplash"

Każda nuta jest jak cios, każdy dźwięk boli niczym kopniak, utwór to runda, koncert urasta do rangi bezpardonowej bitwy na ringu. Z tym, że nie ma przeciwnego narożnika, zawodnik – muzyk? – na pięści mierzy się z samym sobą. Podobne analogie można mnożyć, bo Damien Chazelle zdaje się myśleć o jazzie, a przynajmniej taką tezę przyjmuje na potrzeby swojego filmu, jak o niemalże masochistycznej przyjemności, gmeraniu paluchem przy ruszającym się zębie. Zaakcentowana przez niego fizyczność grania zbliża serię uderzeń w werbel do sportu siłowego, niekończących się powtórzeń ze sztangą. Do perfekcji zdaje się prowadzić nie talent, a upór.

Eye of the Tiger
Whiplash (8/10)
 
Skądinąd kontrowersyjna wykładnia sugerująca, że samo ćwiczenie faktycznie czyni mistrza, a geniuszu można się wyuczyć, poniekąd odziera doświadczanie muzyki z romantyzmu, ale staje się konieczna dla uzyskania pożądanego efektu dramatycznego. Chazelle jest manipulatorem wytrawnym – przekręca nawet legendarną w jazzowych kręgach anegdotkę o nastoletnim Charliem Parkerze, aby pasowała mu do koncepcji – a przy tym bezpretensjonalnym, ze swadą łączy lekkość opowiadania z ciężarem towarzyszących seansowi emocji. A przecież na pierwszy rzut oka może się zdawać, że próbuje zajeździć na śmierć powtarzalne motywy, bo ogrywa ponownie stary jak chyba samo kino temat wyboistej relacji pomiędzy uczniem a mentorem, lecz przełamanie utartej konwencji następuje, kiedy mistrz okazuje się sukinsynem.

Chazelle kręci bowiem nie tyle o samej muzyce, co o charakterach, a te są rozedrgane, chaotyczne, impulsywne; tyczy się to zarówno dziewiętnastoletniego Andrew Neymana, jazzowego perkusisty uczęszczającego do prestiżowego konserwatorium muzycznego, jak i niesławnego dyrygenta Terence'a Fletchera, który od lat szuka swojego Buddy'ego Richa. Chłopak chce dorównać, a może nawet i przegonić największych, powodowany konsumującą go ambicją, nauczyciel żywi pogardę dla tych, którym choćby na sekundę przestaje się chcieć. Z początku „Whiplash” przypomina kolejny film o łagodnej jeździe drogą do sukcesu, może i czasem błotnistą, ale jednak prowadzącą prosto do celu, po czym okazuje się, że Chazelle swojego bohatera pokierował serpentyną. Fletcher to złośliwy, zniecierpliwiony, acz szalenie charyzmatyczny sadysta, istny oprawca z koncertowej sali, ale Neyman zdaje sobie sprawę, że tylko z nim u boku może sięgnąć po to, co, jak uważa, mu się bezsprzecznie należy z racji przelanej – dosłownie! – nad perkusją krwi. To również film o paktowaniu z diabłem, bo pytanie, czy impulsywny dyrygent posiada jakąkolwiek ludzką stronę, otwarte jest aż do ostatniego kadru, jego kręcąca się w kąciku oka łza, łagodny, pełen wyrozumienia uśmiech wydają się na pokaz. Myli i knuje, skłonny zaryzykować siebie, aby pognębić przeciwnika.

J.K. Simmons i Miles Teller mają za sobą muzyczne doświadczenia, ten pierwszy śpiewał niegdyś na deskach Broadwayu, a drugi, prywatnie saksofonista i perkusista, faktycznie odgrywał przed kamerą swoje partie. I o ile dobiegający trzydziestki Teller już poprzednio został namaszczony na nadzieję amerykańskiego kina, tak przeszło dwukrotnie starszy Simmons odgrywa u Chazelle'a – którego film to właściwie rozwinięcie zrealizowanej przez niego rok wcześniej krótkometrażówki – rolę życia, jest magnetyzujący i odpychający zarazem, niczym zły brat pana Miyagiego. Nic dziwnego, że „Whiplash” do oscarowego wyścigu startuje z pole position.

1 komentarz:

  1. W ramach filmowego wyzwania dotyczącego filmów wyreżyserowanych przez Eastwooda, doszedłem do "Birda", i dopiero tam trafiłem na prawdziwą wersję zdarzenia dotyczącego Charliego Parkera. Clint jako fan czarnoskórego saksofonisty nie mógł sobie pozwolić na przekręcenie tego faktu. Jeżeli chodzi o "Whiplash"... filmowa petarda, i tyle w temacie :)

    Szczęśliwego Nowego Roku!

    OdpowiedzUsuń