wtorek, 30 grudnia 2014

Moja dziesiątka, czyli krótkie podsumowanie 2014 roku

Koń jaki jest, każdy widzi. Oto moja tegoroczna dycha. Pozwoliłem sobie zamieścić na liście również parę tytułów, które u nas premiery nie miały, a bez których minione filmowe dwanaście miesięcy nie miałyby racji bytu.

  
10. Interstellar

"Pozwalając spektaklowi tej skali biec stosunkowo powolnym rytmem, Nolan konsekwentnie obudowuje opowiadaną historię rozmaitymi kontekstami, nie śpiesząc się z domknięciem akcji. Zresztą ta chwilami zahaczająca o niekiedy tylko nieznośną melancholię opowieść o stracie i poświęceniu zderza się z epickim rozmachem, tym samym łącząc śmiertelną powagę z lekkością odwiecznego marzenia o podboju kosmosu" - pisałem w swojej recenzji. Podtrzymuję!

9. Strażnicy galaktyki

Przyznaję bez bicia, że do momentu obejrzenia pierwszego zwiastuna miałem spore wątpliwości, czy to wypali, czy to nie aby tylko jakaś dziwaczna fanaberia Marvel Studios i Kevina Feige, który chciał nakręcić sobie napierdzielankę w kosmosie. Cholera, i nakręcił sobie napierdzielankę w kosmosie! Lecz ci drugorzędni komiksowi herosi nieobarczeni bagażem wygórowanych oczekiwań stali się plastycznym materiałem, z którego ulepiono, nomen omen, nową nadzieję kina awanturniczego. Podobało mi się. Bardzo.

8. The Raid 2

Z przyjemnością donoszę, że kręcone są jeszcze filmy, które ogląda się z otwartą ze zdumienia i zachwytu gębą, łapiąc się za głowę i szepcząc pod nosem pytanie "Jak oni to, do cholery, zrobili?". Szczerze? Nie sądziłem, że Gareth Evans przebije mistrzowskie "The Raid". Takie rzeczy udają się tylko raz. A jednak. Sequel jest porażający, finał bije na głowę wszystko, co widziałem w kinie akcji od dłuższego czasu, to jeden z tych filmów, o których po obejrzeniu można tylko mniej lub bardziej bezładnie bełkotać, bo napchano do nich tyle, że aż nie wiadomo od czego zacząć. Panie Evans, niech Pan nigdy nie emigruje do Hollywood!
7. Witaj w klubie

O panach McConaugheyu i Leto napisano już tyle,  że niby nie ma sensu rozwodzić się nad nimi dłużej, ale jednak serce każe wykrzyczeć, że dali popis jakich mało. Zaś sam film o chorym na AIDS kowboju biorącym się za łby z amerykańską służbą zdrowia to nie sentymentalny, histeryczny wyciskacz łez, ale istna oda do ludzkiej wytrwałości.

6. Mama

Czegoś takiego chyba jeszcze nie było - stan emocjonalny bohatera odzwierciedla... format obrazu. Szarobura codzienność ma kształt kwadratu 1:1, ekstatyczna radość rozpycha ramy kadru do standardowego rozmiaru kinowego. Nawet trochę mi głupio, że kupiono mnie tak prostym trikiem. Xavier, you did it again.

5. Wolny strzelec

Ach, te kalifornijskie noce z Lou Bloomem. Jake Gyllenhaal jako esencjonalny korpo-socjopata rzucający frazami z podręcznika małego biznesmena przyprawia o dyskomfort nieodczuwany chyba od czasu Hannibala Lectera.

4. Whiplash

Mojej satysfakcji nie towarzyszy jednak podnieta, której doświadczyła publika canneńska i sundance'owa. Ot, crowd pleaser co się zowie, podkręcony, dociśnięty, energiczny, z ekstrawertycznymi, dynamicznymi kreacjami aktorskimi Milesa Tellera i J.K. Simmonsa, nad którymi będzie się piało z zachwytu po Nowym Roku, kiedy to film wejdzie do naszych kin. Damien Chazelle kręcił chyba na sterydach, jakby robił kolejnego "Rocky'ego", a nie fabułę o młodziutkim jazzmanie biorącym się za łby z apodyktycznym dyrygentem. I podziałało. Przyznaję bezwstydnie, że momentami z emocji serducho waliło mi niemal tak prędko jakby chciało dorównać tempu double-time swingu.

3. Pod skórą

Scarlett Johansson w „Pod skórą” sama jawi się niczym istota z innego świata – hollywoodzka gwiazda na zapyziałych szarych ulicach szkockiego Glasgow. Potrzeba odwagi (i poczucia humoru), żeby po dziewięciu latach milczenia powrócić z takim filmem; Jonathan Glazer przez ten czas nie próżnował, odrobił lekcje i podpatrzył to i owo nie tylko u Fabera, na podstawie którego kręci, ale i Kubricka, Roega czy Lyncha. Można doszukiwać się tutaj także "Hellraisera" i, co bardziej oczywiste, „Gatunku”. No proszę, film, który na papierze wygląda jak „weź to wyłącz”, okazuje się tak intrygujący, mieszając – dość jednak konwencjonalną – obserwację socjologiczną z artystowskim horrorem. I tysiącem innych rzeczy.

2. Duke of Burgundy

Peter Strickland romansuje z Jesusem Franco i Walerianem Borowczykiem, udowadniając przy okazji, ze "Berberian Sound Studio" nie było dziełem przypadku. Film jest perfekcyjnie wystylizowany, jakbym nie był w temacie i ktoś chciał mi wcisnąć, że został nakręcony ze czterdzieści lat temu, łyknąłbym ten kit bez gadania. Muślinowa faktura fotografii, charakterystyczna dla niegdysiejszego kina erotycznego paleta kolorystyczna, sensualna muzyka, naznaczony lekką perwersją humor - wszystko pasuje do siebie jak gorset szyty na miarę. Zresztą charakter filmu lepiej niż moje słowa odda zapewne ciekawostka, że w czołówce wymieniono również osoby odpowiedzialne za projektowanie bielizny oraz dobór perfum. "Duke of Burgundy" muska wyobraźnię, mimo że - a może dokładnie dlatego - nie pokazano tutaj nawet niewinnego, choćby malutkiego cycka.

1. Wilk z Wall Street

Hedonistyczny, niepoprawny, cyniczny, nieprzyzwoity, a przy tym cholernie zabawny - taki jest "Wilk z Wall Street". O tym filmie nie powinno się ot tak po prostu pisać, o nim trzeba krzyczeć. Miałem nieodparte wrażenie, jakby Scorsese odnalazł zagubioną, finałową część trylogii rozpoczętej "Chłopcami z ferajny" i kontynuowanej "Kasynem" (tak, to ten kaliber). Ponownie american dream zostaje pokrętnie ziszczony i ponownie marzącego o lepszym świecie świat ten połyka. Ostatnie ujęcie to czyste mistrzostwo (pamiętacie zbliżenie na twarz Henry'ego Hilla?). Nieodparte - oczywiście z powodu Leo - są też skojarzenia z Gatsbym, którego Jordan Belfort jest młodszym, zdegenerowanym bratem bliźniakiem, całkowicie pozbawioną empatii szują zapatrzoną jedynie we własne, skacowane odbicie. Marty, jesteś wielki!

piątek, 12 grudnia 2014

Tydzień w kinie - "Mów mi Vincent"

Dwunastolatek z sąsiedztwa uczy życia starego pijaka. Podobne przeżarte sentymentalizmem fabuły o epifanii grzesznika przyprawić mogą o mdłości i film Theodore'a Melfiego od irytującego przeciętniactwa zdaje się ratować jedynie Bill Murray. Mistrz ostatnio grywa sporo, co energii mu nie ujmuje, a jedynie nakręca do kolejnych ról. Amerykańska prasa mówi nawet coraz głośniej o szykującym się dla niego Złotym Globie. Śmielsi przebąkują nawet o Oscarze. 

"- Jaka jest pańska narodowość?
- Jestem pijakiem."
Mów mi Vincent (6-/10)

Bo faktycznie rola stetryczałego dziada, istnego postrachu przedmieść, zdaje się Murrayowi służyć; potrafi złapać się za bary z pospolitym scenariuszem, pójść z nim na noże i odnieść zwycięstwo, robiąc swoje i po swojemu. Reszta obsady nie pozostaje daleko w tyle, szczególnie Melissa McCarthy, której, jakby na przekór komediowej bądź co bądź konwencji, przypadła rola dramatyczna samotnej matki szarpiącej się z byłym mężem o syna. Odstaje chyba tylko Naomi Watts, ale to wina koszmarnie stereotypowej roli rosyjskiej imigrantki-striptizerki, jaką jej przydzielono.

Murrayowi towarzyszy Jaeden Lieberher jako dzieciak, który musi zhardzieć, aby szkolni koledzy przestali chować mu plecak i serwować niewybredne docinki. Lepszego nauczyciela niż mieszkającego za płotem pana MacKenna, u którego z konieczności spędza popołudnia (matka pracuje do późna, a stary zrzęda chętnie zarobi trochę grosza), nie znajdzie, to z nim zrobi obchód okolicznych knajp z panienkami i zaliczy dziewiczy zakład u bukmachera. Obaj docierają się przez inność spojrzenia na świat wynikającą z jednej strony z nadmiaru, a z drugiej braku doświadczeń, przez co rozczarowanie przeżytym zderza się z oczekiwaniem na jeszcze nieprzeżyte. Szkoda tylko, że zapijaczony McKenna okazuje się kryć sekrety, które pozwalają mu uzyskać bezwarunkową absolucję, bo o ileż cenniejsze byłby nawrócenie prawdziwie zatwardziałego łotra. O tym Melfi słyszeć nie chce, pochylając się na bohaterami niczym dobry tatko i polewając ekran lukrem.