poniedziałek, 22 września 2014

Tydzień w kinie - "Miasto 44"

Projekcję poprzedzają niezliczone plansze i spoty, można się dowiedzieć, kto dał kasę, a kto jej nie dał, albo ile gruzu zwieziono na plan i posłuchać owacji dla polskiego widza, który poszedł na polski film. Tfu, WYDARZENIE. Bo u nas są WYDARZENIA.

Miasto 44 (7/10)

Niedawno skończyłem lat trzydzieści, czyli jestem już za stary, żeby rozumieć młodych, za młody, żeby rozumieć starych, a moje pokolenie robi kino, i to już od jakiegoś czasu. Jan Komasa to praktycznie mój rówieśnik, czyli mogłem przyjąć nie takie znowu ryzykowne założenie, że wychował się na mniej więcej tych samych filmach co ja. Dlatego nie dziwiło mnie zbytnio, kiedy po premierze na Stadionie Narodowym czytałem opinie powstańców, którzy o "Mieście 44" mówili, krzywiąc się, jako o niesmacznej fantazji, bo to przecież nie tak było. I zapewne faktycznie nie tak było, ale prawda nie jest domeną kina, szczególnie kina historycznego. Jak zareagowali ci, których pradziadkowie walczyli albo i nie walczyli w powstaniu, nie mam pojęcia, ale zastanawiam się, czy slow motion i dubstep wystarczyły, aby ich uwieść.

Film Komasy nie ma aspiracji kronikarskich, to kino czystej emocji (choć nie chciałbym dezawuować ogromu pracy włożonej w dbałość o detal), spacer ulicami miasta, które pochłonęły piekielne czeluście. Zabawa w powstanie w jednej chwili zmienia się w metodyczną rzeź. Pełna lęku i okropieństwa ekstaza wojenna jest tutaj zaaranżowana nierzadko znakomicie – scena strzelaniny na cmentarzu to majstersztyk – i wolno o "Mieście 44" mówić bez powracania do niekończących się dyskusji o zasadności lub bezzasadności powstania, ale jako o dziele filmowym, które można wyabstrahować z podobnego kontekstu. Oczywiście nie trzeba, choć Komasa dystansuje się od filmowej publicystyki. I dobrze, bo ani nie klęczy za kamerą, ani nie sili się na rewizjonistyczny cynizm.

Słaba jest tutaj ekspozycja, przez pierwsze minuty oglądałem film trochę jak amerykańskie produkcyjniaki katastroficzne, gdzie przeczekuje się pobieżne zarysowywanie postaci, aby otworzyć drogę kinu atrakcji. Ewidentnie Komasie Stefan i Biedronka posłużyli niemalże za dantejskich przewodników po sennym koszmarze, ale to ledwie nakreślone, pretekstowe postaci, manekiny, które zostały nakręcone kluczykiem i puszczone w ruch po warszawskich ulicach. Powstanie potraktowano za to kompleksowo i panoramicznie, odhaczamy etapy niemalże jak w grze wideo – skaczemy z bruku do kanału, ze szpitala za barykadę, chwile na oddech są krótkie i zwiastują jedynie kolejną tragedię. Komasa kulminacje kolejnych scen punktuje wizualnym fajerwerkiem połączonym z niekiedy zaskakującym wyborem muzycznym. Facet nie jest już „młodym zdolnym” i „dobrze zapowiadającym się”, to pełną gębą reżyser z własnym językiem, w którym upatruję przyszłość polskiego kina gatunkowego.

„Miłość w czasach apokalipsy”, głosi tandetny slogan reklamowy. Dla mnie prawdy w nim niewiele, bo i tej żarliwej miłości zapowiadanej zwiastunami nie czułem. Kochają się trochę „bo tak”, ale pewno tam i wtedy inaczej kochać się nie dało. Komasa nakręcił rozbuchany spektakl pełen godnych zapamiętania, niemalże boshowskich scen, co osobiście sobie chwalę, gdyż może wyznaczyć tym kierunek zupełnie nowy i ważniejsza od historycznej rozprawki stanie się emocjonalna prawda chwili, a ja będę mógł oglądać filmy zamiast WYDARZEŃ skrojonych pod muzealną gablotę.