piątek, 18 lipca 2014

Tydzień w kinie - "Więzy krwi"

Rodzinna saga policyjno-gangsterska krąży w kinowym krwiobiegu bodaj od zarania samej koncepcji gatunku, stając się jedną z najczęściej eksploatowanych konwencji filmu sensacyjnego czy kryminalnego. Guillaume Canet – autor ciepło przyjętej swojego czasu adaptacji prozy Harlana Cobena „Nie mów nikomu” – swój pierwszy anglojęzyczny film kręci nadal za francuskie pieniądze, do tego zabierając się za remake filmu Jacquesa Malliota, w którym parę lat temu zagrał główną rolę, opartym z kolei na powieści braci Papet. Uff. Nic więc dziwnego, że zmuszonemu dźwigać na swoich barkach nie lada bagaż, chcącemu dorzucić jeszcze co nieco od siebie Canetowi uginają się kolana. Dwoi się i troi, aby nafaszerować swój film treścią, ale ten przygotowywany mozolnie fresk okazuje się być jedynie sprawnie pokolorowanym, lecz pobieżnym szkicem.

Pekaesy i ich Clive Owen
Więzy krwi (6-/10)

Canet po bożemu opowiada historię starą jak świat, sięgając po sprawdzone wzorce gatunkowe, częstokroć zaprzedając koniecznie dla podobnej opowieści tempo przemożnej chęci dopowiedzenia każdej sceny, nawet kiedy nie pozostało już nic do dodania. Dlatego dwu i pół godzinny film aż prosi się o cięcia, jest miejscami niemiłosiernie nużący i ciągnie się jak guma przyklejona do blatu szkolnej ławki. Relacje braci Franka i Chrisa Pierzynskich (odpowiednio Billy Crudup i Clive Owen) opierają się na klasycznej dychotomii – jeden jest gliną, drugi kryminalistą, który wychodzi na wolność po dwunastu latach spędzonych za kratami. Podstawowe pytanie zadane przez Caneta, stanowiące fundament problematyki filmu brzmi: czy tytułowe więzy krwi są na tyle silne, aby zneutralizować różnice światopoglądowe dzielące obu mężczyzn? Drogę do uzyskania, jak się okazuje, nieco tendencyjnej odpowiedzi reżyser komplikuje poprzez dodanie paru zmiennych, jak choćby zaćpaną byłą żonę Chrisa oraz dawną dziewczynę Franka, która jest teraz z innym. Lecz pomimo że już naznaczony fatalizmem punkt wyjścia sugeruje reakcję łańcuchową kolejnych tragedii, zaskakuje przedramatyzowanie całości, jakby Canet po jednym nieszczęściu dotykającym bohaterów zaraz planował dla nich, zupełnie niepotrzebnie, kolejne, przez co oglądamy ich jedynie w stanie nieznośnego, permanentnego napięcia.

Stylizowany na retro sensację film nie wykorzystuje swojego wcale niemałego potencjału, co jeszcze wzmaga rozczarowanie, gdyż stosunkowo łatwo wyobrazić sobie, jak „Więzy krwi” mogłyby wyglądać.

piątek, 4 lipca 2014

Seans bez powodu - "Długi wrześniowy weekend"

Jason Reitman o erotycznej fantazji kury domowej. Do tego przekonująco, pomimo konieczności zawieszenia niewiary na pełne dwie godziny. A może, paradoksalnie, właśnie dlatego? Fabularnie „Długi wrześniowy weekend” zdaje się być tworem nieprawdopodobnie prawdopodobnym, przepisanym rodem z kolorowego czasopisma o ludzkich dramatach, gwiazdach i przepisach na niedzielny obiad. Dlatego też łatwo byłoby przekreślić film jako dziełko w typie grafomańskich, ale bestsellerowych romansideł Nicholasa Sparksa. Lecz Reitman – co udowodnił i „Juno”, i „Kobietą na skraju dojrzałości” – ma rękę do kameralnych historii skoncentrowanych na postaci kobiecej i potrafi przekuć u rdzenia schematyczną opowieść w romans esencjonalny.

Placki brzoskwiniowe nie są tym, czym się wydają
Długi wrześniowy weekend (7-/10)

„Długi wrześniowy weekend” opowiedziany jest od pierwszej do ostatniej minuty z perspektywy trzynastoletniego Henry'ego, syna dobiegającej czterdziestki Adele, która, pozostawiona przez męża, nie radzi sobie z samotnością. I brakiem męskiego ramienia. Marzy nawet nie tyle o ekstatycznej miłości – ta przyjdzie sama – co intymnej bliskości. Można by rzec, iż jej pragnienia materializują się pod postacią zbiegłego z zakładu karnego Franka, który, ranny, terroryzuje kobietę i Henry'ego, ukrywając się w ich domu. Uciekinier okazuje się twardzielem o gołębim sercu i, choć stanowczy, zakłada aksamitne rękawiczki. Zmuszony przejść rekonwalescencję, spędza czas z obojgiem i Adele niespodziewanie zyskuje mężczyznę ze snu, a chłopak substytut ojca, który ma dla niego czas. Tylko pozornie, bowiem ten jednak płynie nieubłaganie.

Reitman powieść Joyce Maynard chciał przenieść na ekran już przed pięcioma laty, lecz czekał, aż Kate Winslet będzie wolna od innych zobowiązań. I słusznie, bo razem z Joshem Brolinem brytyjska aktorska tworzy duet o magnetycznym przyciąganiu, potrafiąc stworzyć buzujące erotyczne napięcie, którego kulminacją jest dwuznaczna scena pieczenia brzoskwiniowego placka.

Film ukazał się u nas na płytach nakładem firmy Imperial.