piątek, 28 marca 2014

Tydzień w kinie - "Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz" + konkurs

Dopatrywano się sukcesu Marvel Studios głównie w sporych budżetach i idących z nimi w parze efektach specjalnych, konsekwencji, z jaką budowane jest filmowe uniwersum, atrakcyjnych licencjach i znanych twarzach, zapominając częstokroć o komponencie dla odbiorcy obytego z komiksami bodaj najważniejszym – wierności materiałowi źródłowemu. I nie chodzi o kurczowe trzymanie się wymyślonych wcześniej fabuł, ale umiejętną translację scenariusza komiksowego na język kina, aby pozostał atrakcyjny nie tylko dla czytelnika, ale i, a może przede wszystkim, widza.

Ryż, kurczak, kreatyna, zrobią z ciebie... Kapitana
Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz (8/10)

„Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” zawdzięcza tyleż klasycznym akcyjniakom i intrygom politycznym z pamiętnych sensacji lat siedemdziesiątych, co Edowi Brubakerowi, facetowi, który z ikonicznej postaci amerykańskiego komiksu uczynił bohatera żywcem wyciągniętego z szpiegowskiego thrillera, dokonując tym samym swoistej dekonstrukcji postaci; to na podstawie jego komiksu opiera się fabuła filmu braci Russo. Sam Kapitan nie jest już plakatowym żołnierzykiem obleczonym w amerykańską flagę, ale człowiekiem wątpiącym, którego rozumienie idei wolności i obywatelskiej swobody oraz powinności wobec kraju dawno się już zdezaktualizowało w świecie wyrachowania, automatyzacji i uniformizacji życia. Trudno o bardziej aktualny komentarz w epoce Edwarda Snowdena i Juliana Assange'a.

Są tutaj oczywiście efekciarskie batalie i akrobatyczne wygibasy, trójwymiarowe eksplozje co i rusz rażą w oczy, lecz bracia Russo w większości scen akcji decydują się na dłuższe ujęcia i montaż wewnątrzkadrowy, minimalizując teledyskową sieczkę, a i cudacznych trykociarzy jakby na ekranie mniej. Znakomite są pościgi i pojedynki wręcz, powraca wyczynowość ery analogowej, lekko tylko wspomaganej na pierwszym planie efektami komputerowymi. Słowem – Kapitan Ameryka, choć powoli dobija już setki, może śmiało konkurować z młodszymi kolegami po fachu, z Jasonem Bourne'em na czele.

Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zobaczyć "Kapitana Ameryki: Zimowego żołnierza" - lub chcecie film obejrzeć ponownie, co i ja planuję - mam do rozdania kilka dwuosobowych zaproszeń do warszawskiego kina IMAX Sadyba, które możecie wykorzystać w dogodnym terminie. Żeby zgarnąć któreś z nich, poślijcie do mnie (adres po prawej) odpowiedź na pytanie: co polecił(a)byś obejrzeć, posłuchać lub przeczytać Kapitanowi Ameryce, którego ominął kawał XX wieku? Zwycięzców oczywiście wybiorę subiektywnie, bo inaczej się nie da, i o wygranej powiadomię mailowo. Konkurs potrwa jedynie do niedzieli włącznie, czyli pośpiech wskazany. Powodzenia!

piątek, 21 marca 2014

Konkurs - ENEMEF: Najbardziej oczekiwane

Pomiędzy kolejnymi recenzjami - następny konkurs z ENEMEF. Tym razem mam do rozdania podwójne zaproszenia na topowe filmy pierwszego kwartału do Multikin w Poznaniu, Warszawie oraz Wrocławiu, więc jeśli macie ochotę za jednym zamachem obejrzeć to, co powinno zostać obejrzane, rzućcie okiem na poniższe pytanie, prześlijcie do mnie (najchętniej prawidłową) odpowiedź (adres po prawej) i tyle. A oto i pytanie:

  
Który z filmów widniejących na plakacie nie otrzymał żadnej nominacji do Oscara?

Konkurs potrwa do następnej środy (26.03.2014) włącznie, zwycięzców o wygranej powiadomię mailowo. Pamiętajcie, aby do odpowiedzi koniecznie dołączyć informację, w którym kinie chcecie pójść na maraton. Po więcej informacji o imprezie zapraszam na stronę ENEMEF.

piątek, 14 marca 2014

Tydzień w kinie - "Ocalony"

Na tle rozliczeniowego kina wojennego biorącego na swoje barki niełatwe przecież zadanie rozpisania bilansu – także moralnego – działań militarnych prowadzonych przez amerykańskie siły zbrojne po wydarzeniach z jedenastego września 2001 roku, „Ocalony” może wydać się filmem archaicznym i wstecznym. Ot, kolejna opowiastka o dzielnych, honorowych chłopakach, którym przydarzył się Afganistan, gdzie przeciwnik nosi czerń i szkarłat, a sojusznik biel i beż, zaś finał przynosi klasyczne ocalenie w ostatniej chwili. 

Don't push it or I'll give you a war you won't believe.
Ocalony (5+/10)

"Ocalony" to istna pornografia wojny – kule świszczą, łamią się kości, tryska krew, idą w ruch noże, a nieśpieszne ujęcia unoszących się nad ziemią, majestatycznych śmigłowców Apache rozrzucających wokół kępy traw nie są tutaj odosobnione. Do tego fabułę zaczerpnięto ze wspomnień komandosa Navy SEALs Marcusa Luttrella, tytułowego ocalonego, który jako jedyny uszedł z życiem z nieudanej akcji rekonesansowej, o której dowództwo zapewne wolałoby zapomnieć. Lecz Ameryka kocha mundury i pokusa sfilmowania tej historii była zbyt duża, szczególnie że przekutą ją na opowieść o męstwie, wytrwałości i silnej braterskiej więzi łączącej czterech żołnierzy.

Reżyser Peter Berg poszedł bodaj jedyną słuszną drogą, aby nie uwięznąć w pułapce pretensjonalnego, patetycznego, napuszonego, propagandowego peanu na część amerykańskiego militaryzmu, z „Ocalonego” robiąc regularny film akcji i takiej konwencji gatunkowej się podporządkowując, biorąc tym samym – chwilami chyba niezupełnie świadomie – całość w nawias umowności, okraszając wszystko ornamentacyjną przemocą. Cierpią na tym sami bohaterowie, bo ani losem Luttrella, ani któregokolwiek z jego towarzyszy nie sposób się przejąć, a to przecież zdarzenia autentyczne! Kontekst staje się więc kluczem do filmu Berga i bez jego znajomości „Ocalony” pozostaje tylko efektownym kinem wojennym pozbawionym wsadu emocjonalnego. Trzeba przyznać jednakże, że odwzorowane z dbałością o realizm sceny akcji są tutaj najwyższej próby i choćby tylko dla nich warto się filmem zainteresować.



piątek, 7 marca 2014

Tydzień w kinie - "Duże złe wilki"

„Duże złe wilki” – najlepszy film ubiegłego roku według Quentina Tarantino, o czym nie omieszkują napomykać mimochodem nie tylko materiały promocyjne, ale i teksty krytyczne na temat filmu, łącznie z niniejszym – to najświeższy przykład szeroko pojętego eklektycznego kina sensacyjnego (z braku lepszego, bardziej precyzyjnego określenia), którego przynależności gatunkowej nie sposób jednoznacznie określić, ale też i nie w tym rzecz. Problematyka filmu opiera się na fundamentalnym pytaniu o zasadność usprawiedliwienia niewłaściwego czynu doznaną krzywdą, a przynajmniej taką interpretację chcieliby narzucić izraelscy reżyserzy Aahron Keshales i Navot Papushado. Ich film miał być swoistą emanacją, jak sami mówią, egzystencjalnego niepokoju odczuwanego niemal od zarania dziejów przez ich ziomków, wyrazem niepewności drążącej cały naród, lecz nie do końca wiadomo, czego ta niepewność miałaby się tyczyć i z czego wynikać. Z trudności oceny działań cokolwiek dwuznacznych? Pułapek moralnego relatywizmu? Być może, lecz nawet jeśli przyjmiemy takie założenie za trafne, Keshales i Papushado posługują się dość prymitywnymi środkami, aby swoje racje wyłożyć.

Duże złe wilki (6-/10)

Zawieszony przez przełożonego glina Micki na własną rękę, już po zdaniu odznaki, kontynuuje dochodzenie w sprawie pedofila-mordercy. Jego podejrzanym numer jeden jest nauczyciel imieniem Dror, chuderlawy okularnik w sweterku, właściciel niedużego pieska, typ kujona, którego niegdyś koledzy z klasy podtapiali w przerwach w klozecie. Micki nie ma wątpliwości co do jego winy, choć nie posiada żadnego dowodu i zeznanie chce wymusić siłą. Niespodziewanie na scenie pojawia się trzecia osoba dramatu – rozżalony ojciec jednej z zaginionych dziewczynek, zdeterminowany zabić nauczyciela, uprzednio wymuszając na nim przyznanie się do winy, niemający nic do stracenia Gidi. Mężczyzna ogłusza i porywa pozostałych dwóch, a potem, w chatce na odludziu, proponuje Mickiemu spółkę: razem mają torturować Drora aż do skutku.

Orgiastyczny festiwal przemocy, jaki rozpoczyna się po szybkim zawiązaniu akcji, rzadko kiedy znajduje swojej uzasadnienie poza czystym efekciarstwem. Ta sadystyczna fantazja poprzetykana jest humorystycznymi – oczywiście odpowiednio ponurymi i niekiedy przyciężkimi, zważywszy na tematykę – elementami i zanim dowiemy się, czy Dror faktycznie jest tym, za kogo mają go Micki i Gidi, czeka nas nie lada przeprawa.