piątek, 28 listopada 2014

Tydzień w kinie - "November Man"

Tytułowa metafora jest równie subtelna co sam film. Doświadczony agent amerykańskich służb wywiadowczych Peter Devereaux na podobną ksywkę zasłużył sobie zabójczą skutecznością – niczym listopadowa zawierucha pozostawia po sobie jedynie trupi chłód i popielatą szarość. Tak, to ten typ faceta, któremu nawet powieka nie drgnie, kiedy tuż za jego plecami malownicza eksplozja podgryza jęzorami płomieni stalowoszare niebo.

A po akcji chodziliśmy na kremówki
November Man (5/10)

Szpiegowski slang mówi o trwającej nieustannie od lat globalnej „Grze” toczonej zza dębowych biurek przez zasiadających na skórzanych fotelach geniuszy politycznych intryg, ale nawet mistrzowie rozgrywki stawiający się ponad regułami do każdej partii potrzebują szeregowego piona. Istnieje jednak zasadne ryzyko, że ten, pomimo nacisku i odpowiedniego programowania, pozostanie w zgodzie ze swoimi zasadami i to tym ich zestawem, którego odgórnie uregulować nie sposób – osobistym kodeksem moralnym. Akurat ten wyznawany przez Devereaux jest pokrętny i niekonsekwentny, ale trzeba scenarzyście uwierzyć na słowo, że to bunt przeciwko rażącemu okrucieństwu pracodawcy zmusił agenta do udania się na emeryturę, bo podparcie w czynach znajduje rzadko. Urlop dla podratowania dobrego samopoczucia nie trwa jednak długo, Pierce Brosnan odbębnił już zresztą leżenie do góry brzuchem w rozmaitych komediach mniej lub bardziej romantycznych i nie byłoby filmu, gdyby nie kolejna misja, której da radę tylko on i nikt inny.

Dla Devereaux to sprawa osobista na niemal wszystkich frontach, bo nie dość, że naprzeciw niego staje młody agent, którego niegdyś szkolił, to jeszcze rzecz tyczy byłej kochanki, a scenarzysta szykuje kolejne zwroty akcji. Po drodze oczywiście okaże się, że intryga ma niejedno dno i przy okazji, mimochodem, as CIA będzie musiał zażegnać polityczny kryzys i uratować parę dusz. Bo wydaje się, że tematem przewodnim dziurawego jak ser szwajcarski – może nieprzypadkowo Devereaux spędza swoją chwilową emeryturę właśnie w cieniu Alp? – filmu jest odkupienie przewin, tutaj każdego coś gryzie i kąsa, a amerykański szpieg albo przyjmuje rolę spowiednika, albo anioła zemsty podającego grzesznikowi lub jego ofierze nabitą spluwę.

Śmigający po ulicach Belgradu, nadal diablo przystojny, przystrojony w modną koszulę i nienagannie skrojoną marynarkę Pierce Brosnan nie zapomniał sztuczek, których nauczył się na planie filmów z Jamesem Bondem. Ba, nawet parę dawnym kolegom podkradł, angażując chociażby do głównej roli kobiecej znaną z „Quantum of Solace” Olgę Kurylenko. O ile jednak tam pozwolono jej siać zamęt, tak u Donaldsona jest ledwie ozdobą, klasyczną damą w opałach i nawet kiedy już decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce, to paraduje w lateksie, szpilkach i mocnym makijażu. Zresztą inne postacie kobiece również potraktowane są pretekstowo i albo efektownie zrzucają ubrania, albo łysy drab zwraca się do nich per „tits” lub „twat”.

Lecz chodzi tutaj w końcu o Petera Devereaux, którego z powieści pióra mało znanego u nas, zmarłego przed kilkoma laty pisarza Billa Grangera, na ekran Brosnan planował przenieść, odkąd odwiesił Bondowski garnitur do szafy. Tym bardziej szkoda, że pchany potrzebą serca irlandzki aktor nakręcił – rękoma starego wyjadacza mającego na koncie niejeden wart uwagi film Rogera Donaldsona – zagracone, bałaganiarskie kino szpiegowskie oparte na niemiłosiernie zajeżdżonych przez sensacyjniaki ze średniej i niższej półki kliszach. O ile zarzut schematyczności w wypadku kina gatunkowego jest skądinąd śliski, tak „November Man” pretenduje chwilami do miana filmu zaangażowanego, odnoszącego się pośrednio do plotek i faktów ze świata zakulisowej polityki, ale to ścieżka chybiona, bowiem z tego bełkotu nic sensownego wyłapać się nie da.

Zaś sam Devereaux, zdolny ujść cało z największej kabały i jedną ręką skasować tabun wyszkolonych agentów dybiących na jego życie, to bodaj najbardziej niekonsekwentny bohater kina akcji, który, chcąc udowodnić swoje racje, przecina bogu ducha winnej dziewczynie tętnicę udową, dopuszczając możliwość, że ta wykrwawi się na śmierć, jeśli prowokacja nie pójdzie po jego myśli. Niby niekonsekwencja wpisana jest w naturę ludzką, lecz nie przydaje ona superszpiegowi niejednoznaczności moralnej, ale kwestionuje talent scenarzysty.

Tekst ukazał się na łamach miesięcznika "Kino" (11/2014). Inne moje recenzje z magazynu przeczytać można na jego stronie internetowej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz