piątek, 7 listopada 2014

Tydzień w kinie - "Interstellar"

Do innej galaktyki prawdopodobnie nie dolecimy nigdy. Szczęśliwie kina podobne ograniczenia nie obowiązują. Christopher Nolan, choć podpierając się ekstensywnymi badaniami naukowymi oraz radami Kipa Thorne'a, specjalisty od teorii względności – i setek innych – a zarazem pomysłodawcy filmu, sięgnął po klasyki science-fiction i blockbustery z lat osiemdziesiątych, które ukształtowały jego artystyczną wrażliwość. Zresztą „Interstellar” miał zrealizować Steven Spielberg, ale losy projektu, jak to w Hollywood bywa, potoczyły się inaczej.

"Marty, this is the place"
Interstellar (8-/10)

Nolan uważa się za tradycjonalistę – nie korzysta z trójwymiaru, nie lubi CGI i nie kręci cyfrą – ale format IMAX, który traktuje niczym panoramiczne płótno, uznał tym razem za niezbędny, aby pokazać ogrom kosmosu w pełnej krasie. Słusznie. Bowiem „Interstellar” jest technicznym majstersztykiem dorównującym stroną wizualną największym osiągnięciom gatunku, mogącym śmiało mierzyć się z ukochaną przez reżysera „2001: Odyseją kosmiczną”, mimo że Brytyjczyk stroni od montażowej ekwilibrystyki i nie polega bezrozumnie na komputerowej grafice, żeby swoją wizję rozrysować. Pozwalając spektaklowi tej skali (film kosztował przeszło sto pięćdziesiąt milionów dolarów) biec stosunkowo powolnym rytmem, Nolan konsekwentnie obudowuje opowiadaną historię rozmaitymi kontekstami, nie śpiesząc się z domknięciem akcji. Zresztą ta chwilami zahaczająca o niekiedy tylko nieznośną melancholię opowieść o stracie i poświęceniu zderza się z epickim rozmachem, tym samym łącząc śmiertelną powagę z lekkością odwiecznego marzenia o podboju kosmosu.

Ziemia przyszłości, gdzie panuje klęska głodu i szaleją piaskowe burze, jest niezwykle podobna do Ameryki okresu Wielkiego Kryzysu z początku lat trzydziestych ubiegłego stulecia, mistrzowsko opisanej przez Johna Steinbecka w „Gronach gniewu”. Nie jest to bynajmniej analogia powierzchowna. Oba utwory mówią o odysei w poszukiwaniu nowego lądu, z tym że ekspedycja Nolana eksploruje bezkres kosmicznej przestrzeni, ale nawet przy całym tym ornamentacyjnym gatunkowym kostiumie reżyser odwołuje się do myśli Steinbecka i roznieca tę pamiętną iskierkę nadziei z finału powieści do rozmiarów pożaru. „Interstellar” staje się tym samym wyrazem niezmąconej wiary nie tyle w samozachowawczy instynkt przetrwania, co w niezwykłą umiejętność człowieka do twórczego wykorzystania tego niemalże bezwarunkowego odruchu, przekucia go w czyn wielki, niemal wymykający się wyobraźni. Pomimo rozmaitych odwołań i nawiązań, wsparty znakomitą ekipą towarzyszącą mu po obu stronach kamery, Nolan stworzył film autonomiczny i udało mu się ponownie rozpalić ciekawość na temat tego, co kryje kosmos, a wydawałoby się, że, właśnie dzięki kinu, poznaliśmy już go od podszewki.

Na marginesie: Hollywood wyprzedziło naukę. Opracowany na potrzeby filmu szczegółowy, trójwymiarowy model czarnej dziury spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem przez tęgie głowy, które już biorą się za pisanie prac akademickich na ten temat.

P.S. Mój wywiad z Christopherem Nolanem --> KLIK!

5 komentarzy:

  1. spoilery.

    Widowisko science-fiction owszem, zacne. Jednak przede wszystkim Nolan chciał pokazać dramat ojca: ratować ludzkość i zrezygnować życia u boku dzieci, które zaraz będą wchodziły w prawdziwą dorosłość? Nie być przy narodzinach wnuków, podczas nauki jazdy samochodem itd. Ja, jako ojciec nie wyobrażam sobie takiego wyboru. No kurde, wzruszyłem się jak Tom pokazał mu wnuka. Jest jeszcze jedna ciekawa sprawa. Miałem wrażenie że Nolan z bratem, scenarzystą chcieli delikatnie "spoliczkować" tych wszystkich, którzy w trakcie seansu doszukiwali się elementu Boskiego, siły wyższej. "O proszę, jak Nolan dorósł i skierował się w stronę wiary". Niestety, żadne modlitwy nam nie pomogę, nie ma co doszukiwać się Boskiego dotyku. Pomóc może tylko nauka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Odnośnie do tej nauki - czytam zarzuty, jakoby Nolan sobie pozwolił na zbyt dużo i gdzieś tam powinno było tę załogę zgnieść, spalić, wessać, a wszystko to w ogóle jedna wielka bzdura. Ale dla mnie to oni mogliby tam i na miotłach polecieć. Jakbym chciał wykładu na temat czarnych dziur, to odpaliłbym Discovery Channel i dał sobie spokój z chodzeniem do kina.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam. odnoszenie się do nauki i próba "zrozumienia" tego, nawet nie ma sensu. Ja w czasie seansu odciąłem się zupełnie od tego. Pojęcie nauki występowało tylko jako nauka jako taka i koniec :) Przede wszystkim emocje, historia, magia kina. W zarzutach najbardziej irytuje mnie sugestia że Nolan przesadził z patosem. Kurde przecież to opowieść o wędrówce do gwiazd. Tu musi być wzniośle i czasami pompatycznie. Tak się nakręciłem, że chyba podniosę ocenę o jedną gwiazdkę :) Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Bodaj jedynym scenariuszowym kiksem, od którego zazgrzytałem zębami, była gadka Anki o miłości. Na moment wybiłem się z rytmu. Całą resztę oglądało mi się zacnie, choć nadal mam ambiwalentne odczucia co do finału, ale to dobrze. Lubię, jak film zostaje ze mną na dłużej.

    OdpowiedzUsuń
  4. W końcu trafiłem na recenzję, która nie stawia Nolanowi zarzutu zbyt wysokich ambicji. Dzięki, bo już myślałem, że niewielu recenzentów potrafi jeszcze bawić się kinem. Epickość Interstellar pozwala nawet nie tyle wybaczyć, co w ogóle zepchnąć na dalszy plan wszystkie "słabe punkty". Jest fun i przygoda, a Nolan zasłużył sobie na to, by epickość filmów oceniać w skali nazwanej jego nazwiskiem. 9/10 w skali Nolana :)

    OdpowiedzUsuń