piątek, 1 sierpnia 2014

Tydzień w kinie - "Nie ma tego złego"

Na ten kolejny zapychacz letniego repertuaru kinowego pójdą chyba jedynie widzowie szukający odrobiny chłodu w klimatyzowanej sali. Oraz ci, którzy poniższej recenzji nie zawierzą. I choć panowie tutaj przystojni, a panie ładne – a niekiedy ostentacyjnie roznegliżowane – nie ma na co popatrzeć. Bo wszystko to już było, nie raz, nie dwa i nie sto, a do tego lepiej. 

Jason z "True Blood" rozpaczliwie szuka kolejnej fuchy
Nie ma tego złego (3/10)

Skromna kanadyjska komedyjka romantyczna opowiada o facecie, który na własne życzenie przegrał życie. Zrezygnował z intratnego kontraktu wydawniczego i zmuszony jest szorować po knajpach brudne gary – co, dodajmy, uwielbia – zaś była żona w mediach pierze brudy z ich pożycia, opisane wcześniej na blogu, który przyniósł jej popularność. Leo, bo takie imię nosi pierdołowaty, acz naiwnie uroczy bohater filmu, jest też nieugiętym stalkerem, który dostaje fiksacji (nie wiedzieć czemu) na punkcie poznanej na ślubie blondynki (czyżby to był jedyny powód?). Problem polega na tym, że wybranka jego serca była właśnie panną młodą. Colette ma u boku męża, jak się wydaje, idealnego – bogatego przystojniaka ze sportową przeszłością, którego pochłania działalność charytatywna. Którego z nich wybierze w finałowej scenie nie jest chyba tajemnicą dla nikogo, kto choćby spojrzy na plakat filmu, ale zadziwiająca jest droga do serca blond piękności. Leo zdobywa je stopniowo, najpierw powodując u mężatki irytację głupawym zachowaniem i, powiedzmy sobie szczerze, prześladowaniem, za które amerykański sąd chętnie ukarałby go grzywną i zakazem zbliżania się. „Nie ma tego złego”, inaczej zmontowane, z dodaną odpowiednią muzyką, mogłoby spokojnie robić za dreszczowiec o facecie, który chodzi krok w krok za bogu ducha winną kobietą wiodącą szczęśliwe życie małżeńskie.

Lecz my wiemy, że Leo to tak naprawdę chłopina z wielkim sercem, nieco nieporadny, nieco niedopasowany, ale szczery. I że mu się należy. Tylko po co wciągać w to wszystko widza?

1 komentarz:

  1. "...inaczej zmontowane, z dodaną odpowiednią muzyką, mogłoby spokojnie robić za dreszczowiec o facecie, który chodzi krok w krok za bogu ducha winną kobietą wiodącą szczęśliwe życie małżeńskie". Genialne podsumowanie większości komedii romantycznych i mojego problemu z tym gatunkiem. Jakim cudem to, że w finale niemal za każdym razem ktoś zostaje poniżony/porzucony/ze złamanym sercem jest "romantyczne" stanowi zagadkę nie do rozwiązania.

    OdpowiedzUsuń