piątek, 22 sierpnia 2014

Tydzień w kinie - "Blue Ruin"

Pokutuje przekonanie, że amerykański serwis crowdfundingowy Kickstarter to targowisko próżności, gdzie pieniądze na swoje filmy wyciągają od naiwnych ci, którym żaden producent przy zdrowych zmysłach nie dałby złamanego grosza. Niektórzy twórcy niedysponujący budżetem pozwalającym im na stworzenie dzieła ze snu sięgają po cyfrowe kamery i kręcą horrory z ręki, mając nadzieję, że ktoś ich zauważy i sypnie kasą, inni decydują się z kolei zorganizować internetową zrzutkę, choć szanse powodzenia są stosunkowo niewielkie. Szczęście dopisuje nielicznym. A jednak. Jeremy Saulnier nie chciał co prawda dużo, bo tylko trzydzieści parę tysięcy dolarów. Zebrał całość. I nakręcił film znakomity. 

I have no idea what I'm doing.
Blue Ruin (7+/10)

Sundance go nie chciało, ale Cannes przyjęło z otwartymi ramionami. Saulnier powrócił z Francji, dzierżąc nagrodę Międzynarodowej Federacji Krytyki Filmowej. Skromne „Blue Ruin” box-office'u nie podbije, ale pozwala domniemywać, że młody reżyser jeszcze w branży namiesza, o ile nie pozwoli trybom hollywoodzkiej machiny pogruchotać sobie kości. Mierząc się z przeżartą schematami konwencją kina zemsty, Saulnier tylko pozornie daje się jej podporządkować, bowiem u niego historia zaczyna się tam, gdzie inne zazwyczaj dobiegają końca. Dopełnienie się vendetty to zaledwie pierwszy ruch na szachownicy, a zasady gry przewidują jedynie strącenie wszystkich figur przy niekoniecznym wyłonieniu zwycięzcy. 

Dwight pomieszkuje w rozlatującym się, nadgryzionym rdzą, tytułowym niebieskim Pontiaku, grzebie za jedzeniem po śmietnikach, włóczy się bez celu po plaży, kąpieli zażywając w okolicznych domach pod nieobecność ich właścicieli. Innymi słowy, istnieje w próżni biernego oczekiwania. Przez lata przyzwyczaił się do samotności i nauczył milczenia. Pierwszy prawdziwy dialog wybrzmiewa z kinowego głośnika dopiero po dwudziestu minutach. Tak jak i Dwightowi, Saulnierowi również słowa są zbędne, gdyż opowiada głównie obrazem, do tego z godną podziwu precyzją. I choć już po obejrzeniu kwadransa kusi przypięcie amerykańskiemu reżyserowi łatki twórcy skupionego wyłącznie na cyzelowaniu poszczególnych kadrów, byłby to niewybaczalny błąd, bo choć istotnie kompozycja poszczególnych ujęć jest nienaganna, tak fabularnie „Blue Ruin” ma sporo do zaoferowania, znacznie więcej niż chociażby niedawny, podobny klimatem i tematyką – i również udany – „Zrodzony w ogniu”. 

Świetnie wypada scena, kiedy Dwight, już po dokonanej zemście na domniemanym mordercy swojej rodziny, siada z siostrą przy kawiarnianym stoliku, ogolony, w świeżym ubraniu, czując się jakby nieswojo we własnej skórze. To człowiek powołany do dokonania zemsty, o której myślał przez długie lata, ale niepodobny twardzielom, którym palec nie drgnie przed naciśnięciem spustu. Dwight jest klasycznym everymanem, który gubi kluczyki od wozu w kałuży krwi zaszlachtowanego przez siebie faceta i nie potrafi ukraść pistoletu. Komizm podobnych sytuacji to pozór, bo humor u Saulniera jest ciężki i pozbawiony makabrycznej, choć często refleksyjnej radości charakterystycznej dla Tarantino czy braci Coen, do których dokonań porównuje się „Blue Ruin”, nie do końca trafnie, na zasadzie czystego skojarzenia. Saulnier tworzy swoje własne, autorskie miniaturowe uniwersum i niewykluczone, że za parę lat to do jego dokonań będzie się równało podobne filmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz