środa, 18 czerwca 2014

Seans bez powodu - "Legendy ringu"

Prosiłem, groziłem, pytałem, przestępowałem z nogi na nogę, z niecierpliwością otwierałem kolejne komunikaty prasowe, szukając daty premiery kinowej. Nie doczekałem się. "Legendy ringu" lądują u nas od razu na płytach. Ponoć Slaj i Szwarcy nie sprzedają się w nadwiślańskiej krainie tak dobrze jak kiedyś, więc na ich bice i trice nie ma miejsca w bieżącym repertuarze. Jestem, rzecz jasna, w stanie zrozumieć decyzje podjęte przez dystrybutorów na podstawie chłodnej kalkulacji, co nie jest jednak równoznaczne z wyrażeniem zgody na nieobecność starych wyczynowców na dużych ekranach. Lecz cóż, mogę sobie jedynie pomachać szabelką, wyzłośliwiać się z kolegami przy piwie i pokornie położyć lśniący dividiczek na tacce odtwarzacza.

"I pity the fool!"
Legendy ringu (6/10)

Doskonale pamiętam zarówno swoją pierwszą wizytę w kinie na filmie ze Slajem, jak i  pierwszy domowy seans*. Poszliśmy z kolegami do lokalnego kina na "Na krawędzi", miałem lat prędzej kilka niż kilkanaście, lecz słodki czas kulturalnej anarchii okresu transformacji pozwalał piratom nagrywać pornole na jednej kasecie z "He-Manem", a bileterkom wpuszczać ludzi na salę jak leciało, bez względu na płeć, wyznanie, kolor skóry i, co dla mnie było najistotniejsze, wiek. Usiadłem w pierwszym rzędzie z lizakiem w gębie (z myślą o rzuceniu papierka za siebie zaraz po zgaszeniu świateł) i po seansie byłem przekonany, że obejrzałem najlepszy film na świecie. Przeświadczenie to utrzymało się zapewne co najmniej do następnego wieczora. Stallone, niemalże nadczłowiek, znowu uratował dzień. A piszę "Stallone", bo rzadko kiedy myślę o facecie w kontekście granych przez niego postaci, może poza Rockym i Rambo. Stallone to Stallone. Dlatego też "Legendy ringu" odbieram jako próbę podsumowania pewnego etapu kariery hollywoodzkiego mocarza, nieco refleksyjną, ale z przymrużeniem oka, korespondującą zresztą na pewnym poziomie z "Rockym Balboa". Slaj gra tutaj bowiem emerytowanego pięściarza, Henry'ego "Razora" Sharpa, który ledwie wiąże koniec z końcem. Nadarza się jednak okazja, aby zarobić trochę grosza, odzyskać minioną chwałę, a przy okazji naklepać dawnemu rywalowi, w którego z kolei wcielił się znany skądinąd aktor Robert De Niro. Cóż, ja ubawiłem się setnie i tym większe moje zdziwienie, gdyż przed seansem przejrzałem parę recenzji z prasy zachodniej i wszyscy, jak jeden mąż, jechali na "Legendach ringu" jak na łysej kobyle. Żaden ze mnie socjolog, ale myślę, że odkryłem klucz do tego filmu - trzeba Slaja w sercu nie mieć, żeby go nie docenić. Inaczej nie potrafię napisać, mniej emocjonalnie, bardziej rzeczowo, ale to mój blog, więc mogę gadać, co mi się żywnie podoba.

A podobają mi się "Legendy ringu". Lubię ten film za jego lekkość, za humor, za adrenalinę w finałowej walce, za Slaja, za De Niro, cholera, nawet za te klisze fabularne. Częstokroć mówi się z tęsknym, rozmarzonym westchnieniem, że "takich filmów już nie kręcą", od którego to wyrażenia ja uciekam jak od ognia i bodaj jeszcze nigdy go nie użyłem i nie mam zamiaru użyć go ponownie. Tym razem się pod nim podpisuję. Szkoda tylko, że takich filmów się już również nie ogląda.

*Puszczona z kasety "Pierwsza krew"; jako że moi rodzice byli szczęśliwymi posiadaczami odtwarzacza firmy Mitsubishi, do naszego mieszkania zeszli się sąsiedzi i chłonęliśmy film jako osiedlowa wspólnota.

1 komentarz:

  1. "Trzeba Slaja w sercu nie mieć, żeby go nie docenić" - święte słowa, nic dodać nic ująć. Jeżeli ktoś nie wyrastał na jego filmach, nie biegał po domu z plastikowym karabinem bawiąc się w Rambo i strzelając do starych to już raczej nie łyknie tegoż klimatu, a i z czystego sentymentu nie doceni kolejnych produkcji Sylwka. Bardzo dobre recenzje. Ciekawe, sprawnie i konkretnie napisane. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń