poniedziałek, 26 maja 2014

Tydzień w kinie - "Teoria wszystkiego"

Magikowi rozsypały się karty, żongler upuścił piłeczki, iluzjonista przeciął ponętną asystentkę na pół. Zdaje się, że Terry Gilliam nie ma już w kapeluszu żadnego królika.

Rzecz jasna plotki o artystycznej śmierci tego czy innego delikwenta są najczęściej przesadzone i krzyżyka na amerykańskim Brytyjczyku stawiać jeszcze nie wolno. „Teoria wszystkiego” rozczarowuje, i to boleśnie, lecz Gilliam, skazany na reżyserski czyściec, nieraz odradzał się niczym feniks. Rzecz jasna sam uważa, że film mu wyszedł, a negatywne opinie napędzane są jego zdaniem brakiem zrozumienia dla pokomplikowanego dzieła, które krytycy określają komedią, a on tragedią. Prawda zapewne leży pośrodku, ale zanim się do niej dotrze, trzeba przebić się przez kilogramy kolorowej waty, jaką Gilliam wypchał swój film. Niestety, „Teoria wszystkiego” prezentuje się ładnie chyba tylko na kadrach. I choć na upartego można o niej trochę dobrego powiedzieć, bo to jednak nadal znany i lubiany świat wyobraźni wydziwaczonej, ale niemal dwie spędzone tam godziny dłużą się niczym cztery; można wręcz dostać zawrotu głowy.
 
Miał być kadr z filmu, ale... nie mogłem się oprzeć.
Teoria wszystkiego (4/10)

Bo o ile szaleństwo Gilliama jest metodyczne, tematyczny bajzel wyklucza klarowne zrozumienie, o czym „Teoria wszystkiego” właściwie opowiada, choć może to opinia dziś niepopularna mówić, iż trudno ogarnąć to, co nam artysta usiłuje sprzedać. Jest tutaj kontynuacja linii myślowej zapoczątkowanej w „Brazil” (zresztą sam reżyser ma swój nowy film za domknięcie trylogii rozpoczętej tymże filmem i kontynuowanej „Dwunastoma małpami”), dotykającej, pokrótce, zagadnienia jednostki uwięzionej w zbiurokratyzowanym świecie rodem z orwellowskiego koszmaru. Bohaterem „Teorii wszystkiego” jest niejaki Qohen Leth (imię jak najbardziej znaczące, do rozszyfrowania), komputerowy geniusz, pracownik ogromnej korporacji obarczony zadaniem opracowania matematycznej formuły, która ma, generalnie, objaśnić znaczenie istoty rzeczy. Cierpi na egzystencjalny niepokój, wypatrując tego jednego jedynego telefonu, a od rozmówcy oczekuje wyjawienia mu sensu życia. Pomieszkuje w starym kościele, otaczają go typy ekscentryczne jak on sam, od komputera odrywa się tylko, słysząc dzwonek do drzwi, zaś ten rozbrzmiewa, jak na jego gust, zbyt często. Regularnie robotę przerywa mu pewna kokietka, emanacja erotycznych fantazji z komputerowego ekranu, nawiedzona wirtualna pani psycholog i wyszczekany nastolatek, z którymi Leth musi sobie, chcąc nie chcąc, radzić.

Twór zbliża się w tym miejscu do twórcy. Samemu Gilliamowi Hollywood niejednokrotnie brutalnie podcinało skrzydła, jak już coś zarobił, zaraz stracił; zabierał się za opus magnum, plany paliły na panewce. Nie można jednak odmówić mu uporu, wytrwałości oraz wierności swojej artystycznej wizji, choć wydawać by się mogło, że wszyscy wokół już dawno dorośli i tylko Terry Gilliam nadal jest naiwnie, święcie przekonany, iż siła wyobraźni może zdziałać cuda, a choć to pogląd magiczny, to jednak nieprzystający do rzeczywistości. „Teorię wszystkiego” można uznać za dzieło w jego filmografii graniczne, bo wątpiące, i tutaj należy upatrywać wartości tego obrazu, gdyż stanowi on – po raz kolejny jedynie być może, o tym jeszcze się przekonamy – albo deklarację zaniechania dalszych poszukiwań twórczych, albo, co zapewne bardziej prawdopodobne, wyraz niezłomności w dążeniu do upragnionego celu, choćby ów wyczekiwany telefon miał nigdy nie zadzwonić, a teoria wszystkiego okazała się do niczego. Gilliam, mówiąc o tragicznym wymiarze swojego filmu, mógł mieć na myśli dokładnie to. Albo i nie. O tym film milczy, lecz trop autotematyczny potrafi nadać mu sensu, któremu połatanemu scenariuszowi niestety brakuje.

Terry Gilliam, ten Don Kichot zachodniej kinematografii, może wcale nie walczył z hollywoodzkimi wiatrakami, ale sam ze sobą. Nakręcił tyleż dobrego, co nieoglądalnego, i nadal pozostaje twórcą istotnym, bo kompletnie nieprzewidywalnym. Sensacyjna teza o niemocy twórczej z początku niniejszego tekstu posłużyła, tak po prawdzie, za przynętę, gdyż Gilliam niejednokrotnie bywał już na dnie, po czym odbijał się i szybował pośród chmur. Zgoda, tak samo często spadał i rył zębami o ziemię. Co będzie z nim dalej? Nie sposób powiedzieć, bo pomysłów i planów zawsze miał dużo, a więcej filmów nie nakręcił, niż nakręcił. Z pewnością jednak, niezależnie od tego, co jeszcze wyjdzie spod jego ręki, sprowokuje do zapisania linijek nie zawsze trafnych, niekiedy tylko celnych, ale niezmiennie ciekawych rozważań, bo nawet jak Gilliama nieciekawie się ogląda, vide „Teoria wszystkiego”, to interesująco się o nim rozmawia. Oto wzór perfekcyjny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz