piątek, 30 maja 2014

Tydzień w kinie - "Babadook"

Diaboliczna książeczka ma szansę stać się rekwizytem dla kina równie istotnym, jak przeklęta czarna kaseta wideo z „Ringu”. Nie da się jej spalić, nie da się wyrzucić, nawet upchnięta na dnie kosza na śmieci pod stertą obierków zdolna jest wyskoczyć niczym pajacyk z pudełka i przyprawić już nie tyle o zawał serca, co duszy. Stworzony ręką nieznanego artysty – który mógłby śmiało napić się po przyjacielsku z Edwardem Goreyem i Charlesem Addamsem – rozkładany, oprawiony w szkarłat tom zawiera opowieści o potworze schowanym pod łóżkiem, bądź czyhającym w odmętach szafy, zaklęte w formę makabrycznych, monochromatycznych ilustracji i kilku upiornych rymowanek. Książka zatytułowana „Pan Babadook” pewnego dnia materializuje się niespodziewanie na półce sześcioletniego Samuela. Chłopiec za wszelką cenę chce ochronić matkę przed stworem, w którego istnienie święcie wierzy.

Poczytaj mi, mamo
Babadook (7/10)

Ale matka zmaga się z własnymi demonami. Syn jest dla niej nade wszystko uosobieniem smutku, symbolem tragedii, która zdarzyła się przed laty; jej mąż zginął w wypadku samochodowym, jadąc z ciężarną żoną na porodówkę. Odtąd w nieustającej żałobie pogrążony został cały dom, gdzie wszystko jest wyzute z koloru, nijakie, wyblakłe, śnięte; meble, ściany i ubrania zlewają się w jedno, niby różne odcienie szarości. Samuel nie obchodzi urodzin, bo nie przystoi fetować dnia, w którym odszedł jego ojciec. Matka czuje niechęć do własnego dziecka. Z tej niechęci wynika poczucie winy wobec samej siebie i chroniczna neuroza, potęgowana dziecięcą paranoją o zagrożeniu ze strony stwora z książeczki na półce. Babadook staje się nie tylko nocną marą, to także ucieleśnienie trwającej od lat udręki.

Na upartego dzieło debiutującej w pełnym metrażu Jennifer Kent (film jest rozwinięciem jej dziesięciominutowej etiudy „Monster” sprzed niemalże dekady) dałoby się zakwalifikować jako dramat psychologiczny. Ale reżyserka nie boi się inaczej określić przynależności gatunkowej „Babadooka” i wykłada karty na stół już w drugim akcie. A to dobry znak, dowodzący, że horror ma nam jeszcze sporo do zaoferowania. Kent początkowo igra z niejednorodnością gatunkową, aby następnie zamknąć film czystym cyrkiem grozy. Do samego końca udaje jej się też utrzymać napięcie emocjonalne. „Babadook” z każdą minutą zmierza coraz bardziej w stronę klasycznych rozwiązań, charakterystycznych dla opowieści o nawiedzeniu, lecz realizatorka po drodze wprowadza liczne intertekstualne nawiązania, na szczęście logicznie wynikające z fabuły. Stopniowo popadająca w obłęd Amelia przypomina opętanego żądzą mordu Jacka Nicholsona z „Lśnienia” i stroniącą od ludzi Catherine Deneuve ze „Wstrętu”, a w telewizorze Samuela ciągle pojawiają się filmy Méliesa, którego stylistyce autorka jest zresztą wierna. Stworzone przez nią strachy wyglądają, jakby zeszły ze stron owej staromodnej rozkładanej książeczki o panu Babadooku. Kent wykorzystuje także analogowe efekty specjalne, używa animacji poklatkowej, a w roli tytułowego upiora obsadza aktora, zamiast tworzyć kolejną wirtualną maszkarę. Oby twórcy horrorów brali z niej przykład!

Tekst ukazał się w majowym numerze miesięcznika "Kino". Zbiór pozostałych moich recenzji - i mnóstwo innych - znajdziecie na stronie magazynu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz