piątek, 7 marca 2014

Tydzień w kinie - "Duże złe wilki"

„Duże złe wilki” – najlepszy film ubiegłego roku według Quentina Tarantino, o czym nie omieszkują napomykać mimochodem nie tylko materiały promocyjne, ale i teksty krytyczne na temat filmu, łącznie z niniejszym – to najświeższy przykład szeroko pojętego eklektycznego kina sensacyjnego (z braku lepszego, bardziej precyzyjnego określenia), którego przynależności gatunkowej nie sposób jednoznacznie określić, ale też i nie w tym rzecz. Problematyka filmu opiera się na fundamentalnym pytaniu o zasadność usprawiedliwienia niewłaściwego czynu doznaną krzywdą, a przynajmniej taką interpretację chcieliby narzucić izraelscy reżyserzy Aahron Keshales i Navot Papushado. Ich film miał być swoistą emanacją, jak sami mówią, egzystencjalnego niepokoju odczuwanego niemal od zarania dziejów przez ich ziomków, wyrazem niepewności drążącej cały naród, lecz nie do końca wiadomo, czego ta niepewność miałaby się tyczyć i z czego wynikać. Z trudności oceny działań cokolwiek dwuznacznych? Pułapek moralnego relatywizmu? Być może, lecz nawet jeśli przyjmiemy takie założenie za trafne, Keshales i Papushado posługują się dość prymitywnymi środkami, aby swoje racje wyłożyć.

Duże złe wilki (6-/10)

Zawieszony przez przełożonego glina Micki na własną rękę, już po zdaniu odznaki, kontynuuje dochodzenie w sprawie pedofila-mordercy. Jego podejrzanym numer jeden jest nauczyciel imieniem Dror, chuderlawy okularnik w sweterku, właściciel niedużego pieska, typ kujona, którego niegdyś koledzy z klasy podtapiali w przerwach w klozecie. Micki nie ma wątpliwości co do jego winy, choć nie posiada żadnego dowodu i zeznanie chce wymusić siłą. Niespodziewanie na scenie pojawia się trzecia osoba dramatu – rozżalony ojciec jednej z zaginionych dziewczynek, zdeterminowany zabić nauczyciela, uprzednio wymuszając na nim przyznanie się do winy, niemający nic do stracenia Gidi. Mężczyzna ogłusza i porywa pozostałych dwóch, a potem, w chatce na odludziu, proponuje Mickiemu spółkę: razem mają torturować Drora aż do skutku.

Orgiastyczny festiwal przemocy, jaki rozpoczyna się po szybkim zawiązaniu akcji, rzadko kiedy znajduje swojej uzasadnienie poza czystym efekciarstwem. Ta sadystyczna fantazja poprzetykana jest humorystycznymi – oczywiście odpowiednio ponurymi i niekiedy przyciężkimi, zważywszy na tematykę – elementami i zanim dowiemy się, czy Dror faktycznie jest tym, za kogo mają go Micki i Gidi, czeka nas nie lada przeprawa.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz