piątek, 21 lutego 2014

Tydzień w kinie - "Tajemnica Filomeny"

Zmontowany ze sprytem zwiastun „Tajemnicy Filomeny” intencjonalnie pomija kluczowy element fabuły i istotny punkt wyjścia do dalszych rozważań o filmie. Otóż dziecko Filomenie Lee ukradły zakonnice z irlandzkiego klasztoru, o czym trailer milczy. To oczywiście symplifikacja rodem z tabloidu, lecz faktem jest, że dystrybutorzy od ewentualnych kontrowersji próbują się zdystansować. Amerykański producent Harvey Weinstein wykupił nawet całą stronę na łamach „New York Timesa”, gdzie zamieścił tekst, protestując przeciwko negatywnej recenzji opublikowanej w nowojorskim „Post”, której autor zarzucał filmowi ostentacyjną postawę antykatolicką. Oby jednak podobne przepychanki ideologiczne – choć całkiem zasadne, bo opierające się na pewnych podstawach faktograficznych – częstokroć przybierające formę zwyczajnego pieniactwa nie przysłoniły innych treści „Tajemnicy Filomeny”.

Tajemnica Filomeny (7/10)

Co tu dużo mówić –  Stephen Frears po niepowodzeniu swojego ostatniego filmu powraca do formy. Niby sięga po samograj, historię prawdziwą, z życia wziętą, zaczerpniętą z książki brytyjskiego dziennikarza Martina Sixsmitha, którą dałoby się bez utraty dramatyzmu przenieść na ekran w proporcji jeden do jednego, ale tworzy z niej autonomiczne dzieło z charakterystycznym autorskim sznytem. Sixsmith po utracie pracy od niechcenia zabrał się za pierwsze lepsze zlecenie, które przedzierzgnęło się w najsłynniejszy reportaż w jego karierze. Tytułowa Filomena Lee zgłasza się do niego po latach milczenia i decyduje się na wyznanie: starsza pani za młodu urodziła dziecko, które odebrano jej potem w żeńskim zakonie – gdzie została umieszczona przez rodziców w ramach pokuty za grzech cielesny – i oddano do adopcji. Z pomocą Sixsmitha chce odnaleźć syna.

Zderzenie elitarysty z klasy średniej z oksfordzkim dyplomem na ścianie i prostej kobieciny zaczytanej w tanich romansidłach, ateisty mającego się za człowieka postępu i zatwardziałej katoliczki, pozbawionego złudzeń cynika i prostodusznej emerytki – ten swoisty impakt odmiennych światopoglądów służy nie tylko efektowi komediowemu. „Tajemnica Filomeny”, mimo że humoru tu nie brakuje – niestety, zbyt często opiera się on na dworowaniu z plebejskich przyzwyczajeń i gustu Filomeny – jest przede wszystkim filmem o tęsknocie za życiem nieprzeżytym, poświęconym trudom aktu skruchy i przebaczenia. Frears umiejętnie angażuje widza emocjonalnie, stąd nie dziwią nagrody, pochwały i nominacje, jakie jego film zbiera, choć chwilami wydaje się trącić lekkim fałszem, jakby to i owo nadmiernie uproszczono, a tamto podkręcono, żeby przypodobać się publiczności, ale takie przecież prawo kina. Pod ewidentną kokieterią kryje się bowiem film idealnie wyważony i precyzyjnie odmierzony.

2 komentarze:

  1. Nie widziałem, ale cieszę się z nominacji. To tylko doda Frearsowi kopa do przyszłych projektów. Frears bardzo często angażuje widza, tak jak napisałeś emocjonalnie. Tak jak to było w "Dirty Pretty Things". Na mnie zaś czeka odwlekany w nieskończoność seans "My Beautiful Laundrette" z młody Danielem Day-Lewisem (no dobra, już taki młody nie był :). Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Oby tak się stało! "Tajemnica..." co prawda bez Oscara, ale nie zmienia to faktu, że film jest o klasę - a może i dwie - lepszy od poprzedniego. Frears obrał dobry kurs.

    OdpowiedzUsuń