piątek, 14 lutego 2014

Tydzień w kinie - "Anioł śmierci"

„Anioł śmierci, monarcha królestwa umarłych, sadystyczny chirurg zagłady” – wywrzaskiwał niegdyś o Josefie Mengele amerykański zespół trashmetalowy Slayer; tekst ten przez lata odbijał się czkawką długowłosym muzykom oskarżanym, dość absurdalnie, o sympatie nazistowskie. Niespełna pięciominutowa wyliczanka nieludzkich zbrodni demonicznego lekarza z Auschwitz nie jest jedynym świadectwem jego obecności w popkulturze. Mengele na przymusowym wygnaniu do Ameryki Południowej miał podobno planować odrodzenie Trzeciej Rzeszy przy pomocy wyhodowanych laboratoryjnie nastoletnich kopii Adolfa Hitlera (patrz oparty na powieści Iry Levina film „Chłopcy z Brazylii” z 1978 roku), jego niesławne eksperymenty na bliźniętach doprowadziły ponoć do uwolnienia mrocznych sił (horror „Nienarodzony” sprzed paru lat), a nawet uciekł na Antarktydę z głową führera pod pachą, zaszył się pod ziemią i tam skonstruował dla wodza metalowe ciało (tytuł tego filmu nie jest wart wymienienia). Równie śmiałych fantazji próżno jednak szukać u Lucii Puenzo.


Anioł śmierci (6+/10)

Zarówno powieść, jak i film argentyńskiej pisarki i reżyserki wypełniają białą plamę w życiorysie Mengele, tuż sprzed ucieczki nazisty z Argentyny do ościennego Paragwaju, motywowanej między innymi przechwyceniem Adolfa Eichmanna przez Mossad. Przez pierwsze lata spędzone na obczyźnie niemiecki lekarz uprawiał wyuczony zawód, działał też aktywnie w podziemiu aborcyjnym. Próbowano udowodnić, że kontynuował eksperymenty genetyczne, rozpoczęte podczas drugiej wojny, ale nie znaleziono ostatecznego dowodu na potwierdzenie podobnej tezy.

Puenzo wydaje się nie mieć wątpliwości. U niej Mengele jest utkany z popkulturowego mitu – to na poły doktor Frankenstein opętany ideą stworzenia człowieka idealnego, napędzany kompulsywną potrzebą skorygowania boskiego błędu (wywodzące się z żydowskiej mitologii imię głównej bohaterki, Lilith, której oczami śledzimy akcję, staje się w tym świetle symboliczne; jej matka z kolei nazywa się Eva i jest, a jakże, w ciąży bliźniaczej). Mengele to typ pokrewny Hannibalowi Lecterowi, przystojny inteligent o nienagannych manierach, pod maską elokwencji skrywający okropną tajemnicę. Niemiecki doktor jest w tym ujęciu klasyczną dla kina – i sztuki w ogóle – figurą Obcego, który zaburza pewien ustalony ład. Kusicielem i mąciwodą.

Przyjęty pod dach przez nieświadomą jego knowań argentyńską rodzinę, stopniowo niszczy więzi, łączące jej członków. Enzo i Eva traktują gościa, płacącego gotówką z góry za półroczny pobyt w ich hotelu, niczym dar niebios. Helmut Gregor – jak legitymuje się Mengele – proponuje nawet wyłożenie pieniędzy na wymarzoną inwestycję głowy rodziny, po godzinach konstruującego lalki. Jedną z nich, steraną i nadgryzioną zębem czasu, brzydką i umorusaną, jest Wakolda (to oryginalny tytuł filmu), z którą identyfikuje się Lilith. Dziewczyna, urodzona jako wcześniak, ma chroniczne kłopoty ze zdrowiem, a mały wzrost powoduje, że koledzy naigrawają się z niej podczas szkolnych zajęć na pływalni. Dobry doktor bezinteresownie oferuje rozwiązanie – specjalną terapię opracowanym przez siebie hormonem wzrostu. Metafora lalki jest jednak dość siermiężna, szczególnie gdy zostaje użyta do skojarzeń z holokaustem i masową śmiercią przy okazji rozpoczętej przez Enzo, dzięki funduszom lekarza, taśmowej produkcji zabawek.

Punkt wyjścia byłby dobry zarówno dla horroru, jak i thrillera spiskowego – istotną rolę w fabule odgrywa też wątek szkolnej archiwistki i fotografki, która podejrzewa, kim może być nowy mieszkaniec miasteczka, i prowadzi prywatne dochodzenie – ale film Puenzo nie wpada w koleiny kina gatunkowego. Kluczowa dla odbioru wydaje się znajomość kontekstu historycznego i politycznego, świadomość istnienia azylu, jaki znaleźli w krajach Ameryki Południowej nazistowscy zbrodniarze, i obecności silnej społeczności niemieckiej, traktującej uciekinierów z honorami należnymi elicie. Sama opowieść, mimo że wiarygodna z historycznego punktu widzenia, nie jest pozbawiona niedociągnięć narracyjnych. Należy za nie winić zapewne dyskusyjną perspektywę, z jakiej film oglądamy – okoliczność, że znamy prawdziwą tożsamość Helmuta Gregora, osłabia napięcie i zaangażowanie emocjonalne widza. Puenzo pozwala jedynie na bierną, suchą obserwację intrygujących zdarzeń.

Tekst pochodzi z lutowego numeru miesięcznika "Kino". Na stronie kino.org.pl znajdziecie - aktualizowany co tydzień - zbiór archiwalnych recenzji opublikowanych w magazynie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz