piątek, 24 stycznia 2014

Tydzień w kinie - "Ratując pana Banksa"

Ponoć przez długie dwadzieścia lat Disney namawiał pannę Travers do udzielenia zgody na przeniesienie postaci Mary Poppins na ekran, aż pisarka, zmuszona trudnościami finansowymi, uległa. I potem przez kolejnych dwadzieścia wytrwale odmawiała złożenia podpisu pod innymi stosownymi umowami, blokując tym samym próby realizacji sequela. Takiego ponurego postscriptum jednak próżno szukać u Johna Lee Hancocka, ale czy można kręcić nosem na to, że film disnejowski jest... disnejowski? Zresztą mankamentem lukrowanych i polakierowanych perypetii australijskiej hetery, która w Hollywood czuje się jak wyrzucona na brzeg ryba, wcale nie jest łzawy sentymentalizm.

"Pięć piw proszę!"
Ratując pana Banksa (6+/10)

Travers przyjechała do studia Disneya – gdzie zresztą film nakręcono, odtwarzając, w miarę możliwości, stan obiektu z początku lat sześćdziesiątych – z konieczności, sceptyczna wobec pomysłu nakręcenia filmowej adaptacji swojej prozy, traktowanej przez nią osobiście, bo mocno zakorzenionej w dziecinnych wspomnieniach. Hancock jej spotkanie z Disneyem oczywiście mitologizuje (lecz kto od kina wymaga prawdy?), usilnie przedstawiając amerykańskiego producenta jako Piotrusia Pana z Missouri, zaś na pisarce dokonując istnej wiwisekcji, szukając źródeł jej zgorzknienia w młodzieńczym rozczarowaniu ojcem-alkoholikiem. Praca nad znienawidzonym filmem staje się dla niej rytuałem niemal egzorcystycznym, jedyną szansą na pozbycie się męczącego kobietę od lat demona. To też starcie ognia i wody – Disney to człowiek z wizją, ale i despota; Travers stanowi godną przeciwniczkę, bowiem obwarowuje powstające na jej oczach dzieło kolektywnej wyobraźni niekończącymi się zakazami oraz nakazami. Tarcia pomiędzy dwoma indywidualnościami prowadzą do sytuacji wywołujących na ustach uśmiech, w których bodaj najpełniej wyraża się specyficzna disnejowska wrażliwość.

„Ratując pana Banksa” z każdą minutą to zyskuje, to traci. Zrealizowany ze starannością i charakterystycznym dla studia, nieco staroświeckim, acz niezaprzeczalnie czarującym sznytem, z fantastycznymi rolami Toma Hanksa, Emmy Thompson i Colina Farrella, dbałością o szczegół oraz pełny afektu dla amerykańskiej fabryki marzeń film nie wyrabia na zakrętach. Szczególnie irytujące są nieporadne, siermiężne retrospektywy, które psują ogólny efekt artystyczny i zaburzają płynność narracji. A po przetrawieniu kopiastej łyżki cukru męczyć może smutna refleksja, że to film nie tyle o miłości do sztuki, co jej potencjale marketingowym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz