sobota, 11 stycznia 2014

Tydzień w kinie - "Nimfomanka cz. 1"

Skandalem może być też jego brak. Jako że Triera zawsze miałem za wybornego - choć częstokroć operującego siermiężnym poczuciem humoru - kawalarza, nie mogę odczytać wywołanego przezeń szumu otaczającego "Nimfomankę" inaczej niźli w kategoriach żartu. Przez parę miesięcy sukcesywnie podkręcano śrubę i wydawało się, że na wyświetlane na ekranie napisy złożą się jedynie onomatopeje. Pozostaje jedynie żałować, że Trier nie zdecydował się z filmu wyrugować nawet tych paru scen seksu, jakie tam przemycono - których częstotliwość, cytując mojego kolegę, nie przekracza "średniej arthouse'owej" - bo z chęcią zobaczyłbym skonsternowane miny tych, którzy przyszli do kina z nadzieją na obejrzenie zalegitymizowanego przez Romana Gutka ślizgacza. Momenty miałby być, a nie ma. Touche, panie Trier.

Nimfomanka cz. 1 (6/10)

Na tym etapie pisanie o "Nimfomance" przypomina nieco zgadywankę, bo znamy jedynie połowę całej historii. Nie wykluczam, że to kolejna zmyłka Triera i kiedy nasza krytyka będzie budowała kilkupiętrowe teorie, ten je za dwa tygodnie z uśmiechem zburzy i zdepcze. Lecz, mimo że jestem zawiedziony "Nimfomanką", spodobało mi się podejście Triera do ludzkiej seksualności, która - czego zresztą dowodzą chociażby emocje, jakie budzi u nas nadrzędna kwestia, czy są na filmie cycki, czy nie ma (są), nadal potrafi być tematem niewygodnym - jest u niego pięknie strywializowana, pozbawiona natrętnej sakralizacji i estetyzacji, jak choćby w pamiętnym montażu, cytując klasyka, penisów męskich. Faceci, poza Jerome'em, będącym raczej fantazmatem, przypominają pacjentów po zabiegu lobotomii, emocjonalnych kastratów. Zaś przygody samej Joe, choć oczywiście nierzadko przegięte i karykaturalne, powpisywane w stereotypowe schematy fabularne rodem z pornosa, rozbite na poszczególne epizody mogą być potraktowane jako wyimki ze zwyczajnego życia człowieczego, naznaczonego niekoniecznie kompulsywną potrzebą zaznania cielesnej przyjemności. I nie jest istotne, czy Joe mówi prawdę, czy intencjonalnie zmyśla, bowiem ważne jest, abyśmy uwierzyli samej opowieści. Przecież sami snuliśmy podobne kumplom przy piwie. I dlatego, póki co, podsumuję pierwszą część "Nimfomanki" następująco: pudełko z filmem będzie można śmiało postawić obok "American Pie".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz