piątek, 31 stycznia 2014

Tydzień w kinie - "American Hustle"

Ten film miał nakręcić Ben Affleck, lecz, po sukcesie oscarowej „Operacji Agro”, zawalony rozmaitymi ofertami, propozycji nie przyjął. Za kamerą ostatecznie stanął David O. Russell, zebrał znajomą ekipę i po prostu rozbujał na planie imprezę. Nie dbając zbytnio o zawijasy scenariusza – uznanego swojego czasu za gorący hollywoodzki towar – spuścił swoją dziarską drużynę aktorską z łańcucha i pozwolił wszystkim na pajacowanie. I tak anarchistyczna energia zderzona zostaje z posuniętą do skrajności, nierzadko karykaturalną stylizacją, od zapachu lakieru robi się duszno, dawne szlagiery biją z głośnika, a całe to poliestrowe szaleństwo przyprawia o zawrót głowy.

Omnomnomnom!
American Hustle (7-/10)

Russell, choć Oscary jeszcze nie rozdane, już tryumfuje. Deszcz nominacji, świetne recenzje, poklepywanie się po plecach i cmokanie ustami. Zdecydowanie na wyrost, ale cóż poradzić, skoro tę istną cyrkową sztuczkę ogląda się jednak znakomicie, nawet będąc świadomym jej licznych niedociągnięć. Trik zasadza się na inscenizacyjnym nieumiarkowaniu – peruki są tutaj fikuśne, dekolty sięgają pępka, a aktorskie szarże zbijają się w dwugodzinny ciąg skeczy. Na dalszy plan zepchnięto tym samym scenariusz, bo choć sama historia, inspirowana zresztą faktami, wygląda na papierze na prawdziwy fajerwerk, potraktowana jest jako zło konieczne, tło dla istnego kabaretu hołdującego fiksacji reżysera. A szkoda, bo mógł z „American Hustle” wyjść kawał filmu sensacyjnego, bo rzecz dotyczy przekrętu w przekręcie. Niejaki Irving Rosenfeld, nowojorski specjalista od wyłudzania mamony, zostaje złapany na gorącym uczynku. Agent FBI, który założył na ręce kajdanki Irvingowi i jego kochance, proponuje układ – konto obojga będzie czyste jak łza, jeśli pomogą mu przyskrzynić paru kolesi z branży. Z początku niewielka akcja szybko przeradza się w krucjatę i agent DiMaso ostrzy zęby na skorumpowanych ludzi polityki. 

Rzeczywisty Abscam – taki kryptonim nadano operacji; co ciekawe, chciał o niej niegdyś kręcić sam Louis Malle – zakończył się mniej więcej równie spektakularnie co na ekranie i wywołał sporo kontrowersji, lecz Russell abstrahuje od dosłownych odniesień politycznych, także i ocenę moralną całej akcji oraz jej konsekwencji pozostawiając odbiorcy. „American Hustle” przypomina huczny bal maskowy, na którym świetnie bawią się wszyscy obecni, lecz nieco uciążliwy dla sąsiadów zza ściany, mogących jedynie obserwować i nasłuchiwać. Łatwo jest się w tym filmie zakochać, ale będzie to raczej przygoda na jedną noc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz