wtorek, 30 grudnia 2014

Moja dziesiątka, czyli krótkie podsumowanie 2014 roku

Koń jaki jest, każdy widzi. Oto moja tegoroczna dycha. Pozwoliłem sobie zamieścić na liście również parę tytułów, które u nas premiery nie miały, a bez których minione filmowe dwanaście miesięcy nie miałyby racji bytu.

  
10. Interstellar

"Pozwalając spektaklowi tej skali biec stosunkowo powolnym rytmem, Nolan konsekwentnie obudowuje opowiadaną historię rozmaitymi kontekstami, nie śpiesząc się z domknięciem akcji. Zresztą ta chwilami zahaczająca o niekiedy tylko nieznośną melancholię opowieść o stracie i poświęceniu zderza się z epickim rozmachem, tym samym łącząc śmiertelną powagę z lekkością odwiecznego marzenia o podboju kosmosu" - pisałem w swojej recenzji. Podtrzymuję!

9. Strażnicy galaktyki

Przyznaję bez bicia, że do momentu obejrzenia pierwszego zwiastuna miałem spore wątpliwości, czy to wypali, czy to nie aby tylko jakaś dziwaczna fanaberia Marvel Studios i Kevina Feige, który chciał nakręcić sobie napierdzielankę w kosmosie. Cholera, i nakręcił sobie napierdzielankę w kosmosie! Lecz ci drugorzędni komiksowi herosi nieobarczeni bagażem wygórowanych oczekiwań stali się plastycznym materiałem, z którego ulepiono, nomen omen, nową nadzieję kina awanturniczego. Podobało mi się. Bardzo.

8. The Raid 2

Z przyjemnością donoszę, że kręcone są jeszcze filmy, które ogląda się z otwartą ze zdumienia i zachwytu gębą, łapiąc się za głowę i szepcząc pod nosem pytanie "Jak oni to, do cholery, zrobili?". Szczerze? Nie sądziłem, że Gareth Evans przebije mistrzowskie "The Raid". Takie rzeczy udają się tylko raz. A jednak. Sequel jest porażający, finał bije na głowę wszystko, co widziałem w kinie akcji od dłuższego czasu, to jeden z tych filmów, o których po obejrzeniu można tylko mniej lub bardziej bezładnie bełkotać, bo napchano do nich tyle, że aż nie wiadomo od czego zacząć. Panie Evans, niech Pan nigdy nie emigruje do Hollywood!
7. Witaj w klubie

O panach McConaugheyu i Leto napisano już tyle,  że niby nie ma sensu rozwodzić się nad nimi dłużej, ale jednak serce każe wykrzyczeć, że dali popis jakich mało. Zaś sam film o chorym na AIDS kowboju biorącym się za łby z amerykańską służbą zdrowia to nie sentymentalny, histeryczny wyciskacz łez, ale istna oda do ludzkiej wytrwałości.

6. Mama

Czegoś takiego chyba jeszcze nie było - stan emocjonalny bohatera odzwierciedla... format obrazu. Szarobura codzienność ma kształt kwadratu 1:1, ekstatyczna radość rozpycha ramy kadru do standardowego rozmiaru kinowego. Nawet trochę mi głupio, że kupiono mnie tak prostym trikiem. Xavier, you did it again.

5. Wolny strzelec

Ach, te kalifornijskie noce z Lou Bloomem. Jake Gyllenhaal jako esencjonalny korpo-socjopata rzucający frazami z podręcznika małego biznesmena przyprawia o dyskomfort nieodczuwany chyba od czasu Hannibala Lectera.

4. Whiplash

Mojej satysfakcji nie towarzyszy jednak podnieta, której doświadczyła publika canneńska i sundance'owa. Ot, crowd pleaser co się zowie, podkręcony, dociśnięty, energiczny, z ekstrawertycznymi, dynamicznymi kreacjami aktorskimi Milesa Tellera i J.K. Simmonsa, nad którymi będzie się piało z zachwytu po Nowym Roku, kiedy to film wejdzie do naszych kin. Damien Chazelle kręcił chyba na sterydach, jakby robił kolejnego "Rocky'ego", a nie fabułę o młodziutkim jazzmanie biorącym się za łby z apodyktycznym dyrygentem. I podziałało. Przyznaję bezwstydnie, że momentami z emocji serducho waliło mi niemal tak prędko jakby chciało dorównać tempu double-time swingu.

3. Pod skórą

Scarlett Johansson w „Pod skórą” sama jawi się niczym istota z innego świata – hollywoodzka gwiazda na zapyziałych szarych ulicach szkockiego Glasgow. Potrzeba odwagi (i poczucia humoru), żeby po dziewięciu latach milczenia powrócić z takim filmem; Jonathan Glazer przez ten czas nie próżnował, odrobił lekcje i podpatrzył to i owo nie tylko u Fabera, na podstawie którego kręci, ale i Kubricka, Roega czy Lyncha. Można doszukiwać się tutaj także "Hellraisera" i, co bardziej oczywiste, „Gatunku”. No proszę, film, który na papierze wygląda jak „weź to wyłącz”, okazuje się tak intrygujący, mieszając – dość jednak konwencjonalną – obserwację socjologiczną z artystowskim horrorem. I tysiącem innych rzeczy.

2. Duke of Burgundy

Peter Strickland romansuje z Jesusem Franco i Walerianem Borowczykiem, udowadniając przy okazji, ze "Berberian Sound Studio" nie było dziełem przypadku. Film jest perfekcyjnie wystylizowany, jakbym nie był w temacie i ktoś chciał mi wcisnąć, że został nakręcony ze czterdzieści lat temu, łyknąłbym ten kit bez gadania. Muślinowa faktura fotografii, charakterystyczna dla niegdysiejszego kina erotycznego paleta kolorystyczna, sensualna muzyka, naznaczony lekką perwersją humor - wszystko pasuje do siebie jak gorset szyty na miarę. Zresztą charakter filmu lepiej niż moje słowa odda zapewne ciekawostka, że w czołówce wymieniono również osoby odpowiedzialne za projektowanie bielizny oraz dobór perfum. "Duke of Burgundy" muska wyobraźnię, mimo że - a może dokładnie dlatego - nie pokazano tutaj nawet niewinnego, choćby malutkiego cycka.

1. Wilk z Wall Street

Hedonistyczny, niepoprawny, cyniczny, nieprzyzwoity, a przy tym cholernie zabawny - taki jest "Wilk z Wall Street". O tym filmie nie powinno się ot tak po prostu pisać, o nim trzeba krzyczeć. Miałem nieodparte wrażenie, jakby Scorsese odnalazł zagubioną, finałową część trylogii rozpoczętej "Chłopcami z ferajny" i kontynuowanej "Kasynem" (tak, to ten kaliber). Ponownie american dream zostaje pokrętnie ziszczony i ponownie marzącego o lepszym świecie świat ten połyka. Ostatnie ujęcie to czyste mistrzostwo (pamiętacie zbliżenie na twarz Henry'ego Hilla?). Nieodparte - oczywiście z powodu Leo - są też skojarzenia z Gatsbym, którego Jordan Belfort jest młodszym, zdegenerowanym bratem bliźniakiem, całkowicie pozbawioną empatii szują zapatrzoną jedynie we własne, skacowane odbicie. Marty, jesteś wielki!

piątek, 12 grudnia 2014

Tydzień w kinie - "Mów mi Vincent"

Dwunastolatek z sąsiedztwa uczy życia starego pijaka. Podobne przeżarte sentymentalizmem fabuły o epifanii grzesznika przyprawić mogą o mdłości i film Theodore'a Melfiego od irytującego przeciętniactwa zdaje się ratować jedynie Bill Murray. Mistrz ostatnio grywa sporo, co energii mu nie ujmuje, a jedynie nakręca do kolejnych ról. Amerykańska prasa mówi nawet coraz głośniej o szykującym się dla niego Złotym Globie. Śmielsi przebąkują nawet o Oscarze. 

"- Jaka jest pańska narodowość?
- Jestem pijakiem."
Mów mi Vincent (6-/10)

Bo faktycznie rola stetryczałego dziada, istnego postrachu przedmieść, zdaje się Murrayowi służyć; potrafi złapać się za bary z pospolitym scenariuszem, pójść z nim na noże i odnieść zwycięstwo, robiąc swoje i po swojemu. Reszta obsady nie pozostaje daleko w tyle, szczególnie Melissa McCarthy, której, jakby na przekór komediowej bądź co bądź konwencji, przypadła rola dramatyczna samotnej matki szarpiącej się z byłym mężem o syna. Odstaje chyba tylko Naomi Watts, ale to wina koszmarnie stereotypowej roli rosyjskiej imigrantki-striptizerki, jaką jej przydzielono.

Murrayowi towarzyszy Jaeden Lieberher jako dzieciak, który musi zhardzieć, aby szkolni koledzy przestali chować mu plecak i serwować niewybredne docinki. Lepszego nauczyciela niż mieszkającego za płotem pana MacKenna, u którego z konieczności spędza popołudnia (matka pracuje do późna, a stary zrzęda chętnie zarobi trochę grosza), nie znajdzie, to z nim zrobi obchód okolicznych knajp z panienkami i zaliczy dziewiczy zakład u bukmachera. Obaj docierają się przez inność spojrzenia na świat wynikającą z jednej strony z nadmiaru, a z drugiej braku doświadczeń, przez co rozczarowanie przeżytym zderza się z oczekiwaniem na jeszcze nieprzeżyte. Szkoda tylko, że zapijaczony McKenna okazuje się kryć sekrety, które pozwalają mu uzyskać bezwarunkową absolucję, bo o ileż cenniejsze byłby nawrócenie prawdziwie zatwardziałego łotra. O tym Melfi słyszeć nie chce, pochylając się na bohaterami niczym dobry tatko i polewając ekran lukrem.

piątek, 28 listopada 2014

Tydzień w kinie - "November Man"

Tytułowa metafora jest równie subtelna co sam film. Doświadczony agent amerykańskich służb wywiadowczych Peter Devereaux na podobną ksywkę zasłużył sobie zabójczą skutecznością – niczym listopadowa zawierucha pozostawia po sobie jedynie trupi chłód i popielatą szarość. Tak, to ten typ faceta, któremu nawet powieka nie drgnie, kiedy tuż za jego plecami malownicza eksplozja podgryza jęzorami płomieni stalowoszare niebo.

A po akcji chodziliśmy na kremówki
November Man (5/10)

Szpiegowski slang mówi o trwającej nieustannie od lat globalnej „Grze” toczonej zza dębowych biurek przez zasiadających na skórzanych fotelach geniuszy politycznych intryg, ale nawet mistrzowie rozgrywki stawiający się ponad regułami do każdej partii potrzebują szeregowego piona. Istnieje jednak zasadne ryzyko, że ten, pomimo nacisku i odpowiedniego programowania, pozostanie w zgodzie ze swoimi zasadami i to tym ich zestawem, którego odgórnie uregulować nie sposób – osobistym kodeksem moralnym. Akurat ten wyznawany przez Devereaux jest pokrętny i niekonsekwentny, ale trzeba scenarzyście uwierzyć na słowo, że to bunt przeciwko rażącemu okrucieństwu pracodawcy zmusił agenta do udania się na emeryturę, bo podparcie w czynach znajduje rzadko. Urlop dla podratowania dobrego samopoczucia nie trwa jednak długo, Pierce Brosnan odbębnił już zresztą leżenie do góry brzuchem w rozmaitych komediach mniej lub bardziej romantycznych i nie byłoby filmu, gdyby nie kolejna misja, której da radę tylko on i nikt inny.

Dla Devereaux to sprawa osobista na niemal wszystkich frontach, bo nie dość, że naprzeciw niego staje młody agent, którego niegdyś szkolił, to jeszcze rzecz tyczy byłej kochanki, a scenarzysta szykuje kolejne zwroty akcji. Po drodze oczywiście okaże się, że intryga ma niejedno dno i przy okazji, mimochodem, as CIA będzie musiał zażegnać polityczny kryzys i uratować parę dusz. Bo wydaje się, że tematem przewodnim dziurawego jak ser szwajcarski – może nieprzypadkowo Devereaux spędza swoją chwilową emeryturę właśnie w cieniu Alp? – filmu jest odkupienie przewin, tutaj każdego coś gryzie i kąsa, a amerykański szpieg albo przyjmuje rolę spowiednika, albo anioła zemsty podającego grzesznikowi lub jego ofierze nabitą spluwę.

Śmigający po ulicach Belgradu, nadal diablo przystojny, przystrojony w modną koszulę i nienagannie skrojoną marynarkę Pierce Brosnan nie zapomniał sztuczek, których nauczył się na planie filmów z Jamesem Bondem. Ba, nawet parę dawnym kolegom podkradł, angażując chociażby do głównej roli kobiecej znaną z „Quantum of Solace” Olgę Kurylenko. O ile jednak tam pozwolono jej siać zamęt, tak u Donaldsona jest ledwie ozdobą, klasyczną damą w opałach i nawet kiedy już decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce, to paraduje w lateksie, szpilkach i mocnym makijażu. Zresztą inne postacie kobiece również potraktowane są pretekstowo i albo efektownie zrzucają ubrania, albo łysy drab zwraca się do nich per „tits” lub „twat”.

Lecz chodzi tutaj w końcu o Petera Devereaux, którego z powieści pióra mało znanego u nas, zmarłego przed kilkoma laty pisarza Billa Grangera, na ekran Brosnan planował przenieść, odkąd odwiesił Bondowski garnitur do szafy. Tym bardziej szkoda, że pchany potrzebą serca irlandzki aktor nakręcił – rękoma starego wyjadacza mającego na koncie niejeden wart uwagi film Rogera Donaldsona – zagracone, bałaganiarskie kino szpiegowskie oparte na niemiłosiernie zajeżdżonych przez sensacyjniaki ze średniej i niższej półki kliszach. O ile zarzut schematyczności w wypadku kina gatunkowego jest skądinąd śliski, tak „November Man” pretenduje chwilami do miana filmu zaangażowanego, odnoszącego się pośrednio do plotek i faktów ze świata zakulisowej polityki, ale to ścieżka chybiona, bowiem z tego bełkotu nic sensownego wyłapać się nie da.

Zaś sam Devereaux, zdolny ujść cało z największej kabały i jedną ręką skasować tabun wyszkolonych agentów dybiących na jego życie, to bodaj najbardziej niekonsekwentny bohater kina akcji, który, chcąc udowodnić swoje racje, przecina bogu ducha winnej dziewczynie tętnicę udową, dopuszczając możliwość, że ta wykrwawi się na śmierć, jeśli prowokacja nie pójdzie po jego myśli. Niby niekonsekwencja wpisana jest w naturę ludzką, lecz nie przydaje ona superszpiegowi niejednoznaczności moralnej, ale kwestionuje talent scenarzysty.

Tekst ukazał się na łamach miesięcznika "Kino" (11/2014). Inne moje recenzje z magazynu przeczytać można na jego stronie internetowej.

piątek, 7 listopada 2014

Tydzień w kinie - "Interstellar"

Do innej galaktyki prawdopodobnie nie dolecimy nigdy. Szczęśliwie kina podobne ograniczenia nie obowiązują. Christopher Nolan, choć podpierając się ekstensywnymi badaniami naukowymi oraz radami Kipa Thorne'a, specjalisty od teorii względności – i setek innych – a zarazem pomysłodawcy filmu, sięgnął po klasyki science-fiction i blockbustery z lat osiemdziesiątych, które ukształtowały jego artystyczną wrażliwość. Zresztą „Interstellar” miał zrealizować Steven Spielberg, ale losy projektu, jak to w Hollywood bywa, potoczyły się inaczej.

"Marty, this is the place"
Interstellar (8-/10)

Nolan uważa się za tradycjonalistę – nie korzysta z trójwymiaru, nie lubi CGI i nie kręci cyfrą – ale format IMAX, który traktuje niczym panoramiczne płótno, uznał tym razem za niezbędny, aby pokazać ogrom kosmosu w pełnej krasie. Słusznie. Bowiem „Interstellar” jest technicznym majstersztykiem dorównującym stroną wizualną największym osiągnięciom gatunku, mogącym śmiało mierzyć się z ukochaną przez reżysera „2001: Odyseją kosmiczną”, mimo że Brytyjczyk stroni od montażowej ekwilibrystyki i nie polega bezrozumnie na komputerowej grafice, żeby swoją wizję rozrysować. Pozwalając spektaklowi tej skali (film kosztował przeszło sto pięćdziesiąt milionów dolarów) biec stosunkowo powolnym rytmem, Nolan konsekwentnie obudowuje opowiadaną historię rozmaitymi kontekstami, nie śpiesząc się z domknięciem akcji. Zresztą ta chwilami zahaczająca o niekiedy tylko nieznośną melancholię opowieść o stracie i poświęceniu zderza się z epickim rozmachem, tym samym łącząc śmiertelną powagę z lekkością odwiecznego marzenia o podboju kosmosu.

Ziemia przyszłości, gdzie panuje klęska głodu i szaleją piaskowe burze, jest niezwykle podobna do Ameryki okresu Wielkiego Kryzysu z początku lat trzydziestych ubiegłego stulecia, mistrzowsko opisanej przez Johna Steinbecka w „Gronach gniewu”. Nie jest to bynajmniej analogia powierzchowna. Oba utwory mówią o odysei w poszukiwaniu nowego lądu, z tym że ekspedycja Nolana eksploruje bezkres kosmicznej przestrzeni, ale nawet przy całym tym ornamentacyjnym gatunkowym kostiumie reżyser odwołuje się do myśli Steinbecka i roznieca tę pamiętną iskierkę nadziei z finału powieści do rozmiarów pożaru. „Interstellar” staje się tym samym wyrazem niezmąconej wiary nie tyle w samozachowawczy instynkt przetrwania, co w niezwykłą umiejętność człowieka do twórczego wykorzystania tego niemalże bezwarunkowego odruchu, przekucia go w czyn wielki, niemal wymykający się wyobraźni. Pomimo rozmaitych odwołań i nawiązań, wsparty znakomitą ekipą towarzyszącą mu po obu stronach kamery, Nolan stworzył film autonomiczny i udało mu się ponownie rozpalić ciekawość na temat tego, co kryje kosmos, a wydawałoby się, że, właśnie dzięki kinu, poznaliśmy już go od podszewki.

Na marginesie: Hollywood wyprzedziło naukę. Opracowany na potrzeby filmu szczegółowy, trójwymiarowy model czarnej dziury spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem przez tęgie głowy, które już biorą się za pisanie prac akademickich na ten temat.

P.S. Mój wywiad z Christopherem Nolanem --> KLIK!

piątek, 31 października 2014

Tydzień w kinie - "Rogi"

Facetowi rogi nie przystoją. Chyba że są diabelskiej proweniencji. Daniel Radcliffe najwyraźniej nie uważał na lekcjach obrony przed czarną magią i przytulił swoje mroczne „ja”. A kiedy w drugiej połowie filmu bierze do ręki widły i zawiaduje oddziałem oślizgłych węży oczekujących jego poleceń, trudno odmówić „Rogom” specyficznego, uwodzącego ujmującą bezpośredniością uroku.

I am the god of hellfire!
Rogi (7-/10)

Imię określa człowieka. Nieprzypadkowo Ignatius Perrish został ochrzczony Ignatiusem Perrishem, ta zbitka łacińsko-angielska jest dla Joego Hilla, autora powieściowego pierwowzoru, równie istotna co cała masa intertekstualnych nawiązań i powiązań, jakie w swojej książce pozostawił, nieraz dla czystego efektu, nieraz faktycznie kluczowych, poniekąd oddając tym samym charakter dzisiejszej kultury popularnej. Filmowe „Rogi” również zdają się być podobnie symptomatyczne i przypominają kolorowy magazyn, gdzie na kolejnych stronach znaleźć można i mydło, i powidło. Opętani przez demona systematyzacji zakwalifikują dzieło francuskiego reżysera Alexandra Aji, który odrobił już hollywoodzkie frycowe, jako czarną komedię, ale rozpiętość – a zarazem i narracyjne rozstrzelenie – gatunkowa filmu jest znacznie szersza.

Jakby na potwierdzenie swojej rzekomej winy, oskarżony o gwałt i zabójstwo ukochanej – eteryczna, mimozowata Juno Temple – pełen zwątpienia w nieomylne przecież boskie wyroki Ig, co wyraża sztubackim i świętokradczym buntem, budzi się z szatańskimi rogami na głowie. Prowokują one komiczne wyznania ludzi mu bliskich i dalekich, zmuszają do obnażenia myśli. Z ich pomocą Perrish stara się rozwiązać zagadkę śmierci dziewczyny, co popchnie go także do przewartościowania własnej wiary oraz swojego dzieciństwa, które powraca w sielankowych retrospektywach. Aja niekiedy potyka się o własne nogi, próbując poskładać do kupy nietuzinkowy gatunkowy miszmasz, ale ostatecznie udaje mu się ten dryf na bezkresnym morzu dziwności.

**

A na Onecie moja recenzja "Gościa" z Danem Stevensem.

piątek, 17 października 2014

Tydzień w kinie - "Brud"

Bruce Robertson to szuja. Kropka. Zawstydziłby pewnie samego złego porucznika. Dla niego zabranie dziecku cukierka jest proste jak... zabranie dziecku cukierka. Pije na umór, ćpa wszystko, co białe, nastoletnim dziewczętom przyłapanym in flagranti proponuje seks oralny, spiskuje przeciwko kolegom z roboty, aby dostać upragniony awans. Lista byłaby dłuższa, bo cały "Brud" to zapis halucynacyjnych eskapad detektywa Robertsona z edynburskiej policji, który z każdą sceną odpływa coraz bardziej, zaś kulminacja niejednego pozostawi z szeroko otwartymi z niedowierzania ustami. Pytanie jednak brzmi: po co to wszystko?

O, i taki tytuł powinien nosić ten film.
Brud (6+/10)
Szkocki pisarz eksportowy Irvine Welsh od czasu kultowego już "Trainspotting" Danny'ego Boyle'a od kina się odbijał, ekran jego prozy nie chciał chłonąć i ani adaptacja jego "Ecstasy", ani kilka scenariuszy, pod którymi się podpisał, nie narobiły tyle szumu, co ekranizacja debiutanckiej powieści. "Brud" miał głośno obwieścić tryumfalny powrót Welsha. Udało się połowicznie, bo choć ekstrawagancja filmu Jona S. Bairda wydaje się zarówno środkiem, jak i celem, tak niekonwencjonalna forma pozwala rozwinąć skrzydła Jamesowi McAvoyowi, któremu nawet nie tyle pozwolono poluzować uprząż, co zupełnie ją zrzucić.

Robertson wikłający się w coraz to bardziej kłopotliwe sytuacje, stając się ofiarą samego siebie, niejednokrotnie wywołuje na twarzy widza grymas zażenowania, a McAvoy na poły komiczną, a na poły tragiczną rolę zatwardziałego, wyrachowanego sukinsyna gra z kamienną twarzą i na skrajnym luzie. Ale i on nie zawsze potrafi nadać pożądaną lekkość stanowczo przyciężkiemu humorowi "Brudu". Baird upiera się, żeby jego film miał rytm komediowego staccato, próżno tu szukać choćby jednej sceny bez gagu, przez co część zdaje się przekombinowana i wymuszona, lecz niewykluczone, iż chciano prześcignąć materiał źródłowy, zapominając przy tym, że co działa w książce, nie musi zadziałać na ekranie.

"Brud" ma zrywy, momenty muśnięte palcem bożym, ale całość jest cokolwiek problematyczna, bo trudno ten film po prostu polubić. Kto obiecuje sobie po dynamicznie zmontowanych trailerach bezstresowe śmichy-chichy, będzie srodze zawiedziony, Baird pokazuje bowiem, wypełniając obietnicę złożoną tytułem, syf i zepsucie, a misja doszukania się w Robertsonie iskierki prawości niekoniecznie musi zakończyć się pomyślnie.

poniedziałek, 22 września 2014

Tydzień w kinie - "Miasto 44"

Projekcję poprzedzają niezliczone plansze i spoty, można się dowiedzieć, kto dał kasę, a kto jej nie dał, albo ile gruzu zwieziono na plan i posłuchać owacji dla polskiego widza, który poszedł na polski film. Tfu, WYDARZENIE. Bo u nas są WYDARZENIA.

Miasto 44 (7/10)

Niedawno skończyłem lat trzydzieści, czyli jestem już za stary, żeby rozumieć młodych, za młody, żeby rozumieć starych, a moje pokolenie robi kino, i to już od jakiegoś czasu. Jan Komasa to praktycznie mój rówieśnik, czyli mogłem przyjąć nie takie znowu ryzykowne założenie, że wychował się na mniej więcej tych samych filmach co ja. Dlatego nie dziwiło mnie zbytnio, kiedy po premierze na Stadionie Narodowym czytałem opinie powstańców, którzy o "Mieście 44" mówili, krzywiąc się, jako o niesmacznej fantazji, bo to przecież nie tak było. I zapewne faktycznie nie tak było, ale prawda nie jest domeną kina, szczególnie kina historycznego. Jak zareagowali ci, których pradziadkowie walczyli albo i nie walczyli w powstaniu, nie mam pojęcia, ale zastanawiam się, czy slow motion i dubstep wystarczyły, aby ich uwieść.

Film Komasy nie ma aspiracji kronikarskich, to kino czystej emocji (choć nie chciałbym dezawuować ogromu pracy włożonej w dbałość o detal), spacer ulicami miasta, które pochłonęły piekielne czeluście. Zabawa w powstanie w jednej chwili zmienia się w metodyczną rzeź. Pełna lęku i okropieństwa ekstaza wojenna jest tutaj zaaranżowana nierzadko znakomicie – scena strzelaniny na cmentarzu to majstersztyk – i wolno o "Mieście 44" mówić bez powracania do niekończących się dyskusji o zasadności lub bezzasadności powstania, ale jako o dziele filmowym, które można wyabstrahować z podobnego kontekstu. Oczywiście nie trzeba, choć Komasa dystansuje się od filmowej publicystyki. I dobrze, bo ani nie klęczy za kamerą, ani nie sili się na rewizjonistyczny cynizm.

Słaba jest tutaj ekspozycja, przez pierwsze minuty oglądałem film trochę jak amerykańskie produkcyjniaki katastroficzne, gdzie przeczekuje się pobieżne zarysowywanie postaci, aby otworzyć drogę kinu atrakcji. Ewidentnie Komasie Stefan i Biedronka posłużyli niemalże za dantejskich przewodników po sennym koszmarze, ale to ledwie nakreślone, pretekstowe postaci, manekiny, które zostały nakręcone kluczykiem i puszczone w ruch po warszawskich ulicach. Powstanie potraktowano za to kompleksowo i panoramicznie, odhaczamy etapy niemalże jak w grze wideo – skaczemy z bruku do kanału, ze szpitala za barykadę, chwile na oddech są krótkie i zwiastują jedynie kolejną tragedię. Komasa kulminacje kolejnych scen punktuje wizualnym fajerwerkiem połączonym z niekiedy zaskakującym wyborem muzycznym. Facet nie jest już „młodym zdolnym” i „dobrze zapowiadającym się”, to pełną gębą reżyser z własnym językiem, w którym upatruję przyszłość polskiego kina gatunkowego.

„Miłość w czasach apokalipsy”, głosi tandetny slogan reklamowy. Dla mnie prawdy w nim niewiele, bo i tej żarliwej miłości zapowiadanej zwiastunami nie czułem. Kochają się trochę „bo tak”, ale pewno tam i wtedy inaczej kochać się nie dało. Komasa nakręcił rozbuchany spektakl pełen godnych zapamiętania, niemalże boshowskich scen, co osobiście sobie chwalę, gdyż może wyznaczyć tym kierunek zupełnie nowy i ważniejsza od historycznej rozprawki stanie się emocjonalna prawda chwili, a ja będę mógł oglądać filmy zamiast WYDARZEŃ skrojonych pod muzealną gablotę.

piątek, 22 sierpnia 2014

Tydzień w kinie - "Blue Ruin"

Pokutuje przekonanie, że amerykański serwis crowdfundingowy Kickstarter to targowisko próżności, gdzie pieniądze na swoje filmy wyciągają od naiwnych ci, którym żaden producent przy zdrowych zmysłach nie dałby złamanego grosza. Niektórzy twórcy niedysponujący budżetem pozwalającym im na stworzenie dzieła ze snu sięgają po cyfrowe kamery i kręcą horrory z ręki, mając nadzieję, że ktoś ich zauważy i sypnie kasą, inni decydują się z kolei zorganizować internetową zrzutkę, choć szanse powodzenia są stosunkowo niewielkie. Szczęście dopisuje nielicznym. A jednak. Jeremy Saulnier nie chciał co prawda dużo, bo tylko trzydzieści parę tysięcy dolarów. Zebrał całość. I nakręcił film znakomity. 

I have no idea what I'm doing.
Blue Ruin (7+/10)

Sundance go nie chciało, ale Cannes przyjęło z otwartymi ramionami. Saulnier powrócił z Francji, dzierżąc nagrodę Międzynarodowej Federacji Krytyki Filmowej. Skromne „Blue Ruin” box-office'u nie podbije, ale pozwala domniemywać, że młody reżyser jeszcze w branży namiesza, o ile nie pozwoli trybom hollywoodzkiej machiny pogruchotać sobie kości. Mierząc się z przeżartą schematami konwencją kina zemsty, Saulnier tylko pozornie daje się jej podporządkować, bowiem u niego historia zaczyna się tam, gdzie inne zazwyczaj dobiegają końca. Dopełnienie się vendetty to zaledwie pierwszy ruch na szachownicy, a zasady gry przewidują jedynie strącenie wszystkich figur przy niekoniecznym wyłonieniu zwycięzcy. 

Dwight pomieszkuje w rozlatującym się, nadgryzionym rdzą, tytułowym niebieskim Pontiaku, grzebie za jedzeniem po śmietnikach, włóczy się bez celu po plaży, kąpieli zażywając w okolicznych domach pod nieobecność ich właścicieli. Innymi słowy, istnieje w próżni biernego oczekiwania. Przez lata przyzwyczaił się do samotności i nauczył milczenia. Pierwszy prawdziwy dialog wybrzmiewa z kinowego głośnika dopiero po dwudziestu minutach. Tak jak i Dwightowi, Saulnierowi również słowa są zbędne, gdyż opowiada głównie obrazem, do tego z godną podziwu precyzją. I choć już po obejrzeniu kwadransa kusi przypięcie amerykańskiemu reżyserowi łatki twórcy skupionego wyłącznie na cyzelowaniu poszczególnych kadrów, byłby to niewybaczalny błąd, bo choć istotnie kompozycja poszczególnych ujęć jest nienaganna, tak fabularnie „Blue Ruin” ma sporo do zaoferowania, znacznie więcej niż chociażby niedawny, podobny klimatem i tematyką – i również udany – „Zrodzony w ogniu”. 

Świetnie wypada scena, kiedy Dwight, już po dokonanej zemście na domniemanym mordercy swojej rodziny, siada z siostrą przy kawiarnianym stoliku, ogolony, w świeżym ubraniu, czując się jakby nieswojo we własnej skórze. To człowiek powołany do dokonania zemsty, o której myślał przez długie lata, ale niepodobny twardzielom, którym palec nie drgnie przed naciśnięciem spustu. Dwight jest klasycznym everymanem, który gubi kluczyki od wozu w kałuży krwi zaszlachtowanego przez siebie faceta i nie potrafi ukraść pistoletu. Komizm podobnych sytuacji to pozór, bo humor u Saulniera jest ciężki i pozbawiony makabrycznej, choć często refleksyjnej radości charakterystycznej dla Tarantino czy braci Coen, do których dokonań porównuje się „Blue Ruin”, nie do końca trafnie, na zasadzie czystego skojarzenia. Saulnier tworzy swoje własne, autorskie miniaturowe uniwersum i niewykluczone, że za parę lat to do jego dokonań będzie się równało podobne filmy.

piątek, 15 sierpnia 2014

Tydzień w kinie - "Wróg"

Niech nikogo nie zmyli widniejąca obok tejże recenzji nota, gdyż ma ona znaczenie czysto symboliczne i wynika bardziej z niechęci do jej wystawienia niż rzeczywistej subiektywnej oceny omawianego dzieła. Bo film kanadyjskiego reżysera Dennisa Villeneuve'a bliski jest misternemu szyfrowi, do zdekodowania którego potrzebne są odpowiednie narzędzia, a zostają one oglądającemu wręczone, choć nieśmiałym gestem, dopiero po zakończeniu seansu. 

... tam w lustrze to niestety ja.
Wróg (5/10)

Pisząc o tym perfekcyjnie utkanym celuloidowym kilimie, można jedynie zarysować fabułę, nie zdradzając detali, bowiem każdy jej element, jak się okazuje, ma niebagatelne znaczenie i aby je odkryć, należałoby zobaczyć „Wroga” nie jeden, a dwa, a może nawet i trzy razy, notując niuanse i niuansiki. Lecz to strategia obosieczna, bo o ile nowe dokonanie Kanadyjczyka to znakomity materiał do analizy, który mógłby zagościć w podręcznikach do filmoznawstwa, tak sama jego atrakcyjność, rozumiana jako przyjemność czerpana z seansu, jest minimalna. „Wróg” zdaje się nieznośnie przeciągniętym, fabularyzowanym teledyskiem, zaledwie intelektualnym fajerwerkiem, efektownym, ale jednak, koniec końców, męczącym, głównie ze względu na obraną formę. Reżyser zdaje się robić wszystko, aby tylko odcisnąć na filmie piętno ekscentryczności, uciekając się do sztuczek z trzęsącym się kadrem, nagłymi zmianami palet kolorystycznych czy ostrością obrazu.

Fabułę zaś wywiódł z powieści Jose Saramago „Podwojenie”. Szary, nudny i znudzony wykładowca historii natyka się na wypożyczonym filmie na swojego sobowtóra i oddaje się jego poszukiwaniom. Ich kres jest dopiero początkiem właściwej intrygi, bowiem razem z Adamem widz próbuje rozwikłać zagadkę tożsamości Anthony'ego, która jednak ustępuje miejsca innej, choć powiązanej – przewijającemu się przez film motywowi pajęczemu, będącemu kluczem do jego zrozumienia. Słynna już scena finałowa, przy okazji pokazów festiwalowych okrzyknięta najstraszniejszym kinowym momentem roku, wyjaśnia również, kto jest tytułowym „Wrogiem”, prowokując do powtórnego seansu i ćwiczenia umysłowego, bo drugie spojrzenie na film jest diametralnie różne od pierwszego. Sądząc po reakcjach publiczności zagranicznej, Dennis Villeneuve ze swojej eksperymentalnej próby wychodzi z tarczą, zaś pozostali muszą sami odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto było podjąć trud rozwiązania zadanej przez niego zagadki, czego dokonać można chyba jedynie już po seansie. Sprytnie.

piątek, 1 sierpnia 2014

Tydzień w kinie - "Nie ma tego złego"

Na ten kolejny zapychacz letniego repertuaru kinowego pójdą chyba jedynie widzowie szukający odrobiny chłodu w klimatyzowanej sali. Oraz ci, którzy poniższej recenzji nie zawierzą. I choć panowie tutaj przystojni, a panie ładne – a niekiedy ostentacyjnie roznegliżowane – nie ma na co popatrzeć. Bo wszystko to już było, nie raz, nie dwa i nie sto, a do tego lepiej. 

Jason z "True Blood" rozpaczliwie szuka kolejnej fuchy
Nie ma tego złego (3/10)

Skromna kanadyjska komedyjka romantyczna opowiada o facecie, który na własne życzenie przegrał życie. Zrezygnował z intratnego kontraktu wydawniczego i zmuszony jest szorować po knajpach brudne gary – co, dodajmy, uwielbia – zaś była żona w mediach pierze brudy z ich pożycia, opisane wcześniej na blogu, który przyniósł jej popularność. Leo, bo takie imię nosi pierdołowaty, acz naiwnie uroczy bohater filmu, jest też nieugiętym stalkerem, który dostaje fiksacji (nie wiedzieć czemu) na punkcie poznanej na ślubie blondynki (czyżby to był jedyny powód?). Problem polega na tym, że wybranka jego serca była właśnie panną młodą. Colette ma u boku męża, jak się wydaje, idealnego – bogatego przystojniaka ze sportową przeszłością, którego pochłania działalność charytatywna. Którego z nich wybierze w finałowej scenie nie jest chyba tajemnicą dla nikogo, kto choćby spojrzy na plakat filmu, ale zadziwiająca jest droga do serca blond piękności. Leo zdobywa je stopniowo, najpierw powodując u mężatki irytację głupawym zachowaniem i, powiedzmy sobie szczerze, prześladowaniem, za które amerykański sąd chętnie ukarałby go grzywną i zakazem zbliżania się. „Nie ma tego złego”, inaczej zmontowane, z dodaną odpowiednią muzyką, mogłoby spokojnie robić za dreszczowiec o facecie, który chodzi krok w krok za bogu ducha winną kobietą wiodącą szczęśliwe życie małżeńskie.

Lecz my wiemy, że Leo to tak naprawdę chłopina z wielkim sercem, nieco nieporadny, nieco niedopasowany, ale szczery. I że mu się należy. Tylko po co wciągać w to wszystko widza?

piątek, 18 lipca 2014

Tydzień w kinie - "Więzy krwi"

Rodzinna saga policyjno-gangsterska krąży w kinowym krwiobiegu bodaj od zarania samej koncepcji gatunku, stając się jedną z najczęściej eksploatowanych konwencji filmu sensacyjnego czy kryminalnego. Guillaume Canet – autor ciepło przyjętej swojego czasu adaptacji prozy Harlana Cobena „Nie mów nikomu” – swój pierwszy anglojęzyczny film kręci nadal za francuskie pieniądze, do tego zabierając się za remake filmu Jacquesa Malliota, w którym parę lat temu zagrał główną rolę, opartym z kolei na powieści braci Papet. Uff. Nic więc dziwnego, że zmuszonemu dźwigać na swoich barkach nie lada bagaż, chcącemu dorzucić jeszcze co nieco od siebie Canetowi uginają się kolana. Dwoi się i troi, aby nafaszerować swój film treścią, ale ten przygotowywany mozolnie fresk okazuje się być jedynie sprawnie pokolorowanym, lecz pobieżnym szkicem.

Pekaesy i ich Clive Owen
Więzy krwi (6-/10)

Canet po bożemu opowiada historię starą jak świat, sięgając po sprawdzone wzorce gatunkowe, częstokroć zaprzedając koniecznie dla podobnej opowieści tempo przemożnej chęci dopowiedzenia każdej sceny, nawet kiedy nie pozostało już nic do dodania. Dlatego dwu i pół godzinny film aż prosi się o cięcia, jest miejscami niemiłosiernie nużący i ciągnie się jak guma przyklejona do blatu szkolnej ławki. Relacje braci Franka i Chrisa Pierzynskich (odpowiednio Billy Crudup i Clive Owen) opierają się na klasycznej dychotomii – jeden jest gliną, drugi kryminalistą, który wychodzi na wolność po dwunastu latach spędzonych za kratami. Podstawowe pytanie zadane przez Caneta, stanowiące fundament problematyki filmu brzmi: czy tytułowe więzy krwi są na tyle silne, aby zneutralizować różnice światopoglądowe dzielące obu mężczyzn? Drogę do uzyskania, jak się okazuje, nieco tendencyjnej odpowiedzi reżyser komplikuje poprzez dodanie paru zmiennych, jak choćby zaćpaną byłą żonę Chrisa oraz dawną dziewczynę Franka, która jest teraz z innym. Lecz pomimo że już naznaczony fatalizmem punkt wyjścia sugeruje reakcję łańcuchową kolejnych tragedii, zaskakuje przedramatyzowanie całości, jakby Canet po jednym nieszczęściu dotykającym bohaterów zaraz planował dla nich, zupełnie niepotrzebnie, kolejne, przez co oglądamy ich jedynie w stanie nieznośnego, permanentnego napięcia.

Stylizowany na retro sensację film nie wykorzystuje swojego wcale niemałego potencjału, co jeszcze wzmaga rozczarowanie, gdyż stosunkowo łatwo wyobrazić sobie, jak „Więzy krwi” mogłyby wyglądać.

piątek, 4 lipca 2014

Seans bez powodu - "Długi wrześniowy weekend"

Jason Reitman o erotycznej fantazji kury domowej. Do tego przekonująco, pomimo konieczności zawieszenia niewiary na pełne dwie godziny. A może, paradoksalnie, właśnie dlatego? Fabularnie „Długi wrześniowy weekend” zdaje się być tworem nieprawdopodobnie prawdopodobnym, przepisanym rodem z kolorowego czasopisma o ludzkich dramatach, gwiazdach i przepisach na niedzielny obiad. Dlatego też łatwo byłoby przekreślić film jako dziełko w typie grafomańskich, ale bestsellerowych romansideł Nicholasa Sparksa. Lecz Reitman – co udowodnił i „Juno”, i „Kobietą na skraju dojrzałości” – ma rękę do kameralnych historii skoncentrowanych na postaci kobiecej i potrafi przekuć u rdzenia schematyczną opowieść w romans esencjonalny.

Placki brzoskwiniowe nie są tym, czym się wydają
Długi wrześniowy weekend (7-/10)

„Długi wrześniowy weekend” opowiedziany jest od pierwszej do ostatniej minuty z perspektywy trzynastoletniego Henry'ego, syna dobiegającej czterdziestki Adele, która, pozostawiona przez męża, nie radzi sobie z samotnością. I brakiem męskiego ramienia. Marzy nawet nie tyle o ekstatycznej miłości – ta przyjdzie sama – co intymnej bliskości. Można by rzec, iż jej pragnienia materializują się pod postacią zbiegłego z zakładu karnego Franka, który, ranny, terroryzuje kobietę i Henry'ego, ukrywając się w ich domu. Uciekinier okazuje się twardzielem o gołębim sercu i, choć stanowczy, zakłada aksamitne rękawiczki. Zmuszony przejść rekonwalescencję, spędza czas z obojgiem i Adele niespodziewanie zyskuje mężczyznę ze snu, a chłopak substytut ojca, który ma dla niego czas. Tylko pozornie, bowiem ten jednak płynie nieubłaganie.

Reitman powieść Joyce Maynard chciał przenieść na ekran już przed pięcioma laty, lecz czekał, aż Kate Winslet będzie wolna od innych zobowiązań. I słusznie, bo razem z Joshem Brolinem brytyjska aktorska tworzy duet o magnetycznym przyciąganiu, potrafiąc stworzyć buzujące erotyczne napięcie, którego kulminacją jest dwuznaczna scena pieczenia brzoskwiniowego placka.

Film ukazał się u nas na płytach nakładem firmy Imperial.

środa, 18 czerwca 2014

Seans bez powodu - "Legendy ringu"

Prosiłem, groziłem, pytałem, przestępowałem z nogi na nogę, z niecierpliwością otwierałem kolejne komunikaty prasowe, szukając daty premiery kinowej. Nie doczekałem się. "Legendy ringu" lądują u nas od razu na płytach. Ponoć Slaj i Szwarcy nie sprzedają się w nadwiślańskiej krainie tak dobrze jak kiedyś, więc na ich bice i trice nie ma miejsca w bieżącym repertuarze. Jestem, rzecz jasna, w stanie zrozumieć decyzje podjęte przez dystrybutorów na podstawie chłodnej kalkulacji, co nie jest jednak równoznaczne z wyrażeniem zgody na nieobecność starych wyczynowców na dużych ekranach. Lecz cóż, mogę sobie jedynie pomachać szabelką, wyzłośliwiać się z kolegami przy piwie i pokornie położyć lśniący dividiczek na tacce odtwarzacza.

"I pity the fool!"
Legendy ringu (6/10)

Doskonale pamiętam zarówno swoją pierwszą wizytę w kinie na filmie ze Slajem, jak i  pierwszy domowy seans*. Poszliśmy z kolegami do lokalnego kina na "Na krawędzi", miałem lat prędzej kilka niż kilkanaście, lecz słodki czas kulturalnej anarchii okresu transformacji pozwalał piratom nagrywać pornole na jednej kasecie z "He-Manem", a bileterkom wpuszczać ludzi na salę jak leciało, bez względu na płeć, wyznanie, kolor skóry i, co dla mnie było najistotniejsze, wiek. Usiadłem w pierwszym rzędzie z lizakiem w gębie (z myślą o rzuceniu papierka za siebie zaraz po zgaszeniu świateł) i po seansie byłem przekonany, że obejrzałem najlepszy film na świecie. Przeświadczenie to utrzymało się zapewne co najmniej do następnego wieczora. Stallone, niemalże nadczłowiek, znowu uratował dzień. A piszę "Stallone", bo rzadko kiedy myślę o facecie w kontekście granych przez niego postaci, może poza Rockym i Rambo. Stallone to Stallone. Dlatego też "Legendy ringu" odbieram jako próbę podsumowania pewnego etapu kariery hollywoodzkiego mocarza, nieco refleksyjną, ale z przymrużeniem oka, korespondującą zresztą na pewnym poziomie z "Rockym Balboa". Slaj gra tutaj bowiem emerytowanego pięściarza, Henry'ego "Razora" Sharpa, który ledwie wiąże koniec z końcem. Nadarza się jednak okazja, aby zarobić trochę grosza, odzyskać minioną chwałę, a przy okazji naklepać dawnemu rywalowi, w którego z kolei wcielił się znany skądinąd aktor Robert De Niro. Cóż, ja ubawiłem się setnie i tym większe moje zdziwienie, gdyż przed seansem przejrzałem parę recenzji z prasy zachodniej i wszyscy, jak jeden mąż, jechali na "Legendach ringu" jak na łysej kobyle. Żaden ze mnie socjolog, ale myślę, że odkryłem klucz do tego filmu - trzeba Slaja w sercu nie mieć, żeby go nie docenić. Inaczej nie potrafię napisać, mniej emocjonalnie, bardziej rzeczowo, ale to mój blog, więc mogę gadać, co mi się żywnie podoba.

A podobają mi się "Legendy ringu". Lubię ten film za jego lekkość, za humor, za adrenalinę w finałowej walce, za Slaja, za De Niro, cholera, nawet za te klisze fabularne. Częstokroć mówi się z tęsknym, rozmarzonym westchnieniem, że "takich filmów już nie kręcą", od którego to wyrażenia ja uciekam jak od ognia i bodaj jeszcze nigdy go nie użyłem i nie mam zamiaru użyć go ponownie. Tym razem się pod nim podpisuję. Szkoda tylko, że takich filmów się już również nie ogląda.

*Puszczona z kasety "Pierwsza krew"; jako że moi rodzice byli szczęśliwymi posiadaczami odtwarzacza firmy Mitsubishi, do naszego mieszkania zeszli się sąsiedzi i chłonęliśmy film jako osiedlowa wspólnota.

piątek, 30 maja 2014

Tydzień w kinie - "Babadook"

Diaboliczna książeczka ma szansę stać się rekwizytem dla kina równie istotnym, jak przeklęta czarna kaseta wideo z „Ringu”. Nie da się jej spalić, nie da się wyrzucić, nawet upchnięta na dnie kosza na śmieci pod stertą obierków zdolna jest wyskoczyć niczym pajacyk z pudełka i przyprawić już nie tyle o zawał serca, co duszy. Stworzony ręką nieznanego artysty – który mógłby śmiało napić się po przyjacielsku z Edwardem Goreyem i Charlesem Addamsem – rozkładany, oprawiony w szkarłat tom zawiera opowieści o potworze schowanym pod łóżkiem, bądź czyhającym w odmętach szafy, zaklęte w formę makabrycznych, monochromatycznych ilustracji i kilku upiornych rymowanek. Książka zatytułowana „Pan Babadook” pewnego dnia materializuje się niespodziewanie na półce sześcioletniego Samuela. Chłopiec za wszelką cenę chce ochronić matkę przed stworem, w którego istnienie święcie wierzy.

Poczytaj mi, mamo
Babadook (7/10)

Ale matka zmaga się z własnymi demonami. Syn jest dla niej nade wszystko uosobieniem smutku, symbolem tragedii, która zdarzyła się przed laty; jej mąż zginął w wypadku samochodowym, jadąc z ciężarną żoną na porodówkę. Odtąd w nieustającej żałobie pogrążony został cały dom, gdzie wszystko jest wyzute z koloru, nijakie, wyblakłe, śnięte; meble, ściany i ubrania zlewają się w jedno, niby różne odcienie szarości. Samuel nie obchodzi urodzin, bo nie przystoi fetować dnia, w którym odszedł jego ojciec. Matka czuje niechęć do własnego dziecka. Z tej niechęci wynika poczucie winy wobec samej siebie i chroniczna neuroza, potęgowana dziecięcą paranoją o zagrożeniu ze strony stwora z książeczki na półce. Babadook staje się nie tylko nocną marą, to także ucieleśnienie trwającej od lat udręki.

Na upartego dzieło debiutującej w pełnym metrażu Jennifer Kent (film jest rozwinięciem jej dziesięciominutowej etiudy „Monster” sprzed niemalże dekady) dałoby się zakwalifikować jako dramat psychologiczny. Ale reżyserka nie boi się inaczej określić przynależności gatunkowej „Babadooka” i wykłada karty na stół już w drugim akcie. A to dobry znak, dowodzący, że horror ma nam jeszcze sporo do zaoferowania. Kent początkowo igra z niejednorodnością gatunkową, aby następnie zamknąć film czystym cyrkiem grozy. Do samego końca udaje jej się też utrzymać napięcie emocjonalne. „Babadook” z każdą minutą zmierza coraz bardziej w stronę klasycznych rozwiązań, charakterystycznych dla opowieści o nawiedzeniu, lecz realizatorka po drodze wprowadza liczne intertekstualne nawiązania, na szczęście logicznie wynikające z fabuły. Stopniowo popadająca w obłęd Amelia przypomina opętanego żądzą mordu Jacka Nicholsona z „Lśnienia” i stroniącą od ludzi Catherine Deneuve ze „Wstrętu”, a w telewizorze Samuela ciągle pojawiają się filmy Méliesa, którego stylistyce autorka jest zresztą wierna. Stworzone przez nią strachy wyglądają, jakby zeszły ze stron owej staromodnej rozkładanej książeczki o panu Babadooku. Kent wykorzystuje także analogowe efekty specjalne, używa animacji poklatkowej, a w roli tytułowego upiora obsadza aktora, zamiast tworzyć kolejną wirtualną maszkarę. Oby twórcy horrorów brali z niej przykład!

Tekst ukazał się w majowym numerze miesięcznika "Kino". Zbiór pozostałych moich recenzji - i mnóstwo innych - znajdziecie na stronie magazynu.

poniedziałek, 26 maja 2014

Tydzień w kinie - "Teoria wszystkiego"

Magikowi rozsypały się karty, żongler upuścił piłeczki, iluzjonista przeciął ponętną asystentkę na pół. Zdaje się, że Terry Gilliam nie ma już w kapeluszu żadnego królika.

Rzecz jasna plotki o artystycznej śmierci tego czy innego delikwenta są najczęściej przesadzone i krzyżyka na amerykańskim Brytyjczyku stawiać jeszcze nie wolno. „Teoria wszystkiego” rozczarowuje, i to boleśnie, lecz Gilliam, skazany na reżyserski czyściec, nieraz odradzał się niczym feniks. Rzecz jasna sam uważa, że film mu wyszedł, a negatywne opinie napędzane są jego zdaniem brakiem zrozumienia dla pokomplikowanego dzieła, które krytycy określają komedią, a on tragedią. Prawda zapewne leży pośrodku, ale zanim się do niej dotrze, trzeba przebić się przez kilogramy kolorowej waty, jaką Gilliam wypchał swój film. Niestety, „Teoria wszystkiego” prezentuje się ładnie chyba tylko na kadrach. I choć na upartego można o niej trochę dobrego powiedzieć, bo to jednak nadal znany i lubiany świat wyobraźni wydziwaczonej, ale niemal dwie spędzone tam godziny dłużą się niczym cztery; można wręcz dostać zawrotu głowy.
 
Miał być kadr z filmu, ale... nie mogłem się oprzeć.
Teoria wszystkiego (4/10)

Bo o ile szaleństwo Gilliama jest metodyczne, tematyczny bajzel wyklucza klarowne zrozumienie, o czym „Teoria wszystkiego” właściwie opowiada, choć może to opinia dziś niepopularna mówić, iż trudno ogarnąć to, co nam artysta usiłuje sprzedać. Jest tutaj kontynuacja linii myślowej zapoczątkowanej w „Brazil” (zresztą sam reżyser ma swój nowy film za domknięcie trylogii rozpoczętej tymże filmem i kontynuowanej „Dwunastoma małpami”), dotykającej, pokrótce, zagadnienia jednostki uwięzionej w zbiurokratyzowanym świecie rodem z orwellowskiego koszmaru. Bohaterem „Teorii wszystkiego” jest niejaki Qohen Leth (imię jak najbardziej znaczące, do rozszyfrowania), komputerowy geniusz, pracownik ogromnej korporacji obarczony zadaniem opracowania matematycznej formuły, która ma, generalnie, objaśnić znaczenie istoty rzeczy. Cierpi na egzystencjalny niepokój, wypatrując tego jednego jedynego telefonu, a od rozmówcy oczekuje wyjawienia mu sensu życia. Pomieszkuje w starym kościele, otaczają go typy ekscentryczne jak on sam, od komputera odrywa się tylko, słysząc dzwonek do drzwi, zaś ten rozbrzmiewa, jak na jego gust, zbyt często. Regularnie robotę przerywa mu pewna kokietka, emanacja erotycznych fantazji z komputerowego ekranu, nawiedzona wirtualna pani psycholog i wyszczekany nastolatek, z którymi Leth musi sobie, chcąc nie chcąc, radzić.

Twór zbliża się w tym miejscu do twórcy. Samemu Gilliamowi Hollywood niejednokrotnie brutalnie podcinało skrzydła, jak już coś zarobił, zaraz stracił; zabierał się za opus magnum, plany paliły na panewce. Nie można jednak odmówić mu uporu, wytrwałości oraz wierności swojej artystycznej wizji, choć wydawać by się mogło, że wszyscy wokół już dawno dorośli i tylko Terry Gilliam nadal jest naiwnie, święcie przekonany, iż siła wyobraźni może zdziałać cuda, a choć to pogląd magiczny, to jednak nieprzystający do rzeczywistości. „Teorię wszystkiego” można uznać za dzieło w jego filmografii graniczne, bo wątpiące, i tutaj należy upatrywać wartości tego obrazu, gdyż stanowi on – po raz kolejny jedynie być może, o tym jeszcze się przekonamy – albo deklarację zaniechania dalszych poszukiwań twórczych, albo, co zapewne bardziej prawdopodobne, wyraz niezłomności w dążeniu do upragnionego celu, choćby ów wyczekiwany telefon miał nigdy nie zadzwonić, a teoria wszystkiego okazała się do niczego. Gilliam, mówiąc o tragicznym wymiarze swojego filmu, mógł mieć na myśli dokładnie to. Albo i nie. O tym film milczy, lecz trop autotematyczny potrafi nadać mu sensu, któremu połatanemu scenariuszowi niestety brakuje.

Terry Gilliam, ten Don Kichot zachodniej kinematografii, może wcale nie walczył z hollywoodzkimi wiatrakami, ale sam ze sobą. Nakręcił tyleż dobrego, co nieoglądalnego, i nadal pozostaje twórcą istotnym, bo kompletnie nieprzewidywalnym. Sensacyjna teza o niemocy twórczej z początku niniejszego tekstu posłużyła, tak po prawdzie, za przynętę, gdyż Gilliam niejednokrotnie bywał już na dnie, po czym odbijał się i szybował pośród chmur. Zgoda, tak samo często spadał i rył zębami o ziemię. Co będzie z nim dalej? Nie sposób powiedzieć, bo pomysłów i planów zawsze miał dużo, a więcej filmów nie nakręcił, niż nakręcił. Z pewnością jednak, niezależnie od tego, co jeszcze wyjdzie spod jego ręki, sprowokuje do zapisania linijek nie zawsze trafnych, niekiedy tylko celnych, ale niezmiennie ciekawych rozważań, bo nawet jak Gilliama nieciekawie się ogląda, vide „Teoria wszystkiego”, to interesująco się o nim rozmawia. Oto wzór perfekcyjny.

poniedziałek, 12 maja 2014

Konkurs - ENEMEF: Noc z X-Men

Już niedługo w kinach bodaj najbardziej przeze mnie wyczekiwany - obok "Godzilli" - blockbuster tej wiosny, czyli "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie". Specjalnie z tej okazji przygotowałem konkurs, w którym do wygrania są dwuosobowe wejściówki na ENEMEF w sieci Multikino; już 23.05 w całej Polsce będzie można zobaczyć, jeden po drugim, następujące hiciory:


Podwójne zaproszenia do Poznania, Warszawy i Wrocławia chętnie oddam paru osobom spośród tych, które prześlą do mnie prawidłową odpowiedź (mój adres po prawej) na poniższe pytanie:

Jakiej narodowości jest Wolverine?

Na zgłoszenia czekam do wtorku 20.05.2014, zwycięzców powiadomię mailowo; proszę koniecznie zaznaczyć, w którym mieście chcecie zobaczyć maraton! Powodzenia!

piątek, 25 kwietnia 2014

Tydzień w kinie - "Imigrantka"

Pierwszy kwadrans nowego filmu Jamesa Graya jeszcze nie zdradza, że przekroczenie progu sali kinowej zakończy się dla posiadacza biletu rozczarowaniem nie mniejszym niż pierwsze spojrzenie Ewy Cybulskiej na górujący nad Ellis Island smętny zwiastun rychłej beznadziei, Statuę Wolności. Dla polskiej imigrantki symbol ten szybko staje się zjadliwie ironiczny, gdyż na granicy zostaje rozdzielona z poddaną kwarantannie siostrą i deportowana. Ewa ucieka się jednak pod protekcję nowojorskiego przedsiębiorcy robiącego w rozrywce, czyli, bez owijania w bawełnę, alfonsa, niejakiego Bruna, który łapówkami ratuję dziewczynę z opresji. Co dzieje się dalej, zgadnąć chyba nietrudno.

Pójdź, dziecię, ja cię stręczyć każę.
Imigrantka (4/10)

„Imigrantka” z pewnością kusi starannie wystylizowanym ponuractwem miejskiego gąszczu z betonu, szkła i stali. Szarzyzna zakradająca się do każdego kąta pozwala wierzyć, że nad amerykańską metropolią początku lat dwudziestych nieustannie unoszą się burzowe chmury, zresztą i sama Ewa swój los widzi w barwach sepii. Nawet erotyczne tańce urządzane przez Bruna w podrzędnej spelunie mają w sobie tyleż burleskowego wdzięku i energii, co chochole pląsy. Amerykański sen nie będzie udziałem katowiczanki. Gray bezlitośnie wikła ją w miłosny trójkąt, mnożąc kolejne nieszczęścia, sprowadzając na dno dna, od którego jeśli się nie odbije, na zawsze ugrzęźnie w mule. Na scenie pojawia się też empatyczny magik Orlando, któremu Ewa wpada w oko, lecz kobieta nie może opuścić miasta bez siostry, na której leczenie zarabiać ma, dzięki pośrednictwu obrotnego Bruna, dotrzymując towarzystwa jego nadzianym klientom.

Przez dwie godziny Marion Cotillard efektownie cierpi. Na scenie tancbudy, w łaźni, na ulicy, w łóżku, na pryczy i w kościele, aż ten festiwal zgryzoty staje się niemalże nie do zniesienia i prowadzi do całkowitego zobojętnienia na los Ewy. Zbolała mina tytułowej imigrantki, do której praktycznie ogranicza się ekspresja Cotillard, nie maskuje scenariuszowego niedostatku. Gray próbuje niby zagrać na religijnej nucie i zaakcentować rolę kluczowych dla katolicyzmu kwestii przebaczenia, pokuty oraz odkupienia, którą są życiowymi kierunkowskazami kobiety, ale dochodzi przy tym do banalnych wniosków, niemiłosiernie brnąc koleinami wtórności do spodziewanego finału. Zadatki na interesującą postać miał sutener Bruno, bo, dzięki talentowi Joaquina Phoenixa, etatowemu już aktorowi amerykańskiego reżysera, udało się nadać mu choćby powierzchownej dwuznaczności. To również człowiek, któremu przed laty przyśnił się amerykański sen i chce przekonać innych, aby uwierzyli w to, w co sam nie wierzy, że udało mu się go ziścić.

Pojawia się też jeszcze jeden zgrzyt – Cotillard usiłuje mówić w „Imigrantce” po polsku. I o ile nie sposób nie docenić starań samej aktorki, która pewnie nieraz zwichnęła sobie język, zasadność owego zabiegu jest cokolwiek dyskusyjna, bowiem nasza rodzima mowa brzmi na ekranie po prostu karykaturalnie i aż tęskno do postsynchronu.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Konkurs! Gadżety z serialu "Arrow"!

O ile Marvel króluje na dużym ekranie, tak zapowiada się na to, że DC na dobre zaanektuje telewizję. Zapowiedziano już serial z Flashem, nareszcie kręcą "Gotham", a aktualnie we wtorki o 22:00 na Universal Channel można oglądać drugi sezon "Arrow", który ewoluuje z każdym kolejnym odcinkiem. Jak powiedział mi podczas naszej niedawnej rozmowy David Ramsey, czyli serialowy John Diggle, finał przyniesie prawdziwą bombę; cały wywiad będzie do przeczytania w najbliższym piątkowym wydaniu dodatku kulturalnego do "Dziennika. Gazety Prawnej". Lecz zanim "Arrow" dobije do ostatniego odcinka, czeka nas jeszcze parę nie byle jakich zwrotów akcji - Oliver Queen musi pozbierać swoje życie do kupy po tym, co zdarzyło się w pierwszym sezonie - a ja mam nie byle jakie nagrody do rozdania. Chętnie oddam oficjalne gadżety tym, którzy napiszą do mnie, o jakiej postaci z uniwersum DC chętnie obejrzeliby serial i zamieszczą zarys fabularny pierwszego odcinka (dosłownie pięć zdań wystarczy, nie przesyłajcie mi gotowych scenariuszy) wymarzonego dzieła. Mój adres macie po prawej, konkurs potrwa do 23.04.2014 włącznie, zaś zwycięzców, tradycyjnie, powiadomię mailowo. A dla inspiracji załączam fotki nagród. Powodzenia!

Magiczny kubek z gołą klatą Stephena Amella

Zakapturzona bluza w rozmiarze M

Nie byle jaki notatnik


piątek, 28 marca 2014

Tydzień w kinie - "Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz" + konkurs

Dopatrywano się sukcesu Marvel Studios głównie w sporych budżetach i idących z nimi w parze efektach specjalnych, konsekwencji, z jaką budowane jest filmowe uniwersum, atrakcyjnych licencjach i znanych twarzach, zapominając częstokroć o komponencie dla odbiorcy obytego z komiksami bodaj najważniejszym – wierności materiałowi źródłowemu. I nie chodzi o kurczowe trzymanie się wymyślonych wcześniej fabuł, ale umiejętną translację scenariusza komiksowego na język kina, aby pozostał atrakcyjny nie tylko dla czytelnika, ale i, a może przede wszystkim, widza.

Ryż, kurczak, kreatyna, zrobią z ciebie... Kapitana
Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz (8/10)

„Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” zawdzięcza tyleż klasycznym akcyjniakom i intrygom politycznym z pamiętnych sensacji lat siedemdziesiątych, co Edowi Brubakerowi, facetowi, który z ikonicznej postaci amerykańskiego komiksu uczynił bohatera żywcem wyciągniętego z szpiegowskiego thrillera, dokonując tym samym swoistej dekonstrukcji postaci; to na podstawie jego komiksu opiera się fabuła filmu braci Russo. Sam Kapitan nie jest już plakatowym żołnierzykiem obleczonym w amerykańską flagę, ale człowiekiem wątpiącym, którego rozumienie idei wolności i obywatelskiej swobody oraz powinności wobec kraju dawno się już zdezaktualizowało w świecie wyrachowania, automatyzacji i uniformizacji życia. Trudno o bardziej aktualny komentarz w epoce Edwarda Snowdena i Juliana Assange'a.

Są tutaj oczywiście efekciarskie batalie i akrobatyczne wygibasy, trójwymiarowe eksplozje co i rusz rażą w oczy, lecz bracia Russo w większości scen akcji decydują się na dłuższe ujęcia i montaż wewnątrzkadrowy, minimalizując teledyskową sieczkę, a i cudacznych trykociarzy jakby na ekranie mniej. Znakomite są pościgi i pojedynki wręcz, powraca wyczynowość ery analogowej, lekko tylko wspomaganej na pierwszym planie efektami komputerowymi. Słowem – Kapitan Ameryka, choć powoli dobija już setki, może śmiało konkurować z młodszymi kolegami po fachu, z Jasonem Bourne'em na czele.

Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zobaczyć "Kapitana Ameryki: Zimowego żołnierza" - lub chcecie film obejrzeć ponownie, co i ja planuję - mam do rozdania kilka dwuosobowych zaproszeń do warszawskiego kina IMAX Sadyba, które możecie wykorzystać w dogodnym terminie. Żeby zgarnąć któreś z nich, poślijcie do mnie (adres po prawej) odpowiedź na pytanie: co polecił(a)byś obejrzeć, posłuchać lub przeczytać Kapitanowi Ameryce, którego ominął kawał XX wieku? Zwycięzców oczywiście wybiorę subiektywnie, bo inaczej się nie da, i o wygranej powiadomię mailowo. Konkurs potrwa jedynie do niedzieli włącznie, czyli pośpiech wskazany. Powodzenia!

piątek, 21 marca 2014

Konkurs - ENEMEF: Najbardziej oczekiwane

Pomiędzy kolejnymi recenzjami - następny konkurs z ENEMEF. Tym razem mam do rozdania podwójne zaproszenia na topowe filmy pierwszego kwartału do Multikin w Poznaniu, Warszawie oraz Wrocławiu, więc jeśli macie ochotę za jednym zamachem obejrzeć to, co powinno zostać obejrzane, rzućcie okiem na poniższe pytanie, prześlijcie do mnie (najchętniej prawidłową) odpowiedź (adres po prawej) i tyle. A oto i pytanie:

  
Który z filmów widniejących na plakacie nie otrzymał żadnej nominacji do Oscara?

Konkurs potrwa do następnej środy (26.03.2014) włącznie, zwycięzców o wygranej powiadomię mailowo. Pamiętajcie, aby do odpowiedzi koniecznie dołączyć informację, w którym kinie chcecie pójść na maraton. Po więcej informacji o imprezie zapraszam na stronę ENEMEF.

piątek, 14 marca 2014

Tydzień w kinie - "Ocalony"

Na tle rozliczeniowego kina wojennego biorącego na swoje barki niełatwe przecież zadanie rozpisania bilansu – także moralnego – działań militarnych prowadzonych przez amerykańskie siły zbrojne po wydarzeniach z jedenastego września 2001 roku, „Ocalony” może wydać się filmem archaicznym i wstecznym. Ot, kolejna opowiastka o dzielnych, honorowych chłopakach, którym przydarzył się Afganistan, gdzie przeciwnik nosi czerń i szkarłat, a sojusznik biel i beż, zaś finał przynosi klasyczne ocalenie w ostatniej chwili. 

Don't push it or I'll give you a war you won't believe.
Ocalony (5+/10)

"Ocalony" to istna pornografia wojny – kule świszczą, łamią się kości, tryska krew, idą w ruch noże, a nieśpieszne ujęcia unoszących się nad ziemią, majestatycznych śmigłowców Apache rozrzucających wokół kępy traw nie są tutaj odosobnione. Do tego fabułę zaczerpnięto ze wspomnień komandosa Navy SEALs Marcusa Luttrella, tytułowego ocalonego, który jako jedyny uszedł z życiem z nieudanej akcji rekonesansowej, o której dowództwo zapewne wolałoby zapomnieć. Lecz Ameryka kocha mundury i pokusa sfilmowania tej historii była zbyt duża, szczególnie że przekutą ją na opowieść o męstwie, wytrwałości i silnej braterskiej więzi łączącej czterech żołnierzy.

Reżyser Peter Berg poszedł bodaj jedyną słuszną drogą, aby nie uwięznąć w pułapce pretensjonalnego, patetycznego, napuszonego, propagandowego peanu na część amerykańskiego militaryzmu, z „Ocalonego” robiąc regularny film akcji i takiej konwencji gatunkowej się podporządkowując, biorąc tym samym – chwilami chyba niezupełnie świadomie – całość w nawias umowności, okraszając wszystko ornamentacyjną przemocą. Cierpią na tym sami bohaterowie, bo ani losem Luttrella, ani któregokolwiek z jego towarzyszy nie sposób się przejąć, a to przecież zdarzenia autentyczne! Kontekst staje się więc kluczem do filmu Berga i bez jego znajomości „Ocalony” pozostaje tylko efektownym kinem wojennym pozbawionym wsadu emocjonalnego. Trzeba przyznać jednakże, że odwzorowane z dbałością o realizm sceny akcji są tutaj najwyższej próby i choćby tylko dla nich warto się filmem zainteresować.



piątek, 7 marca 2014

Tydzień w kinie - "Duże złe wilki"

„Duże złe wilki” – najlepszy film ubiegłego roku według Quentina Tarantino, o czym nie omieszkują napomykać mimochodem nie tylko materiały promocyjne, ale i teksty krytyczne na temat filmu, łącznie z niniejszym – to najświeższy przykład szeroko pojętego eklektycznego kina sensacyjnego (z braku lepszego, bardziej precyzyjnego określenia), którego przynależności gatunkowej nie sposób jednoznacznie określić, ale też i nie w tym rzecz. Problematyka filmu opiera się na fundamentalnym pytaniu o zasadność usprawiedliwienia niewłaściwego czynu doznaną krzywdą, a przynajmniej taką interpretację chcieliby narzucić izraelscy reżyserzy Aahron Keshales i Navot Papushado. Ich film miał być swoistą emanacją, jak sami mówią, egzystencjalnego niepokoju odczuwanego niemal od zarania dziejów przez ich ziomków, wyrazem niepewności drążącej cały naród, lecz nie do końca wiadomo, czego ta niepewność miałaby się tyczyć i z czego wynikać. Z trudności oceny działań cokolwiek dwuznacznych? Pułapek moralnego relatywizmu? Być może, lecz nawet jeśli przyjmiemy takie założenie za trafne, Keshales i Papushado posługują się dość prymitywnymi środkami, aby swoje racje wyłożyć.

Duże złe wilki (6-/10)

Zawieszony przez przełożonego glina Micki na własną rękę, już po zdaniu odznaki, kontynuuje dochodzenie w sprawie pedofila-mordercy. Jego podejrzanym numer jeden jest nauczyciel imieniem Dror, chuderlawy okularnik w sweterku, właściciel niedużego pieska, typ kujona, którego niegdyś koledzy z klasy podtapiali w przerwach w klozecie. Micki nie ma wątpliwości co do jego winy, choć nie posiada żadnego dowodu i zeznanie chce wymusić siłą. Niespodziewanie na scenie pojawia się trzecia osoba dramatu – rozżalony ojciec jednej z zaginionych dziewczynek, zdeterminowany zabić nauczyciela, uprzednio wymuszając na nim przyznanie się do winy, niemający nic do stracenia Gidi. Mężczyzna ogłusza i porywa pozostałych dwóch, a potem, w chatce na odludziu, proponuje Mickiemu spółkę: razem mają torturować Drora aż do skutku.

Orgiastyczny festiwal przemocy, jaki rozpoczyna się po szybkim zawiązaniu akcji, rzadko kiedy znajduje swojej uzasadnienie poza czystym efekciarstwem. Ta sadystyczna fantazja poprzetykana jest humorystycznymi – oczywiście odpowiednio ponurymi i niekiedy przyciężkimi, zważywszy na tematykę – elementami i zanim dowiemy się, czy Dror faktycznie jest tym, za kogo mają go Micki i Gidi, czeka nas nie lada przeprawa.


piątek, 21 lutego 2014

Tydzień w kinie - "Tajemnica Filomeny"

Zmontowany ze sprytem zwiastun „Tajemnicy Filomeny” intencjonalnie pomija kluczowy element fabuły i istotny punkt wyjścia do dalszych rozważań o filmie. Otóż dziecko Filomenie Lee ukradły zakonnice z irlandzkiego klasztoru, o czym trailer milczy. To oczywiście symplifikacja rodem z tabloidu, lecz faktem jest, że dystrybutorzy od ewentualnych kontrowersji próbują się zdystansować. Amerykański producent Harvey Weinstein wykupił nawet całą stronę na łamach „New York Timesa”, gdzie zamieścił tekst, protestując przeciwko negatywnej recenzji opublikowanej w nowojorskim „Post”, której autor zarzucał filmowi ostentacyjną postawę antykatolicką. Oby jednak podobne przepychanki ideologiczne – choć całkiem zasadne, bo opierające się na pewnych podstawach faktograficznych – częstokroć przybierające formę zwyczajnego pieniactwa nie przysłoniły innych treści „Tajemnicy Filomeny”.

Tajemnica Filomeny (7/10)

Co tu dużo mówić –  Stephen Frears po niepowodzeniu swojego ostatniego filmu powraca do formy. Niby sięga po samograj, historię prawdziwą, z życia wziętą, zaczerpniętą z książki brytyjskiego dziennikarza Martina Sixsmitha, którą dałoby się bez utraty dramatyzmu przenieść na ekran w proporcji jeden do jednego, ale tworzy z niej autonomiczne dzieło z charakterystycznym autorskim sznytem. Sixsmith po utracie pracy od niechcenia zabrał się za pierwsze lepsze zlecenie, które przedzierzgnęło się w najsłynniejszy reportaż w jego karierze. Tytułowa Filomena Lee zgłasza się do niego po latach milczenia i decyduje się na wyznanie: starsza pani za młodu urodziła dziecko, które odebrano jej potem w żeńskim zakonie – gdzie została umieszczona przez rodziców w ramach pokuty za grzech cielesny – i oddano do adopcji. Z pomocą Sixsmitha chce odnaleźć syna.

Zderzenie elitarysty z klasy średniej z oksfordzkim dyplomem na ścianie i prostej kobieciny zaczytanej w tanich romansidłach, ateisty mającego się za człowieka postępu i zatwardziałej katoliczki, pozbawionego złudzeń cynika i prostodusznej emerytki – ten swoisty impakt odmiennych światopoglądów służy nie tylko efektowi komediowemu. „Tajemnica Filomeny”, mimo że humoru tu nie brakuje – niestety, zbyt często opiera się on na dworowaniu z plebejskich przyzwyczajeń i gustu Filomeny – jest przede wszystkim filmem o tęsknocie za życiem nieprzeżytym, poświęconym trudom aktu skruchy i przebaczenia. Frears umiejętnie angażuje widza emocjonalnie, stąd nie dziwią nagrody, pochwały i nominacje, jakie jego film zbiera, choć chwilami wydaje się trącić lekkim fałszem, jakby to i owo nadmiernie uproszczono, a tamto podkręcono, żeby przypodobać się publiczności, ale takie przecież prawo kina. Pod ewidentną kokieterią kryje się bowiem film idealnie wyważony i precyzyjnie odmierzony.

piątek, 14 lutego 2014

Tydzień w kinie - "Anioł śmierci"

„Anioł śmierci, monarcha królestwa umarłych, sadystyczny chirurg zagłady” – wywrzaskiwał niegdyś o Josefie Mengele amerykański zespół trashmetalowy Slayer; tekst ten przez lata odbijał się czkawką długowłosym muzykom oskarżanym, dość absurdalnie, o sympatie nazistowskie. Niespełna pięciominutowa wyliczanka nieludzkich zbrodni demonicznego lekarza z Auschwitz nie jest jedynym świadectwem jego obecności w popkulturze. Mengele na przymusowym wygnaniu do Ameryki Południowej miał podobno planować odrodzenie Trzeciej Rzeszy przy pomocy wyhodowanych laboratoryjnie nastoletnich kopii Adolfa Hitlera (patrz oparty na powieści Iry Levina film „Chłopcy z Brazylii” z 1978 roku), jego niesławne eksperymenty na bliźniętach doprowadziły ponoć do uwolnienia mrocznych sił (horror „Nienarodzony” sprzed paru lat), a nawet uciekł na Antarktydę z głową führera pod pachą, zaszył się pod ziemią i tam skonstruował dla wodza metalowe ciało (tytuł tego filmu nie jest wart wymienienia). Równie śmiałych fantazji próżno jednak szukać u Lucii Puenzo.


Anioł śmierci (6+/10)

Zarówno powieść, jak i film argentyńskiej pisarki i reżyserki wypełniają białą plamę w życiorysie Mengele, tuż sprzed ucieczki nazisty z Argentyny do ościennego Paragwaju, motywowanej między innymi przechwyceniem Adolfa Eichmanna przez Mossad. Przez pierwsze lata spędzone na obczyźnie niemiecki lekarz uprawiał wyuczony zawód, działał też aktywnie w podziemiu aborcyjnym. Próbowano udowodnić, że kontynuował eksperymenty genetyczne, rozpoczęte podczas drugiej wojny, ale nie znaleziono ostatecznego dowodu na potwierdzenie podobnej tezy.

Puenzo wydaje się nie mieć wątpliwości. U niej Mengele jest utkany z popkulturowego mitu – to na poły doktor Frankenstein opętany ideą stworzenia człowieka idealnego, napędzany kompulsywną potrzebą skorygowania boskiego błędu (wywodzące się z żydowskiej mitologii imię głównej bohaterki, Lilith, której oczami śledzimy akcję, staje się w tym świetle symboliczne; jej matka z kolei nazywa się Eva i jest, a jakże, w ciąży bliźniaczej). Mengele to typ pokrewny Hannibalowi Lecterowi, przystojny inteligent o nienagannych manierach, pod maską elokwencji skrywający okropną tajemnicę. Niemiecki doktor jest w tym ujęciu klasyczną dla kina – i sztuki w ogóle – figurą Obcego, który zaburza pewien ustalony ład. Kusicielem i mąciwodą.

Przyjęty pod dach przez nieświadomą jego knowań argentyńską rodzinę, stopniowo niszczy więzi, łączące jej członków. Enzo i Eva traktują gościa, płacącego gotówką z góry za półroczny pobyt w ich hotelu, niczym dar niebios. Helmut Gregor – jak legitymuje się Mengele – proponuje nawet wyłożenie pieniędzy na wymarzoną inwestycję głowy rodziny, po godzinach konstruującego lalki. Jedną z nich, steraną i nadgryzioną zębem czasu, brzydką i umorusaną, jest Wakolda (to oryginalny tytuł filmu), z którą identyfikuje się Lilith. Dziewczyna, urodzona jako wcześniak, ma chroniczne kłopoty ze zdrowiem, a mały wzrost powoduje, że koledzy naigrawają się z niej podczas szkolnych zajęć na pływalni. Dobry doktor bezinteresownie oferuje rozwiązanie – specjalną terapię opracowanym przez siebie hormonem wzrostu. Metafora lalki jest jednak dość siermiężna, szczególnie gdy zostaje użyta do skojarzeń z holokaustem i masową śmiercią przy okazji rozpoczętej przez Enzo, dzięki funduszom lekarza, taśmowej produkcji zabawek.

Punkt wyjścia byłby dobry zarówno dla horroru, jak i thrillera spiskowego – istotną rolę w fabule odgrywa też wątek szkolnej archiwistki i fotografki, która podejrzewa, kim może być nowy mieszkaniec miasteczka, i prowadzi prywatne dochodzenie – ale film Puenzo nie wpada w koleiny kina gatunkowego. Kluczowa dla odbioru wydaje się znajomość kontekstu historycznego i politycznego, świadomość istnienia azylu, jaki znaleźli w krajach Ameryki Południowej nazistowscy zbrodniarze, i obecności silnej społeczności niemieckiej, traktującej uciekinierów z honorami należnymi elicie. Sama opowieść, mimo że wiarygodna z historycznego punktu widzenia, nie jest pozbawiona niedociągnięć narracyjnych. Należy za nie winić zapewne dyskusyjną perspektywę, z jakiej film oglądamy – okoliczność, że znamy prawdziwą tożsamość Helmuta Gregora, osłabia napięcie i zaangażowanie emocjonalne widza. Puenzo pozwala jedynie na bierną, suchą obserwację intrygujących zdarzeń.

Tekst pochodzi z lutowego numeru miesięcznika "Kino". Na stronie kino.org.pl znajdziecie - aktualizowany co tydzień - zbiór archiwalnych recenzji opublikowanych w magazynie.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Konkurs - "Żywe trupy" / "The Walking Dead"

Dziś wieczorem polska premiera pierwszego odcinka drugiej połowy czwartego sezonu "Żywych trupów", czy też, jak kto woli, "The Walking Dead". Rozpisywać się na temat telewizyjnego hitu, komiksu, książek i całego uniwersum Roberta Kirkmana nie będę, bo robiłem to niejednokrotnie, także na blogu (a ostatnio tutaj), i od razu przejdę do rzeczy. Dzięki uprzejmości kanału FOX, gdzie co poniedziałek o 22.00 możecie oglądać serial, mam do rozdysponowania kilka fajnych, oficjalnych gadżetów oraz egzemplarz przełożonej przeze mnie książki "Droga do Woodbury" (dla przypomnienia: premiera "Upadku Gubernatora", finałowej części powieściowej trylogii, za której tłumaczenie również odpowiadam, już 19 lutego). Żeby je zgarnąć, nie trzeba stawać na głowie ani bezcześcić mogił, lecz zanim powiem co jest co, rzućcie okiem na nagrody:

gustowna bluza

gustowny kubeczek

gustowny ręczniczek

gustowna tarcza z rzutkami
Co trzeba zrobić, aby zasłużyć na któreś z powyższych? Przygotować własny niezbędnik na zombie-apokalipsę, sfotografować go i przesłać zdjęcie do mnie wraz z krótkim opisem, czemu zdecydowaliście się na te, a nie na inne rzeczy. Czyli bierzecie to, co macie pod ręką (maksymalnie pięć przedmiotów!), pakujecie w worek, torbę, karton, plecak (lub co wyobraźnia podpowie), szybka fotka zestawu, parę zdań i wygrywacie. Lecz póki co zasiądźcie przed telewizorami...

Konkurs potrwa do 19.02.2013, zwycięzców powiadomię mailowo, a fotki opublikuję na Facebooku.


sobota, 8 lutego 2014

Konkurs: ENEMEF - Noc Grozy. Antywalentynki

ENEMEF i Multikino proponują fajną alternatywę dla nocnego posiedzenia z komediami romantycznymi. Dzień po Walentynkach w 27 kinach w całej Polsce odbędzie się maraton antywalentynkowy, na który mam kilka wejściówek do rozdania - do Poznania, Warszawy i Wrocławia. Odpowiedzcie na poniższe pytanie, poślijcie odpowiedź na adres po prawej (koniecznie podając informację, w którym mieście chcecie pójść na maraton), a być może zgarniecie podwójne zaproszenie. Powodzenia! 
Który ze słynnych amerykańskich reżyserów uznał "Duże złe wilki" za najlepszy film ubiegłego roku?

http://enemef.pl/

Na maile czekam do środy włącznie (12.02), zwycięzców powiadomię mailowo. Klikając na powyższy plakat zostaniecie przekierowani na stronę ENEMEFu, gdzie znajdziecie informacje na temat imprezy.

piątek, 31 stycznia 2014

Tydzień w kinie - "American Hustle"

Ten film miał nakręcić Ben Affleck, lecz, po sukcesie oscarowej „Operacji Agro”, zawalony rozmaitymi ofertami, propozycji nie przyjął. Za kamerą ostatecznie stanął David O. Russell, zebrał znajomą ekipę i po prostu rozbujał na planie imprezę. Nie dbając zbytnio o zawijasy scenariusza – uznanego swojego czasu za gorący hollywoodzki towar – spuścił swoją dziarską drużynę aktorską z łańcucha i pozwolił wszystkim na pajacowanie. I tak anarchistyczna energia zderzona zostaje z posuniętą do skrajności, nierzadko karykaturalną stylizacją, od zapachu lakieru robi się duszno, dawne szlagiery biją z głośnika, a całe to poliestrowe szaleństwo przyprawia o zawrót głowy.

Omnomnomnom!
American Hustle (7-/10)

Russell, choć Oscary jeszcze nie rozdane, już tryumfuje. Deszcz nominacji, świetne recenzje, poklepywanie się po plecach i cmokanie ustami. Zdecydowanie na wyrost, ale cóż poradzić, skoro tę istną cyrkową sztuczkę ogląda się jednak znakomicie, nawet będąc świadomym jej licznych niedociągnięć. Trik zasadza się na inscenizacyjnym nieumiarkowaniu – peruki są tutaj fikuśne, dekolty sięgają pępka, a aktorskie szarże zbijają się w dwugodzinny ciąg skeczy. Na dalszy plan zepchnięto tym samym scenariusz, bo choć sama historia, inspirowana zresztą faktami, wygląda na papierze na prawdziwy fajerwerk, potraktowana jest jako zło konieczne, tło dla istnego kabaretu hołdującego fiksacji reżysera. A szkoda, bo mógł z „American Hustle” wyjść kawał filmu sensacyjnego, bo rzecz dotyczy przekrętu w przekręcie. Niejaki Irving Rosenfeld, nowojorski specjalista od wyłudzania mamony, zostaje złapany na gorącym uczynku. Agent FBI, który założył na ręce kajdanki Irvingowi i jego kochance, proponuje układ – konto obojga będzie czyste jak łza, jeśli pomogą mu przyskrzynić paru kolesi z branży. Z początku niewielka akcja szybko przeradza się w krucjatę i agent DiMaso ostrzy zęby na skorumpowanych ludzi polityki. 

Rzeczywisty Abscam – taki kryptonim nadano operacji; co ciekawe, chciał o niej niegdyś kręcić sam Louis Malle – zakończył się mniej więcej równie spektakularnie co na ekranie i wywołał sporo kontrowersji, lecz Russell abstrahuje od dosłownych odniesień politycznych, także i ocenę moralną całej akcji oraz jej konsekwencji pozostawiając odbiorcy. „American Hustle” przypomina huczny bal maskowy, na którym świetnie bawią się wszyscy obecni, lecz nieco uciążliwy dla sąsiadów zza ściany, mogących jedynie obserwować i nasłuchiwać. Łatwo jest się w tym filmie zakochać, ale będzie to raczej przygoda na jedną noc.

Archiwum bloga