sobota, 30 listopada 2013

"Niezwykła historia Marvel Comics" - konkurs!

Równo przed rokiem otrzymałem maila z wydawnictwa Sine Qua Non z prośbą o opinię na temat książki, która trafiła na ich biurko. Tylko rzuciłem okiem na tytuł i zacząłem czytać jak głupi. Dwa miesiące później manuskrypt "Niezwykłej historii Marvel Comics" był już zapisany na moim twardym dysku, a od paru tygodni opasłe tomiszcze pręży dumnie swój grzbiet na księgarnianych półkach. To moje dotychczasowe translatorskie opus magnum. Jestem z tej książki autentycznie i po ludzku dumny, bo kosztowała mnie kilkanaście tygodni wytężonej pracy, przeglądania setek komiksowych okładek, czytania niezliczonych biografii i długich godzin konsultacji merytorycznych i redaktorskich. Z tym większą przyjemnością oddam egzemplarz książki w dobre ręce. Przechodząc więc do meritum i pierwszego w historii mojego bloga konkursu fotograficzno-komiksowego...

Żeby zgarnąć tę wyśmienitą pozycję, prześlijcie do mnie (adres po prawej) zdjęcie swojej komiksowej kolekcji lub po prostu fajową fotkę ulubionego zeszytu czy albumu. Liczy się pomysłowość, a nie ilość, ani to, czy masz lustrzankę czy starą Nokię; niech to zdjęcie będzie reprezentatywne dla Ciebie jako miłośnika/miłośniczki komiksu. Na zgłoszenia czekam do 5 grudnia, zwycięzcę wyłonię następnego dnia, czyli w Mikołajki.

Info o książce



piątek, 8 listopada 2013

Tydzień w kinie - "Thor: Mroczny świat"

Pierwszym scenom filmu Alana Taylora bliżej do spektakularnego widowiska batalistycznego skrojonego według wzorca ustanowionego przez tolkienowską trylogię Petera Jacksona niż do poprzednich blockbusterów, które zeszły z taśmy produkcyjnej fabryki Marvela. Ba, nawet zdolny poruszać się między wymiarami statek kosmiczny mrocznych elfów przypomina zmechanizowane oko Saurona, łypiące łakomie na londyńską dzielnicę Greenwich, którą lada chwila ma pochłonąć.

These aren't the elves you're looking for.
Thor: Mroczny świat (7/10)

O ile Kenneth Branagh, reżyser pierwszej odsłony „Thora”, preferował spektakl skromniejszy – jak na standardy wielomilionowej produkcji rozrywkowej głównego nurtu – sporo czasu ekranowego poświęcił tłumaczeniu prawideł rządzących asgardzkim światem i skupił się na motywie dojrzewania do odpowiedzialności, tak Alan Taylor popuszcza wodze wyobraźni, tworząc epickie widowisko fantastyczne. Inaczej pewnie być nie mogło, bowiem dzisiaj, w odróżnieniu od roku 2011, kiedy powstawał film Branagha, kinowe uniwersum Marvela jest już prawdziwym imperium i nie da się kręcić inaczej niż mocniej, szybciej i efektowniej. Taylor, nie musząc kłopotać się spowalniającymi akcję introdukcjami, już w prologu rzuca naprzeciw siebie dwie ogromne armie i nie spuszcza z tonu aż do pędzącego na łeb na szyję finału, gdzie – chciałoby się zakrzyknąć „nareszcie!” – w gruzy wali się nie po raz setny Nowy Jork, a kosmopolityczny Londyn.

To nadal kino superbohaterskie, ale owego superbohatera trzymające niejako na uboczu. Thor – już nie zbuntowany chłystek, któremu tylko panienki, mordobicie i asgardzki nektar w głowie, a w pełni uformowany następca tronu – wydaje się być ledwie katalizatorem poszczególnych zdarzeń, postacią umożliwiającą działanie innym, otwierającą furtki, choć to oczywiście on zmierzy się z poszukującym zemsty za porażkę sprzed tysięcy lat Malekithem. Plan mrocznego elfa przewiduje nie tylko zniszczenie boskiej siedziby, ale wszystkich światów znanych z nordyckiej mitologii, i to za jednym zamachem. Malekith to esencja destruktywnej siły, zło wcielone, pozbawiony ludzkiego pierwiastka czarny charakter, definiowany wyłącznie przez swoje sprowadzające się do szerzenia degrengolady czyny. Brak jakichkolwiek uczuć wyższych nadaje mu rangę wręcz symboliczną, odhumanizowuje, to istna szarańcza świata Thora. Zaś dzierżącego bojowy młot asgardzkiego blond herosa uzupełnia jego przyrodni brat, Loki, któremu należy się co najmniej własny spin-off. Razem tworzą duet kompletny, oparty na klasycznej opozycji porządku i chaosu, jeden nie potrafi istnieć bez drugiego, choć żaden tego nie przyzna.

Niejaki scenariuszowy bałagan nowego „Thora” rekompensuje konsekwentne efekciarstwo oraz nierzadko zaskakujący humor, który równoważny momentami duszną atmosferę patetycznej walki o wszechświat. Trochę szkoda postaci drugoplanowych – i aktorów tej klasy, co Natalie Portman czy Stelllan Skarsgard – bowiem nie mają zbyt wiele do roboty i często snują się bez celu po ekranie, ale ich kosztem wyeksponowano znacznie ciekawszych Thora, Lokiego i Malekitha. Najważniejszy pozostaje tutaj jednak wielki kinowy spektakl, swoim rozmachem śmiało konkurujący z „Avengers”. Alanowi Taylorowi udało się postawić nową więżę ze starych cegieł.