piątek, 28 czerwca 2013

Tydzień w kinie - "Człowiek ze stali"

Ależ mi głupio. Przez ostatni tydzień złorzeczyłem w myślach ludziom narzekającym na "Człowieka ze stali", a teraz sam pokornie do nich dołączam i posypuję łeb popiołem. Kino raz po raz dowodzi, że nie ma zamiaru przestać mnie zaskakiwać, szkoda jednak, iż odbywa się to kosztem mojego zdrowia i skołatanych nerwów. Dawno już nie widziałem porażki tak spektakularnej, jak film Zacka Snydera.

Człowiek ze stali (4/10)

Potrafię - jak każdy kinoman - przymknąć oko na scenariuszowe bzdury i bzdurki usprawiedliwiane konwencją, nie krzywię się, kiedy w akcyjniaku żadna z setek wystrzelonych w kierunku naszego bohatera kul nie ląduje w jego głowie, i nie wygrażam pięścią w kierunku ekranu, gdy kolejna komedia romantyczna kończy się jak tysiące innych, ale bzdetów sobie wciskać nie dam. "Człowiek ze stali" ma bodaj najsłabszy scenariusz ze wszystkich blockbusterów, jakie w tym roku widziałem, i wcale nie chodzi mi o rzeczy pozornie oczywiste, o których głośno w recenzjach (pozwolę sobie na dygresję: na przykład zsyłka niepokornego generała Zoda do swoistego kosmicznego czyśćca wcale nie była taka głupia, jak się wydaje; pamiętajmy, że Kryptończycy to konserwa ślepo wierząca w ustanowioną przez siebie literę prawa i nawet w obliczu masowej zagłady nie sprzeciwiają się swoim zasadom moralnym, co się chwali. No i skazanie Zoda na całą wieczność spędzoną w czarnej dziurze, w kompletnej nicości, to kara po stokroć gorsza niż bezbolesna śmierć), ale o jego irytującą powierzchowność. Nie będę jednak wypunktowywał nonsensów, bo nie w tym rzecz i żadna to zabawa kopać leżącego.

Niejako przedłużając linię myślową Mankiewicza, który chciał w Supermanie zobaczyć mesjasza narodów, Goyer w oczywisty sposób sięga po metaforę biblijną i wypełnia białe plamy z życiorysu Człowieka ze stali. Tak jak trudno orzec, co porabiał przez parę ładnych lat Jezus po osiągnięciu pełnoletniości, tak też i pierwsze kroki Supermana wykonane ku dorosłości dla wielu z nas, nawet jako tako obytych z mitem, pozostają tajemnicą. Film Snydera staje się więc w tym świetle swoistym apokryfem; apokryfem, który ja odrzucam, zwracając się ku dogmatom. Nie oznacza to, że dokonała się jakaś rewolucja i obrażam się, bo pozmieniano to i owo, nie, to jest adaptacja dość luźna, ale i jednocześnie wierna kanonowi; jej problem polega na tym, iż stoi w rozkroku pomiędzy mętnym i nijakim. Zabrakło zdecydowania i odwagi, żeby pociągnąć te WIELKIE TEMATY (przecież historia Supermana to samograj, mamy tu wszystko, co potrzeba, żeby nawiązać do obecnej sytuacji społeczno-politycznej, od ksenofobii do terroryzmu, ale Goyer/Nolan/Snyder jedynie markują, że chcą w swoim filmie poruszyć którąkolwiek z tych kwestii, są one ledwo zarysowane, maźnięte, nieśmiało dotknięte opuszką palca) i wypełniono czas ekranowy nudną napierdzielanką, którą w tak dużych ilościach toleruję chyba tylko na konsoli, kiedy mam kontrolę nad ciosami swojej postaci. Problem też sprawiła mi moja postawa, bo, i nie mówię tego, żeby epatować tanią sensacją, kupowałem większość argumentów Zoda i w gruncie rzeczy uważam, że miał facet sporo racji, choć zbyt radykalnie podszedł do sprawy, ale na jego miejscu dążyłbym do (mniej więcej) tego samego.

To był dla mnie naprawdę przykry seans. Rozumiem, że DC i Warner nie mogli pójść w stronę radosnych widowisk Marvela i musiano pociągnąć nolanowską wizję komiksowego świata, ale przy okazji Batmanów było o czym pogadać, te filmy rozgrzewały serducho. Nie twierdzę, że zawinił sam Superman, bo nie jest to, wbrew powszechnej opinii, harcerzyk, o którym nie da się powiedzieć niczego ciekawego. Da się, i to jeszcze jak - wystarczy sięgnąć po komiksy mojego ulubionego Byrne'a czy też świeżutkiego na naszym rynku Morrisona. Ba, nawet wydawane niegdyś przez TM-Semic popierdółki w wykonaniu Jurgensa były bardziej zajmujące. Straszny zawód, rozczarowanie roku. A może bulwersuję się, gdyż po prostu chciałem zobaczyć Lexa Luthora, przebieranki w budce telefonicznej i lokomotywy zatrzymywane jednym palcem? Kto to wie...