sobota, 16 lutego 2013

Moja oscarowa lista życzeń - 2013

Mogę sobie mówić, że Oscary nic a nic mnie nie obchodzą i całą tę hucpę mam w nosie, ale złapałem się wczoraj na typowaniu zwycięzców - zgaduję, że to silniejsze ode mnie, więc nie mam zamiaru się dłużej opierać i przy śniadaniu kompiluję swoją oscarową listę życzeń. Niektóre kategorie pomijam, bo nie wiedziałbym, jak ocenić montaż dźwięku, nie widziałem niektórych dokumentów czy też nominowanych filmów zagranicznych.


Najlepszy film - "Operacja Argo"

Trochę mi ten film obrzydził panujący wokół niego medialny szum i deszcz nagród, jakim go obsypano, co jednak nie zmienia faktu, że jest to rzecz świetna. Affleck dostarczył.

Pierwszoplanowa rola męska - Joaquin Pheonix ("Mistrz")

Można chwalić dojrzałą rolę Bradleya Coopera i nie sposób nie uchylić kapelusza przed Danielem Day-Lewisem, ale Joaquin Phoenix jest absolutnie b-e-z-k-o-n-k-u-r-e-n-c-y-j-n-y.

Pierwszoplanowa rola kobieca - Jessica Chastain ("Wróg numer jeden") 

Tutaj obsada nie jest tak mocna jak u facetów i Chastain wybrałem po części drogą eliminacji, ale co tam - zasłużyła.

Drugoplanowa rola męska - Philip Seymour Hoffman ("Mistrz")

Nie mam pojęcia, jak Andersonowi udało się to zrobić - dwie najlepsze role męskie roku w jednym filmie; Hoffman rozkłada na łopatki i świetnego Tommy'ego Lee Jonesa, i Christopha Waltza. O reszcie nominowanych nie wspominając.

Drugoplanowa rola kobieca - ?

Nie podejmę się wyboru, bo nie widziałem ani "Nędzników", ani "Sesji".

Najlepszy film animowany - "Frankenweenie"

Żadnych wątpliwości - Tim Burton powraca do wielkiej formy i składa hołd moim ukochanym horrorom z Universalu. Kibicuję!

Zdjęcia - Roger Deakins "Skyfall"

Konkurencja bardzo mocna, bo świetnie poradził sobie Kamiński ze statycznym w końcu "Lincolnem", a i Deakins nadał "Skyfall" niebywałej dynamiki, ale jednak stawiam na Mirandę - za lukier dla oczu.

P.S. Przemyślałem sprawę - jednak Deakins!

Montaż - ?

Próbuję, próbuję, ale nie mogę się zdecydować. Muszę jeszcze podumać.

Najlepszy scenariusz oryginalny - Quentin Tarantino ("Django")

Nie mam pewności, czy to faktycznie najlepszy scenariusz, ale na pewno najbardziej oryginalny.

Najlepszy scenariusz adaptowany - Chris Terrio ("Operacja Argo")

Znam dość dobrze losy akcji przeprowadzonej przez Mendesa i zmiany zaprowadzono dokładnie tam, gdzie były one potrzebne, a całą historię odpowiednio podrasowano, jednocześnie dochowując jej wierności.

That's all folks. Oscary zostaną rozdane dwudziestego czwartego lutego.


piątek, 1 lutego 2013

Tydzień w kinie - "Lincoln"

Film nie mógł wejść do naszych kin w lepszym momencie – dziś mija kolejna rocznica ratyfikowania trzynastej poprawki do amerykańskiej konstytucji przez pierwszy ze stanów.

Lincoln (7/10)

Spielberg uzmysławia, jak długa i wyboista droga prowadziła do takiego zwieńczenia wieloletnich starań szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego gabinetu. Trwający dwie i pół godziny spektakl jest zapisem ostatnich czterech miesięcy z życia Abrahama Lincolna, którego obie kadencje przypadły na bodaj najczarniejszy okres w historii kraju. To czas wojny domowej, politycznych przepychanek i lawirowania pomiędzy ryzykownymi decyzjami, czas negocjacji i forteli. Dlatego momentami film przypomina nie biograficzny dramat, ale trzymający w napięciu thriller, choć Spielberg nie posuwa się do efekciarskich sztuczek charakterystycznych dla hollywoodzkiego kina gatunków, dochowując wierności swojej wizji. A wizja to na pierwszy rzut oka jakby nie w jego stylu, bo statyczna, zamknięta w czterech ścianach biur i sal posiedzeń, daleka od rozbuchanych widowisk, do których zdążył już widza przyzwyczaić. Nie jest to jednak symptom starczego uwiądu reżysera, ale działanie rozmyślne i w zgodzie z pomysłem opracowanym już dawno – „Lincoln” to wymarzony projekt Spielberga, który wykiełkował w jego głowie kilkanaście lat temu. Nie było łatwo doprowadzić do jego realizacji: scenariusz wielokrotnie przepisywano, wytwórnia miała obiekcje co do wysokości budżetu, po śmierci żony z udziału w filmie wycofał się Liam Neeson, który miał zagrać główną rolę. Starania te z nawiązką zrekompensował świetny wynik finansowy filmu w USA oraz dwanaście nominacji do Oscara, w tym w kategoriach prestiżowych, i nie sposób odmówić Akademii racji co najmniej w przypadku wyróżnienia Daniela Day-Lewisa – zwolennika metody aktorskiej polegającej na zespoleniu się z graną przez siebie postacią – który faktycznie zachwyca. Za to można mieć pewne wątpliwości co do przedstawienia samego Lincolna, bo choć jest on iście fascynującą osobowością, zbyt często jawi się tutaj niczym dobry wujek, pogodny i życzliwy pan po pięćdziesiątce. Nie ma w nim żadnej ambiwalencji, raczej stosunkowe nieskomplikowanie charakteru i chyba tylko fenomenalna kreacja Day-Lewisa wynosi filmowego prezydenta ponad przeciętność. O ileż lepiej, choć nadal dość chłodno, napisany jest ekscentryczny Thaddeus Stevens, radykalny republikanin i zajadły przeciwnik niewolnictwa, zagrany brawurowo przez Tommy'ego Lee Jonesa.

Za to niezmiennie doskonałe są – stanowiące w końcu fundament „Lincolna” – sceny dialogowe, z wyczuciem fotografowane przez Janusza Kamińskiego, którego kamera pozostaje w ciągłym ruchu, dzięki czemu udało się uniknąć telenowelowej formy narracji i nieznośnych zbliżeń na twarze mówiących i film szczęśliwie daleki jest od nudnego wykładu z historii. Ba, wolno nawet zarzucić Spielbergowi zbytni perfekcjonizm, fetyszystyczne zamiłowanie do scenograficznego detalu, demonstracyjny zachwyt słowem i obrazem, może nawet zbytni akademizm, ale jednak to mistrz snucia epickich opowieści i w każdej sekundzie daje widzowi do zrozumienia, że ten jest świadkiem wydarzeń, które zmienią na zawsze kurs całej kultury zachodniej.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".