piątek, 6 grudnia 2013

Seans bez powodu: "Escape Plan"

Sylvester Stallone łapie za pistolet dopiero po osiemdziesięciu minutach seansu, wcześniej pisząc książkę bezwstydnie obnażającą niedociągnięcia w systemach bezpieczeństwa amerykańskich zakładów penitencjarnych, istny przewodnik dla więziennych Houdinich. Nie oznacza to jednak, że zdziadział i siedzi za biurkiem, skrobiąc coś w kajecie, bo wciąż trzyma formę; może nie jak za dawnych lat, lecz wstydu nie ma – mięśnie mało nie rozsadzą napiętej skóry, a koszulka pęka w szwach przy każdym wdechu.

Escape Plan (7-/10)

Stallone, jedna z nielicznych ikon kina akcji lat osiemdziesiątych, która nie dała zamknąć się w getcie produkcji kierowanych bezpośrednio do obiegu sklepowego, już przeszło siedem lat temu powrócił ze swoistego wygnania, skazany na występy w filmach klasy wątpliwej, i ponownie powołał do życia legendarne postaci Johna Rambo i Rocky'ego Balboa, co okazało się strzałem w dziesiątkę, lecz nie gwarantowało mu miejsca w kinowych repertuarach. Po komercyjnym sukcesie dyptyku – który niedługo rozrośnie się do rozmiarów trylogii – „Niezniszczalni” pojawiła się kolejna szansa reaktywacji nieco przyblakłej kariery. O ile jednak niedystrybuowana w naszych kinach ubiegłoroczna „Kula w łeb” w reżyserii samego Waltera Hilla przyniosła rozczarowanie, tak „Escape Plan” Mikaela Håfströma jest nie tyle podróżą sentymentalną do złotych lat kina spod znaku pięści i karabinu, co bezpretensjonalnym akcyjniakiem z b-klasowym klimatem, wyjętym jakby z innej rzeczywistości, swoistym filmem, którego być nie powinno, bo nie pasuje do cotygodniowych propozycji multipleksowych. Dzisiaj staromodny film akcji traktowany jest z pobłażaniem niczym kinowy dziwoląg i z „Escape Plan” pewnie będzie podobnie, choć to zwyczajnie przyzwoite kino gatunkowe skrojone według znajomych reguł.

Stallone gra u Håfströma mięśniaka-mózgowca, Raya Breslina, specjalistę od efektownych ucieczek z zakładów karnych, który na zlecenie federalnej służby więziennictwa wymyka się z najpilniej strzeżonych placówek, aby sprawdzić ich szczelność. Prawidła gatunku są nieubłagane, więc zostanie wreszcie zdradzony i wywiedziony w pole. Trafia do miejsca, z którego wymknąć się nie da, tajnego więzienia zaprojektowanego specjalnie z myślą o najgorszych mętach cywilizowanego świata. Tam poznaje niejakiego Emila Rottmayera, podstarzałego twardziela o przenikliwym spojrzeniu i nieprzystającej do Grobowca – jak zwie się ów nowoczesny ośrodek – pogodzie ducha. Breslin będzie potrzebował jego kontaktów i siły perswazji wynikającej z wielkości bicepsa, żeby wyrwać się zza metaforycznych krat. Skazaniec o germańskim rodowodzie ma twarz Arnolda Schwarzeneggera.

Spotkanie dwóch żywych legend kina akcji jest koniem pociągowym promocyjnej machiny filmu, lecz nie przyćmiewa właściwej fabuły i nie jest eksploatowane z myślą o stworzeniu kina kultu typu instant. Stallone i Schwarzenegger gros czasu spędzają na spacerniaku... pogrążeni w rozmowie niczym cinkciarze. Demolkę otrzymujemy praktycznie dopiero w ostatnich dwudziestu minutach; wcześniej struktura „Escape Plan” przypomina kolejną mutację heist-movie, czyli filmu o przekrętach, z domieszką sztuczek, których nie powstydziłby się słynny MacGyver. Proces myślowy Breslina pokazany jest w formie komputerowej wizualizacji, zaś odsłonięcie kotary i ujawnienie w szybkim montażu sposobu, w jaki udało mu się przechytrzyć ciemiężycieli, przypomina finał prestidigitatorskiego przedstawienia i to podobne triki, a nie mordobicia i strzelaniny, stanowią o atrakcyjności filmu. Sam design kryjącego sporo nieprzyjemnych niespodzianek Grobowca pomyślano zgodnie z tradycją przejrzałego dziś kina futurystycznego lat dziewięćdziesiątych – cele to istne akwaria z pleksiglasu, kamery umieszczone są w metalowej kuli podwieszonej pod sufitem, a strażnicy na twarzach noszą jednakowe czarne maski.

Mimo że Stallone gra w „Escape Plan” pierwsze skrzypce, to Schwarzeneggerowi przypadły bodaj najlepsze sceny i one-linery, dla niego zarezerwowano wielkie giwery oraz slow-motion. Panowie ewidentnie dobrze się bawili na planie, ale chwilami ich twarze zdradzają zupełnie zrozumiałe napięcie – wynik finansowy filmu Håfströma pokaże, czy ktokolwiek chce jeszcze dzisiaj oglądać dawnych wyczynowców.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz