piątek, 27 września 2013

Tydzień w kinie - "Agenci"

To jeden z tych filmów, gdzie furę pieniędzy wozi się w samochodowym bagażniku, twardziele nawet nie mrugną, kiedy za ich plecami wybucha auto, a urodziwą aktorkę zaprasza się przed kamerę jedynie po to, żeby paradowała w skąpej bieliźnie. Aż dziw, że rok produkcji „Agentów” to 2013, a nie, dajmy na to, 1988. Konwencję buddy cop movie w całej jej krasie reanimuje Baltasar Kormákur, dobiegający pięćdziesiątki Islandczyk. Rok temu na potrzeby Hollywood nakręcił remake filmu sensacyjnego, w którym niegdyś zagrał główną rolę, „Kontrabandę”, również z Markiem Wahlbergiem. Czego tam brakowało, jest w „Agentach”, czyli Denzel Washington. Siłą rzeczonej pozycji jest właśnie pierwiastek kumplowski, obowiązkowo oparty na przejaskrawionych opozycjach, co prowadzi, ku uciesze widza, do częstych słownych przekomarzanek.

Agenci (7/10)

Zarówno zwiastun, jak i polski tytuł filmu nonszalancko zdradzają jego główną woltę fabularną, choć, trzeba przyznać, nie taką znów niespodziewaną. Otóż Trench i Stigman, choć odgrywanie ról zakapiorów od narkotyków idzie im doskonale, to agenci pod przykrywką, jeden pracuje dla DEA, drugi dla marynarki, i, oczywiście, żaden nie jest świadomy tożsamości kolegi. Planowany skok na bank okaże się klapą, choć specyficznie pojmowaną, bowiem panowie zgarną więcej niż planowali, lecz pieniądze nie należą do kokainowego bonza, którego chcą przyskrzynić, ale do... CIA.

Trench nie ufa Stigmanowi, Stigman Trenchowi, więc na ekranie przez cały czas iskrzy, zaś humorystyczne wstawki i cały hołd kinu lat osiemdziesiątych, jakim niewątpliwie są „Agenci”, ogląda się wybornie mimo wręcz obrzydliwie wyeksploatowanych klisz, jakie złożyły się na scenariusz. Trochę tu Shane'a Blacka, a w finale nawet lekko trąci Samem Peckinpahem i niewątpliwie Kormákur włożył w ten film całe swoje wielkie serce miłośnika amerykańskiego kina. Popełnia przy tym fanowski błąd zachłyśnięcia się konwencją i hołdowanie jej staje się celem samym w sobie, w dodatku nadrzędnym. Potencjał był jednak nieco większy – i nie chodzi o porównanie względem komiksowego oryginału, bo to i tak rzecz u nas praktycznie anonimowa – bowiem „Agenci” niejako na boku interesująco przemycają refleksję na temat przeżerającej wszystkie szczeble instytucji państwowych korupcji. Sam widok pieniędzy, myśl o nich, zapach, działa jak narkotyk, a co najciekawsze, stos banknotów staje się fetyszem również i dla samego Kormákura, który zdaje się filmować go z nabożną czcią.

2 komentarze:

  1. Marky Mark i Denzel w jednym filmie .... nareszcie się doczekałem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Doczekałaś się, ale czego? Mnie osobiście film wcale nie urzekł.

    OdpowiedzUsuń