piątek, 12 lipca 2013

Tydzień w kinie - "Wielkie wesele"

Już w pierwszej scenie Robert De Niro z zapałem godnym jurnego nastolatka nurkuje pomiędzy nogami Susan Sarandon i zostaje nakryty, niczym niepokorny uczniak zabawiający się z dziewczyną we własnej sypialni mimo obecności rodziców, przez swoją byłą żonę, graną tutaj przez Dianę Keaton. Niejakie zakłopotanie towarzyszące żenującym pierwszym minutom „Wielkiego wesela” wzmaga się, im dalej w film. Dość powiedzieć, że najwięcej energii ma właśnie nieustannie świntuszący i ewidentnie znakomicie czujący się w skądinąd nie najlepiej napisanej roli podstarzałego konesera kobiecych wdzięków De Niro. Reszta – bądź co bądź gwiazdorskiej – wielopokoleniowej obsady zachowuje grację słonia w składzie porcelany. Z drugiej strony, nie ma tutaj nic do grania, nie ma też nic od oglądania.

Wielkie wesele (2/10)

Rozwiedziona, lecz nadal czująca do siebie miętę para, Don i Ellie, z okazji nadchodzącego ślubu jednego ze swoich synów, adoptowanego Alejandro, przez parę dni znowu muszą udawać zgodne małżeństwo. O zachowanie pozorów prosi ich własne dziecko, zaniepokojone, iż jego biologiczna matka, zagorzała katoliczka, mogłaby przeżyć szok, wiedząc, że człowiek rozdzielił coś, co złączył sam Bóg. Jakkolwiek wątek ten sam w sobie jako tako jest w stanie się wybronić – to klasyczna komedia pomyłek – to cała reszta wprowadza niepotrzebną konfuzję, rozmieniając i tak już wątły efekt komiczny na drobne. Bodaj najbardziej uciążliwa jest jednak wtórność scenariusza i nawet nie rzecz w tym, że „Wielkie wesele” to remake francusko-szwajcarskiego filmu sprzed paru lat, lecz w upartym powtarzaniu dawno już zwietrzałych żartów; to nie szampańska zabawa z wielopiętrowym tortem w tle, ale maraton sucharów. Jest tutaj i prawiczek, któremu ślinka cienie na widok młodej Kolumbijki, i ekscentryczny ksiądz, i finałowy spicz motywacyjny, i jeszcze komuś powinie się noga i wpadnie z pluskiem do wody. Boki zrywać.

Od premiery „Choć goni nas czas” minęło już sześć lat i scenarzysta tamtego hitu, a reżyser „Wielkiego wesela” Justin Zackham przez te kilkadziesiąt miesięcy odpoczywał od kina, i kiedy wreszcie obudził się z letargu, nakręcił film, którego oglądać się nie da. Szkoda aktorów tej klasy na takie barachło, rzecz nieśmieszną – choć poczucie humoru to oczywiście kwestia w kinie subiektywna jak żadna inna – i popełniającą niewybaczalny grzech w postaci pozbawionego wyobraźni recyklingu cudzych pomysłów.

Recenzja ukazała się także w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz