poniedziałek, 29 lipca 2013

Girlsy, gorzała i giwery, czyli San Diego Comic-Con 2013

Comic-Con to w rzeczy samej spełnione marzenie każdego miłośnika popkultury, a zarazem istne piekło. Bo gdzie indziej jednego dnia można posłuchać Davida Duchovnego i Gillian Anderson, obejrzeć "Escape Plan", przejść się po scenografii z "Gry Endera", pograć w nowe "Assassin's Creed" i kupić torbę komiksów? Ano właśnie. Lecz żeby zaliczyć wszystkie wymienione punkty programu, trzeba odstać swoje w niekończących się kolejkach, mieć portfel wypchany zielonymi, a i trochę zwyczajnego szczęścia nie zawadzi. Oto dziesięć rzeczy, które trzeba wiedzieć, zanim poleci się do San Diego.


1. Mityczne kolejki naprawdę istnieją. Żeby dostać się na panel o dziesiątej rano, trzeba ustawić się przed wejściem minimum o drugiej, trzeciej w nocy. Na spotkanie z obsadą "Żywych trupów" czekało ponoć kilkanaście tysięcy ludzi. Dodam, że największa z hal mieści niecałe siedem.

Na panel "Sons of Anarchy" czekałem tylko trzy godziny
2. Nie licz, że przybijesz piątkę z legionem swoich ulubionych filmowców czy komiksiarzy. To nie jest tak, że na Comic-Con co chwilę mija się Jossa Whedona albo Mike'a Mignolę. Po autografy też trzeba wystawać w kolejkach.

Czasem jednak trafi się śniadanie z Darylem
3. Cosplay to cholernie duże rozczarowanie. To, co oglądamy w necie, czyli roznegliżowane dziewczyny o figurach modelek wciśnięte w obcisłe, wykonane z ogromną dbałością o szczegóły stroje naszych ulubionych bohaterów komiksowych stanowią niewielki odsetek wszystkich kostiumów - większość to straszliwa tandeta.

Cosplay - you're doing it right

4. Zaplanuj wszystko z wyprzedzeniem. Jeśli nie chcesz pozbyć się zbyt wielu średnich krajowych, zaplanuj lot parę miesięcy wcześniej, a zakładając, że nie uśmiecha ci się mieszkać kilkanaście kilometrów od centrum, hotel zarezerwuj już teraz. No i licz na łut szczęścia, że w ogóle uda ci się kupić bilet - tegoroczne wejściówki wyprzedały się w ciągu dziewięćdziesięciu minut. Nawet i bez akredytacji jest co robić, bo atrakcji pobocznych otwartych dla wszystkich jest całe mnóstwo (pod budynkiem głównym wyrasta istne miasteczko), ale jednak lepiej mieć ją w zanadrzu.

5. Nie pękaj, że San Diego cię przytłoczy. Miasto jest świetnie skomunikowane, na Comic-Con dowożą specjalnie wynajęte autobusy, zaś zgubić się w centrum to prawdziwa sztuka.

Jakby co, Aquaman służy podwózką
6. Nie jest aż tak drogo. Zdziwiłem się, że za taksówkę z lotniska do hotelu zapłaciłem niewiele drożej niż za podobną trasę poprzedniego dnia w Polsce, zaś dwudaniowy obiad w porządnej knajpie kosztuje mniej więcej tyle, co w restauracji o podobnym standardzie w jednym z naszych pięciu największych miast.

7. Comic-Con to prawdziwe święto. Skala tej imprezy jest bezprecedensowa. Owszem, wkrada się przez to organizacyjny chaos, zaś tłok niekiedy przybiera niewyobrażalne wręcz rozmiary, lecz panuje tam niesamowity klimat (aż chce się śpiewać integracyjną "Odę do radości") i nawet towarzystwo stu trzydziestu tysięcy spoconych geeków jest rzeczą po prostu piękną.

Comic-conowy plecaczek, po którym poznasz geeka
8. Exclusive'y idą jak woda. Chciałem sobie kupić limitowaną figurkę Jasona Voorheesa. Comic-Con rozpoczął się w czwartek w samo południe, kolega miał ją dla mnie nabyć zaraz po otwarciu bram, pojawił się około piętnastej i nie ostała się już żadna sztuka.

Zawsze można kupić sobie własnego Slaja
9. Szperaj w sieci za rozmaitymi ciekawostkami. Sam Comic-Con to jedno, ale poszczególne studia czy wydawnictwa organizują własne imprezy, na które trzeba zdobyć osobne bilety, często zresztą darmowe; ja w ten sposób wbiłem się na chociażby na pokaz fragmentu nowego "Godzilli" i wystawę poświęconą japońskiemu monstrum.

10. Program jest wspaniały. Naprawdę. Comic-Con oferuje więcej, niż jesteście w stanie ogarnąć; jako pierwsi na świecie zobaczycie mnóstwo świetnych materiałów, no i przyjeżdża tam każdy, kto się liczy w w mainstreamowym kinie, serialach, komiksie (oczywiście poza Alanem Moorem). Szkoda, że nie mogę słowami (lub zdjęciami - przeważnie uczęszczałem na imprezy zamknięte i konferencje prasowe, gdzie nie wolno było nic ani nikogo fotografować) oddać kopa, jaki daje Comic-Con. Po prostu tam jeźdźcie.

How I met your favourite actors

1 komentarz: