piątek, 24 maja 2013

Tydzień w kinie - "Drugie oblicze"

Zamknięty w przeszło dwóch godzinach epicki tryptyk Dereka Cianfrance'a jest o krok od wielkości przynależnej prawdziwie amerykańskiej sadze. Zabrakło niewiele, lecz nie wolno „Drugiego oblicza” traktować w kategorii ambitnej porażki, nic bardziej mylnego; to przemyślane i konsekwentnie wyegzekwowane kino traktujące przede wszystkim o bezsilności, która, niejako paradoksalnie, staje się motorem napędowym wszelkiego działania, iskrą wzniecającą ogień zdolny oparzyć jeszcze następne pokolenia. Ojcowska przewina jawi się niczym stempel na synowskim czole; grzechu nie da się wymazać nawet i setką dobrych uczynków, zdaje się mówić Cianfrance, odpowiedzialnością za własne czyny obarczamy nie tyle siebie, co tych, którzy przyjdą po nas.

Drugie oblicze (7/10)

Luke Glanton ma w sobie coś ze stęsknionego kowboja pędzącego za amerykańskim mitem wolności doskonałej; w podkoszulku Metalliki podróżuje od miasta do miasta z objazdowym cyrkiem, popisując się przed gawiedzią motocyklowymi sztuczkami. Nie trzyma się go pieniądz, a i jemu trudno zahaczyć się w jednym miejscu. Przypadkiem dowiaduje się, że dziewczyna, z którą przespał się rok wcześniej, urodziła jego dziecko i z miejsca porzuca dawne życie, chcąc zapewnić godziwy byt synowi i jego matce. Nie przyjmuje do wiadomości, że jest w gruncie rzeczy zbędny, bowiem po raz pierwszy czuje się faktycznie potrzebny; zaczyna rabować banki po części z potrzeby łożenia na utrzymanie syna, a po części z chęci udowodnienia samemu sobie, że nie jest kolejnym przegranym frajerem.

Los spycha Luke'a, choć tylko na moment, na ścieżkę Avery'ego Crossa, młodego gliniarza patrolującego ulice, i historia bierze zakręt – nie ostatni! – zaś na pierwszym planie pozostaje właśnie policjant. Pozornie jego życie znajduje się na przeciwległym biegunie, ma kochającą żonę, dziecko w drodze, dobrą pracę i zapewnioną protekcję wpływowego ojca, lecz targają nim podobne rozterki, co Glantonem. Kluczem do odczytania filmu jest jednak dopiero trzeci akt, rozpoczynający się piętnaście lat później, opowiadający już o synach Luke'a i Avery'ego, choć ojcowie nadal obecni są gdzieś w tle, pośrednio determinując poczynania swoich dzieci. I to właśnie finał „Drugiego oblicza”, choć nie burzy misternej konstrukcji, stawianej z mozołem przez pierwsze półtorej godziny, wydaje się pośpieszny i niedopracowany; reżyser zbyt prosto i gładko wykłada swoją tezę, o której mowa na początku omówienia filmu. Cianfrance szczęśliwie nie próbuje mędrkować na temat moralnej oceny czynów obu mężczyzn, pozostawiając ją widzowi; wyważony, daleki od pretensjonalnej ostentacji relatywizm jest bodaj najmocniejszą stroną „Drugiego oblicza”.

Zderzony z tak ambitnym projektem w zaledwie trzecim swoim filmie pełnometrażowym, Cianfrance wychodzi z potyczki z tarczą, co pozwala myśleć, że w najbliższych latach ma szansę stać się jednym z najciekawszych reżyserów amerykańskich. A może nawet już nim jest.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika. Gazety Prawnej".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz