wtorek, 23 kwietnia 2013

Seans bez powodu - "The Last Stand"

Wybite żelazną piąchą zęby latają w powietrzu, spod kół wzbijają się tumany kurzu, opony ślizgają się po żwirze, kule lądują równie celnie, co sążniste fucki, zaś jucha tryska aż miło, choć komputerowa. No nie ma się do czego przyczepić. He is naprawdę back.

The Last Stand (7/10)

Dziesięć lat minęło bynajmniej nie jak jeden dzień. Przez tę dekadę kariera gubernatora Arnolda zdążyła zgasnąć tak samo spektakularnie, jak rozbłysła, i ze stołkiem Szwarcy pożegnał się w atmosferze obyczajowego skandalu. Naparzał się z przystojniakiem z kosmosu, latał z mieczem po pustyni i dokopał nawet samemu szatanowi, ale papierologii i przeciwnikom politycznym rady nie dał. Kto czytał niedawno wydaną u nas autobiografię Arniego, ten wie, że facet potrafi poradzić sobie, nie tylko waląc oponenta po gębie czy ładując mu kulkę między oczy, choć wydaje się, iż właśnie to wychodzi mu najlepiej. „The Last Stand” (odmawiam popularyzowania idiotycznego tytułu polskiego) udowadnia dobitnie, że Schwarzenegger nie zgnuśniał za dębowym biurkiem, palone namiętnie cygara jeszcze mu płuc nie wyżarły, zaś wrzucane przez niego na Facebooku fotki, na których raźno śmiga na rowerze, to nie zagranie pod publiczkę, lecz sama prawda; choć na karku ma już szósty krzyżyk, Arnie zadyszki nie łapie i pierze rzezimieszków jak dawniej.

„The Last Stand” to film dla gatunku symptomatyczny, jeden z tych akcyjniaków, po obejrzeniu których wzdycha się, odstawia pustą butelkę po wypitym właśnie piwku i mruczy pod nosem, że takich rzeczy już nie kręcą. Płytkę można z lekkim sercem postawić na półce gdzieś pomiędzy „Jak to się robi w Chicago” i „Czerwoną gorączką”, choć do takiego wniosku nie doszedłem od razu, bowiem pierwszy akt jest wybitnie rozczarowujący. Snują się po ekranie i snują, zamiast strzelać, ale po jakiejś pół godzinie, kiedy wreszcie do miasteczka, któremu Szwarcy szeryfuje, wjeżdża element i zaczyna robić gnój, nie ma przebacz. Not in his town. Not on his watch.

Epickich momentów parę jest – znakomicie sfilmowany pościg samochodowy w łanach zboża, koszenie wrażych zastępów za pomocą działka maszynowego czy finałowe starcie na moście – i dialogi dają radę, ale nosem też można pokręcić. Odniosłem wrażenie, jakby filmowi zabrakło ducha, jakby to wszystko było aż nazbyt wykalkulowane, jakby każdy na planie odwalał tylko swoją robotę i nie wkładał w nią serca, jakby nie dano reżyserowi (skądinąd znakomitemu) rozwinąć skrzydeł i, wreszcie, jakby kult Arnolda potraktowano nieco po macoszemu. Sam jestem niezmiernie ciekaw, jak film odbiorą moi bracia i siostry w wierze.

Z niecierpliwością czekam na kolejne dzieła ze Szwarcem, bo zdaję sobie sprawę, że to ostatnia prosta dawnych wyczynowców i nie ominę żadnej okazji, żeby raz jeszcze móc wybrać się do kina na film z Arnoldem czy Slajem, a z której to możliwości w pierwszej połowie roku polskich widzów niecnie ograbiono. „The Last Stand” można już zamawiać w pre-orderze, do czego zachęcam. Polskie wydanie pojawi się w sklepach zapewne jeszcze przed wakacjami.


2 komentarze:

  1. Forma już nie ta sama, niestety, Arnie wywołuje więcej śmiechu niż zapierających dech w piersiach emocji. Ale sentyment robi swoje, a to naprawdę da się obejrzeć. Jest i akcja, jest i humor, choć liczyłem, że taki Knoxville wniesie w tej kwestii troszkę więcej. Są też bzdury, nieodłączne w kontekście tego rodzaju filmów, ale kiedyś się przymykało i teraz można przymknąć na nie oko. Nie jest źle i też liczę, że jeszcze Szwarc pokarze niejedno w kinie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie zgodzę się! Rola w "The Last Stand" jest intencjonalnie autoironiczna, choć ani przez chwilę nie wpada w jakąś żenującą parodię. Jak napisałem powyżej, Szwarcy nie łapie zadyszki, nadal trzyma formę i potrafi dać po gębie.

    OdpowiedzUsuń