piątek, 1 lutego 2013

Tydzień w kinie - "Lincoln"

Film nie mógł wejść do naszych kin w lepszym momencie – dziś mija kolejna rocznica ratyfikowania trzynastej poprawki do amerykańskiej konstytucji przez pierwszy ze stanów.

Lincoln (7/10)

Spielberg uzmysławia, jak długa i wyboista droga prowadziła do takiego zwieńczenia wieloletnich starań szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego gabinetu. Trwający dwie i pół godziny spektakl jest zapisem ostatnich czterech miesięcy z życia Abrahama Lincolna, którego obie kadencje przypadły na bodaj najczarniejszy okres w historii kraju. To czas wojny domowej, politycznych przepychanek i lawirowania pomiędzy ryzykownymi decyzjami, czas negocjacji i forteli. Dlatego momentami film przypomina nie biograficzny dramat, ale trzymający w napięciu thriller, choć Spielberg nie posuwa się do efekciarskich sztuczek charakterystycznych dla hollywoodzkiego kina gatunków, dochowując wierności swojej wizji. A wizja to na pierwszy rzut oka jakby nie w jego stylu, bo statyczna, zamknięta w czterech ścianach biur i sal posiedzeń, daleka od rozbuchanych widowisk, do których zdążył już widza przyzwyczaić. Nie jest to jednak symptom starczego uwiądu reżysera, ale działanie rozmyślne i w zgodzie z pomysłem opracowanym już dawno – „Lincoln” to wymarzony projekt Spielberga, który wykiełkował w jego głowie kilkanaście lat temu. Nie było łatwo doprowadzić do jego realizacji: scenariusz wielokrotnie przepisywano, wytwórnia miała obiekcje co do wysokości budżetu, po śmierci żony z udziału w filmie wycofał się Liam Neeson, który miał zagrać główną rolę. Starania te z nawiązką zrekompensował świetny wynik finansowy filmu w USA oraz dwanaście nominacji do Oscara, w tym w kategoriach prestiżowych, i nie sposób odmówić Akademii racji co najmniej w przypadku wyróżnienia Daniela Day-Lewisa – zwolennika metody aktorskiej polegającej na zespoleniu się z graną przez siebie postacią – który faktycznie zachwyca. Za to można mieć pewne wątpliwości co do przedstawienia samego Lincolna, bo choć jest on iście fascynującą osobowością, zbyt często jawi się tutaj niczym dobry wujek, pogodny i życzliwy pan po pięćdziesiątce. Nie ma w nim żadnej ambiwalencji, raczej stosunkowe nieskomplikowanie charakteru i chyba tylko fenomenalna kreacja Day-Lewisa wynosi filmowego prezydenta ponad przeciętność. O ileż lepiej, choć nadal dość chłodno, napisany jest ekscentryczny Thaddeus Stevens, radykalny republikanin i zajadły przeciwnik niewolnictwa, zagrany brawurowo przez Tommy'ego Lee Jonesa.

Za to niezmiennie doskonałe są – stanowiące w końcu fundament „Lincolna” – sceny dialogowe, z wyczuciem fotografowane przez Janusza Kamińskiego, którego kamera pozostaje w ciągłym ruchu, dzięki czemu udało się uniknąć telenowelowej formy narracji i nieznośnych zbliżeń na twarze mówiących i film szczęśliwie daleki jest od nudnego wykładu z historii. Ba, wolno nawet zarzucić Spielbergowi zbytni perfekcjonizm, fetyszystyczne zamiłowanie do scenograficznego detalu, demonstracyjny zachwyt słowem i obrazem, może nawet zbytni akademizm, ale jednak to mistrz snucia epickich opowieści i w każdej sekundzie daje widzowi do zrozumienia, że ten jest świadkiem wydarzeń, które zmienią na zawsze kurs całej kultury zachodniej.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".


3 komentarze:

  1. Trzeba by chyba obejrzeć ten film. Ciągle słyszę o nim wiele pozytywnych opinii... a to w radio, a to w telewizji, a to na blogu ;).

    Pozdrawiam!
    Melon

    OdpowiedzUsuń
  2. a ja właśnie porównałem ten film do nudnego podręcznika historii...

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie się "Lincoln" podobał. To taki film jakich już się robi: z położeniem akcentu na słowo - te dialogi to przyjemność dla uszu, z dbałością o wierne odtworzenie epoki, zrozbiony z rozmachem choć skupiający się na pokojowych rozgrywkach a nie bataliach na polach. Ale rozumiem, że ten film może nudzić ludzi, którzy nie ineteresują się historią, polityką, itp.

    OdpowiedzUsuń