środa, 23 stycznia 2013

Tydzień w kinie - "Django"

Objazdowy teatrzyk filmowy pana T. zawitał i do nas. Pojedynki na rewolwery i na słowa, skomponowana w większości ze starych numerów i fragmentów różnych soundtracków - ale zawsze z wyczuciem - ilustracja muzyczna, masa mniej lub bardziej wyrafinowanych cytatów, nawiązań i ciągów skojarzeniowych, łączących film z innymi dziełami gatunku, znane twarze przewijające się nawet w epizodach.

Czyżbyśmy znali już wszystkie sztuczki Quentina Tarantino? Bynajmniej.

Django (8/10)

Narzędzia krytyczne czasem zawodzą i zaczynając pisać o niektórych filmach, czuję się tak, jakbym próbował wpasować trójkątny klocek w kwadratowy otwór. Bo moja praca - jak mówił niegdyś Zygmunt Kałużyński - polega na tysiąckrotnym powtórzeniu tego samego, ale innymi słowami, zaś w przypadku Tarantino, tak po prawdzie, nie zostało już wiele do opowiedzenia. Można oczywiście bawić się w wypisywanie popkulturowych nawiązań i podniecać, że gdzieś tam przez ułamek sekundy na drugim planie śmignął weteran włoskich westernów, ale nie o to przecież chodzi. Można powtórzyć te wszystkie komunały o świetnych dialogach i naturalistycznej przemocy. Można pisać też, że Christoph Waltz kseruje swoją rolę z "Bękartów wojny", Tarantino zaś nakręcił swój bodaj najbardziej skonwencjonalizowany i hollywoodzki film w karierze. Zapewne to wszystko znalazło się już w dziesiątkach recenzji.

Mnie bardziej interesuje przewijający się w tekstach krytycznych o "Django" wniosek, z którym zgodzić się nie mogę, jakoby Tarantino sięgnął po publicystykę; oczywiście w swoim stylu, ale jednak - chodzi oczywiście o sam temat niewolnictwa, brutalne sceny znęcania się plantatorów nad swoją własnością i grzęznący w gardle śmiech podczas oglądania tychże. Nie przychylam się do podobnych konstatacji z prostego powodu - Tarantino nade wszystko ukochał kinowy spektakl i to właśnie widowisku podporządkowuje nawet ambicje krytyczne. Nawias, w który bierze to, co pokazuje, jest tak duży, że przysłania jakąkolwiek wartość publicystyczną dzieła - tak było zresztą i w przypadku "Bękartów wojny" - zastępując ją gniewną popową fantazją, której wrażliwość emocjonalna oscyluje na poziomie nastolatka. Nie jest to z mojej strony zarzut, w żadnym razie, gdyż mam całkowitą pewność, że Tarantino doskonale wie, co robi, i robi to wyśmienicie - chociażby finałowa strzelanina w "Django" to prawdziwy majstersztyk dorównujący podobnym scenom w uwielbianych przeze mnie westernach, tyle że poddana abstrakcyjnej wręcz maksymalizacji - jednak wpisywanie tego krwawego cyrku w większą problematykę wykraczającą poza grunt popkultury jest pewnym nadużyciem, choć dostrzec można tutaj zalążek polemicznej, aczkolwiek nieco sztubackiej, dyskusji o hollywoodzkiej historiozofii.

Bodajże klasyk kina eksploatacyjnego "Ilsa - wilczyca SS" z Dyanne Thorne rozpoczyna się słowami, iż film ten powstał, żeby koszmar holocaustu nie powtórzył się już nigdy więcej. Podobna deklaracja, tyle że dotycząca niewolnictwa, mogłaby otwierać i "Django", co znakomicie zobrazowałoby publicystyczny poziom dzieła i intencjonalną niefrasobliwość w podejściu do trudnej przecież problematyki, ale z drugiej strony filmowi cynizmu zarzucić nie można. To przecież tylko stare dobre kino zemsty.

3 komentarze:

  1. "Narzędzia krytyczne czasem zawodzą i zaczynając pisać o niektórych filmach, czuję się tak, jakbym próbował wpasować trójkątny klocek w kwadratowy otwór. Bo moja praca - jak mówił niegdyś Zygmunt Kałużyński - polega na tysiąckrotnym powtórzeniu tego samego, ale innymi słowami"

    ciekawi mnie jakich to narzedzi krytycy zwykle uzywaja - mlotka? srubokrtu ?

    cytat z Kaluzynskiego niejasny - do powtarzania czego sie Zbigniew odnosil?
    Zazz

    OdpowiedzUsuń
  2. Razem ze Zbychem kręcimy sruborkrtami.

    OdpowiedzUsuń