sobota, 19 stycznia 2013

Smacznego, telewizorku - "Świat bez końca"

Na iście pastelowe średniowiecze, które oglądamy w „Świecie bez końca”, mogą krzywić się historyczni puryści; wiadomo, nie w kinie czy telewizji należy szukać bezwzględnej prawdy na temat ówczesnych realiów, lecz niefrasobliwość, z jaką twórcy podeszli do przesadnie wymuskanej stylizacji, może wywołać niezamierzony efekt komiczny. Jest to jednak wada, na którą można stosunkowo łatwo przymknąć oko, gdyż miniserial firmowany nazwiskami braci Ridleya i Tony'ego Scottów, oparty na monumentalnej powieści Kena Folletta, trzyma przed telewizorem z siłą poprzednika.

Świat bez końca (7/10)

„Świat bez końca” jest nominalnym sequelem udanych „Filarów Ziemi”; nominalnym, bowiem akcja ma miejsce sto pięćdziesiąt lat później i obie historie są od siebie na tyle odseparowane, że można je oglądać w dowolnej kolejności, mimo że niektóre z postaci pojawiających się w omawianym tytule są potomkami poznanych wcześniej bohaterów. Skala wydarzeń z początku wydaje się mniejsza, gdyż chodzi nie o budowę katedry, a mostu. Jednak polityczne zawirowania wojny stuletniej wciągają także i Kingsbridge, które staje się kością niezgody dzielącą nie tylko lokalnych teokratów, dziedziców i uzurpatorów, ale i królewski dwór. I tak młodzi kochankowie zostaną rozdzieleni, bracia skłóceni, niewygodni gracze otruci, a od manipulacji i intryg może rozboleć głowa. Zadziwiające, że w „Świecie bez końca”, mimo niemal baśniowej scenografii i urodziwych aktorów pierwszego planu, próżno szukać światła nadziei dla prawych i sprawiedliwych, którzy co i rusz dostają od losu kopniaka, a tryumfują niegodziwcy. Podświadomie jednak zdajemy sobie sprawę, że ci niepokorni, niewyrażający zgody na knowania wójta i plebana, wreszcie muszą się podnieść z klęczek; „Świat bez końca” to w końcu film o narodzinach buntu i świadomego obywatelskiego nieposłuszeństwa. I nawet okropny schematyzm ostatniego odcinka nie jest w stanie zmazać dobrego wrażenia pozostawionego przez trzy poprzednie.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz