piątek, 20 grudnia 2013

Moja dziesiątka, czyli krótkie podsumowanie roku 2013

I mija kolejny rok. Zawodowo i prywatnie niezwykle dla mnie udany, ale za to ze skompletowaniem dziesiątki miałem niejaki problem. Po pierwszym przejrzeniu listy tegorocznych premier nazbierałem tylko kilka pewniaków, musiałem więc dosztukowywać, choć, kiedy patrzę teraz na moje zestawienie, jestem z niego jak najbardziej kontent. Brałem oczywiście pod uwagę jedynie tytuły dystrybuowane w Polsce. Nie wszystko udało mi się obejrzeć - nie widziałem jeszcze chociażby "Życia Adeli", "Labiryntu" czy "Dotyku grzechu", które mogłyby nieco namieszać - a parę znakomitych pozycji nie zmieściło się na liście, lecz narzucone samemu sobie warunki są dla mnie żelazne: dychę publikuję zawsze 20 grudnia i biorę pod uwagę to, co udało mi się do tej pory zobaczyć. Nie przedłużam, oto najlepsze z najlepszych A.D. 2013 (gdzie było to możliwe, podlinkowałem do swojej recenzji):


1. Polowanie
2. Grawitacja
3. Django
4. Wyścig
5. Wróg numer jeden
6. Przeszłość
7. Drugie oblicze
8. Sugar Man
9. Kapitan Philips
10. Przed północą

piątek, 6 grudnia 2013

Seans bez powodu: "Escape Plan"

Sylvester Stallone łapie za pistolet dopiero po osiemdziesięciu minutach seansu, wcześniej pisząc książkę bezwstydnie obnażającą niedociągnięcia w systemach bezpieczeństwa amerykańskich zakładów penitencjarnych, istny przewodnik dla więziennych Houdinich. Nie oznacza to jednak, że zdziadział i siedzi za biurkiem, skrobiąc coś w kajecie, bo wciąż trzyma formę; może nie jak za dawnych lat, lecz wstydu nie ma – mięśnie mało nie rozsadzą napiętej skóry, a koszulka pęka w szwach przy każdym wdechu.

Escape Plan (7-/10)

Stallone, jedna z nielicznych ikon kina akcji lat osiemdziesiątych, która nie dała zamknąć się w getcie produkcji kierowanych bezpośrednio do obiegu sklepowego, już przeszło siedem lat temu powrócił ze swoistego wygnania, skazany na występy w filmach klasy wątpliwej, i ponownie powołał do życia legendarne postaci Johna Rambo i Rocky'ego Balboa, co okazało się strzałem w dziesiątkę, lecz nie gwarantowało mu miejsca w kinowych repertuarach. Po komercyjnym sukcesie dyptyku – który niedługo rozrośnie się do rozmiarów trylogii – „Niezniszczalni” pojawiła się kolejna szansa reaktywacji nieco przyblakłej kariery. O ile jednak niedystrybuowana w naszych kinach ubiegłoroczna „Kula w łeb” w reżyserii samego Waltera Hilla przyniosła rozczarowanie, tak „Escape Plan” Mikaela Håfströma jest nie tyle podróżą sentymentalną do złotych lat kina spod znaku pięści i karabinu, co bezpretensjonalnym akcyjniakiem z b-klasowym klimatem, wyjętym jakby z innej rzeczywistości, swoistym filmem, którego być nie powinno, bo nie pasuje do cotygodniowych propozycji multipleksowych. Dzisiaj staromodny film akcji traktowany jest z pobłażaniem niczym kinowy dziwoląg i z „Escape Plan” pewnie będzie podobnie, choć to zwyczajnie przyzwoite kino gatunkowe skrojone według znajomych reguł.

Stallone gra u Håfströma mięśniaka-mózgowca, Raya Breslina, specjalistę od efektownych ucieczek z zakładów karnych, który na zlecenie federalnej służby więziennictwa wymyka się z najpilniej strzeżonych placówek, aby sprawdzić ich szczelność. Prawidła gatunku są nieubłagane, więc zostanie wreszcie zdradzony i wywiedziony w pole. Trafia do miejsca, z którego wymknąć się nie da, tajnego więzienia zaprojektowanego specjalnie z myślą o najgorszych mętach cywilizowanego świata. Tam poznaje niejakiego Emila Rottmayera, podstarzałego twardziela o przenikliwym spojrzeniu i nieprzystającej do Grobowca – jak zwie się ów nowoczesny ośrodek – pogodzie ducha. Breslin będzie potrzebował jego kontaktów i siły perswazji wynikającej z wielkości bicepsa, żeby wyrwać się zza metaforycznych krat. Skazaniec o germańskim rodowodzie ma twarz Arnolda Schwarzeneggera.

Spotkanie dwóch żywych legend kina akcji jest koniem pociągowym promocyjnej machiny filmu, lecz nie przyćmiewa właściwej fabuły i nie jest eksploatowane z myślą o stworzeniu kina kultu typu instant. Stallone i Schwarzenegger gros czasu spędzają na spacerniaku... pogrążeni w rozmowie niczym cinkciarze. Demolkę otrzymujemy praktycznie dopiero w ostatnich dwudziestu minutach; wcześniej struktura „Escape Plan” przypomina kolejną mutację heist-movie, czyli filmu o przekrętach, z domieszką sztuczek, których nie powstydziłby się słynny MacGyver. Proces myślowy Breslina pokazany jest w formie komputerowej wizualizacji, zaś odsłonięcie kotary i ujawnienie w szybkim montażu sposobu, w jaki udało mu się przechytrzyć ciemiężycieli, przypomina finał prestidigitatorskiego przedstawienia i to podobne triki, a nie mordobicia i strzelaniny, stanowią o atrakcyjności filmu. Sam design kryjącego sporo nieprzyjemnych niespodzianek Grobowca pomyślano zgodnie z tradycją przejrzałego dziś kina futurystycznego lat dziewięćdziesiątych – cele to istne akwaria z pleksiglasu, kamery umieszczone są w metalowej kuli podwieszonej pod sufitem, a strażnicy na twarzach noszą jednakowe czarne maski.

Mimo że Stallone gra w „Escape Plan” pierwsze skrzypce, to Schwarzeneggerowi przypadły bodaj najlepsze sceny i one-linery, dla niego zarezerwowano wielkie giwery oraz slow-motion. Panowie ewidentnie dobrze się bawili na planie, ale chwilami ich twarze zdradzają zupełnie zrozumiałe napięcie – wynik finansowy filmu Håfströma pokaże, czy ktokolwiek chce jeszcze dzisiaj oglądać dawnych wyczynowców.

czwartek, 5 grudnia 2013

ENEMEF: Noc thrillerów - konkurs!

Rzadko zdarza się tak mocno obsadzony nocny maraton filmowy, zresztą sami rzućcie okiem na poniższy plakat, a zapewne przyznacie mi rację. Z tym większą przyjemnością rozdam podwójne zaproszenia na najbliższy ENEMEF do Multikin Warszawa Wola, Wrocław Pasaż i Poznań 51 paru osobom spośród tych, które odpowiedzą poprawnie na następujące pytanie:

Z którym filmem Alfreda Hitchcocka często zestawiany jest w recenzjach "Stoker"?

Maile ślijcie na mój adres (widoczny po prawej) i koniecznie zaznaczcie, w którym z dostępnych kin chcecie zobaczyć ENEMEF. Zgłoszenia proszę nadsyłać do 11.12.2013. Zwycięzców powiadomię mailowo na dzień przed imprezą, rozpoczynającą się gustownie w piątek trzynastego. Powodzenia.





sobota, 30 listopada 2013

"Niezwykła historia Marvel Comics" - konkurs!

Równo przed rokiem otrzymałem maila z wydawnictwa Sine Qua Non z prośbą o opinię na temat książki, która trafiła na ich biurko. Tylko rzuciłem okiem na tytuł i zacząłem czytać jak głupi. Dwa miesiące później manuskrypt "Niezwykłej historii Marvel Comics" był już zapisany na moim twardym dysku, a od paru tygodni opasłe tomiszcze pręży dumnie swój grzbiet na księgarnianych półkach. To moje dotychczasowe translatorskie opus magnum. Jestem z tej książki autentycznie i po ludzku dumny, bo kosztowała mnie kilkanaście tygodni wytężonej pracy, przeglądania setek komiksowych okładek, czytania niezliczonych biografii i długich godzin konsultacji merytorycznych i redaktorskich. Z tym większą przyjemnością oddam egzemplarz książki w dobre ręce. Przechodząc więc do meritum i pierwszego w historii mojego bloga konkursu fotograficzno-komiksowego...

Żeby zgarnąć tę wyśmienitą pozycję, prześlijcie do mnie (adres po prawej) zdjęcie swojej komiksowej kolekcji lub po prostu fajową fotkę ulubionego zeszytu czy albumu. Liczy się pomysłowość, a nie ilość, ani to, czy masz lustrzankę czy starą Nokię; niech to zdjęcie będzie reprezentatywne dla Ciebie jako miłośnika/miłośniczki komiksu. Na zgłoszenia czekam do 5 grudnia, zwycięzcę wyłonię następnego dnia, czyli w Mikołajki.

Info o książce



piątek, 8 listopada 2013

Tydzień w kinie - "Thor: Mroczny świat"

Pierwszym scenom filmu Alana Taylora bliżej do spektakularnego widowiska batalistycznego skrojonego według wzorca ustanowionego przez tolkienowską trylogię Petera Jacksona niż do poprzednich blockbusterów, które zeszły z taśmy produkcyjnej fabryki Marvela. Ba, nawet zdolny poruszać się między wymiarami statek kosmiczny mrocznych elfów przypomina zmechanizowane oko Saurona, łypiące łakomie na londyńską dzielnicę Greenwich, którą lada chwila ma pochłonąć.

These aren't the elves you're looking for.
Thor: Mroczny świat (7/10)

O ile Kenneth Branagh, reżyser pierwszej odsłony „Thora”, preferował spektakl skromniejszy – jak na standardy wielomilionowej produkcji rozrywkowej głównego nurtu – sporo czasu ekranowego poświęcił tłumaczeniu prawideł rządzących asgardzkim światem i skupił się na motywie dojrzewania do odpowiedzialności, tak Alan Taylor popuszcza wodze wyobraźni, tworząc epickie widowisko fantastyczne. Inaczej pewnie być nie mogło, bowiem dzisiaj, w odróżnieniu od roku 2011, kiedy powstawał film Branagha, kinowe uniwersum Marvela jest już prawdziwym imperium i nie da się kręcić inaczej niż mocniej, szybciej i efektowniej. Taylor, nie musząc kłopotać się spowalniającymi akcję introdukcjami, już w prologu rzuca naprzeciw siebie dwie ogromne armie i nie spuszcza z tonu aż do pędzącego na łeb na szyję finału, gdzie – chciałoby się zakrzyknąć „nareszcie!” – w gruzy wali się nie po raz setny Nowy Jork, a kosmopolityczny Londyn.

To nadal kino superbohaterskie, ale owego superbohatera trzymające niejako na uboczu. Thor – już nie zbuntowany chłystek, któremu tylko panienki, mordobicie i asgardzki nektar w głowie, a w pełni uformowany następca tronu – wydaje się być ledwie katalizatorem poszczególnych zdarzeń, postacią umożliwiającą działanie innym, otwierającą furtki, choć to oczywiście on zmierzy się z poszukującym zemsty za porażkę sprzed tysięcy lat Malekithem. Plan mrocznego elfa przewiduje nie tylko zniszczenie boskiej siedziby, ale wszystkich światów znanych z nordyckiej mitologii, i to za jednym zamachem. Malekith to esencja destruktywnej siły, zło wcielone, pozbawiony ludzkiego pierwiastka czarny charakter, definiowany wyłącznie przez swoje sprowadzające się do szerzenia degrengolady czyny. Brak jakichkolwiek uczuć wyższych nadaje mu rangę wręcz symboliczną, odhumanizowuje, to istna szarańcza świata Thora. Zaś dzierżącego bojowy młot asgardzkiego blond herosa uzupełnia jego przyrodni brat, Loki, któremu należy się co najmniej własny spin-off. Razem tworzą duet kompletny, oparty na klasycznej opozycji porządku i chaosu, jeden nie potrafi istnieć bez drugiego, choć żaden tego nie przyzna.

Niejaki scenariuszowy bałagan nowego „Thora” rekompensuje konsekwentne efekciarstwo oraz nierzadko zaskakujący humor, który równoważny momentami duszną atmosferę patetycznej walki o wszechświat. Trochę szkoda postaci drugoplanowych – i aktorów tej klasy, co Natalie Portman czy Stelllan Skarsgard – bowiem nie mają zbyt wiele do roboty i często snują się bez celu po ekranie, ale ich kosztem wyeksponowano znacznie ciekawszych Thora, Lokiego i Malekitha. Najważniejszy pozostaje tutaj jednak wielki kinowy spektakl, swoim rozmachem śmiało konkurujący z „Avengers”. Alanowi Taylorowi udało się postawić nową więżę ze starych cegieł.


piątek, 25 października 2013

Konkurs: maraton z "Obcym"

Maraton ze zrekonstruowanymi cyfrowo wersjami reżyserskimi "Obcego: ósmego pasażera Nostromo" i "Obcych: decydującego starcia"? Jakby to powiedział Stan Lee, 'nuff said. Pewnikiem nie muszę nikogo przekonywać, że to idealna propozycja halloweenowa, więc od razu przechodzę do sedna i proponuję dwuosobowe zaproszenia na imprezę do Multikin Warszawa Wola oraz Poznań Malta. Tradycyjnie - aby zgarnąć jedno z nich, wystarczy napisać do mnie maila (adres po prawej) z prawidłową odpowiedzią na następujące pytanie:

Kto jest twórcą projektu tytułowego "obcego"?
Na odpowiedzi czekam do poniedziałku włącznie, zwycięzców o wygranej powiadomię mailowo. Pamiętajcie, żeby do maila koniecznie dołączyć informację, do którego kina chcecie pójść na maraton.



piątek, 27 września 2013

Tydzień w kinie - "Agenci"

To jeden z tych filmów, gdzie furę pieniędzy wozi się w samochodowym bagażniku, twardziele nawet nie mrugną, kiedy za ich plecami wybucha auto, a urodziwą aktorkę zaprasza się przed kamerę jedynie po to, żeby paradowała w skąpej bieliźnie. Aż dziw, że rok produkcji „Agentów” to 2013, a nie, dajmy na to, 1988. Konwencję buddy cop movie w całej jej krasie reanimuje Baltasar Kormákur, dobiegający pięćdziesiątki Islandczyk. Rok temu na potrzeby Hollywood nakręcił remake filmu sensacyjnego, w którym niegdyś zagrał główną rolę, „Kontrabandę”, również z Markiem Wahlbergiem. Czego tam brakowało, jest w „Agentach”, czyli Denzel Washington. Siłą rzeczonej pozycji jest właśnie pierwiastek kumplowski, obowiązkowo oparty na przejaskrawionych opozycjach, co prowadzi, ku uciesze widza, do częstych słownych przekomarzanek.

Agenci (7/10)

Zarówno zwiastun, jak i polski tytuł filmu nonszalancko zdradzają jego główną woltę fabularną, choć, trzeba przyznać, nie taką znów niespodziewaną. Otóż Trench i Stigman, choć odgrywanie ról zakapiorów od narkotyków idzie im doskonale, to agenci pod przykrywką, jeden pracuje dla DEA, drugi dla marynarki, i, oczywiście, żaden nie jest świadomy tożsamości kolegi. Planowany skok na bank okaże się klapą, choć specyficznie pojmowaną, bowiem panowie zgarną więcej niż planowali, lecz pieniądze nie należą do kokainowego bonza, którego chcą przyskrzynić, ale do... CIA.

Trench nie ufa Stigmanowi, Stigman Trenchowi, więc na ekranie przez cały czas iskrzy, zaś humorystyczne wstawki i cały hołd kinu lat osiemdziesiątych, jakim niewątpliwie są „Agenci”, ogląda się wybornie mimo wręcz obrzydliwie wyeksploatowanych klisz, jakie złożyły się na scenariusz. Trochę tu Shane'a Blacka, a w finale nawet lekko trąci Samem Peckinpahem i niewątpliwie Kormákur włożył w ten film całe swoje wielkie serce miłośnika amerykańskiego kina. Popełnia przy tym fanowski błąd zachłyśnięcia się konwencją i hołdowanie jej staje się celem samym w sobie, w dodatku nadrzędnym. Potencjał był jednak nieco większy – i nie chodzi o porównanie względem komiksowego oryginału, bo to i tak rzecz u nas praktycznie anonimowa – bowiem „Agenci” niejako na boku interesująco przemycają refleksję na temat przeżerającej wszystkie szczeble instytucji państwowych korupcji. Sam widok pieniędzy, myśl o nich, zapach, działa jak narkotyk, a co najciekawsze, stos banknotów staje się fetyszem również i dla samego Kormákura, który zdaje się filmować go z nabożną czcią.

środa, 18 września 2013

Konkurs: ENEMEF z "Władcą Pierścieni"

Bez zbędnego wstępu przechodzę do sedna.

Chcecie zobaczyć wersje reżyserskie trylogii Petera Jacksona na dużym ekranie? Nic prostszego - wystarczy kupić bilet na najbliższy EMENEF z "Władcą Pierścieni" lub wysłać do mnie poprawną odpowiedź na poniższe pytanie (adres podany po prawej) i wygrać podwójne zaproszenie do jednego z wymienionych Multikin: Warszawa Wola, Wrocław Pasaż, Poznań 51, Kraków (poproszę o wybranie preferowanego kina i dołączenie tej informacji do maila!). Szczegóły imprezy znajdziecie na załączonym plakacie, a pytanie brzmi...

Ile było Pierścieni Władzy?

Na odpowiedzi czekam do 25.09.2013. Zwycięzców o wygranej powiadomię e-mailem.



piątek, 13 września 2013

Tydzień w kinie - "To już jest koniec"

Spowita marihuanowym dymem, tętniąca mięsistym beatem willa Jamesa Franco, gdzie alkoholowe źródełko nigdy nie wysycha, wydaje się miejscem idealnym na przeczekanie końca świata. Otumanieni imprezowicze ledwie zauważają, że za oknem właśnie wybiła godzina sądu ostatecznego; niebiańska winda od doczesnych zmartwień wybawia tych, którzy bliźniego traktowali z sercem i nie unosili się pychą, reszta zostaje na ziemskim padole, pośród demonów i innego diabelskiego tatałajstwa panoszącego się pośród płomieni. Na liście grzeszników, którym zbawienie nie jest pisane, znalazła się też i ekipa pląsająca radośnie na parkiecie u Franco. Rihanna smaży się w piekielnym ogniu, Michael Cera ginie w męczarniach i huczne przyjęcie kończy się wraz ze światem. Paru kumpli pod wodzą Seth Rogena barykaduje się w domu i robią to, co zwykli robić na własnej kanapie w dzień powszechni: odpalają jointa.

To już jest koniec (6+/10)

Sfikcjonalizowane wersje samego Rogena, Jaya Baruchela czy Jonaha Hilla nie różnią się zbytnio od typowych ekranowych wcieleń kojarzonych z tymi aktorami z komedii o bumelantach i utracjuszach. Tak więc, pomimo stosunkowo niecodziennej apokaliptycznej otoczki, „To już jest koniec” gładko dopasowuje się do dotychczasowej filmografii całej obsady i operuje znajomym zestawem żartów; czy to dobra, czy zła wiadomość, trzeba rozstrzygnąć samemu. Rogenowi – który film reżyserował do spółki z Evanem Goldbergiem – najlepiej wychodzą momenty, kiedy parodiuje konwencję kina apokaliptycznego, bowiem metoda „śmiejemy się z siebie samych” jest skuteczna jedynie przez pierwszych dwadzieścia minut, choć oczywiście błędem byłoby niedocenienie silnie zaakcentowanej w filmie, lecz niestety jednowymiarowej, autoironii.

„To już jest koniec” odniósł w Stanach Zjednoczonych niespodziewany sukces i w związku z niemałym zainteresowaniem wprowadzano go do tamtejszych kin dwukrotnie. Rogen i Goldberg coraz śmielej przebąkują o sequelu, lecz trudno będzie im przeskoczyć, no cóż, koniec świata.

piątek, 30 sierpnia 2013

Tydzień w kinie - "Sztanga i cash"

Michael Bay znowu kręci za grosze. To oczywiście w jego przypadku i tak fura kasy – dwadzieścia sześć milionów dolarów – ale budżet „Sztangi i cashu” (cóż za okropny tytuł!) blednie w porównaniu z pieniędzmi, które wydano na hollywoodzkie ekstrawagancje z wygenerowanymi komputerowo ogromnych rozmiarów robotami. Bay, Mark Wahlberg i The Rock zrzekli się swoich zwyczajowych astronomicznych honorariów, żeby film, istny kaprys speca od widowiskowych eksplozji, najwyraźniej znudzonego kolejnym rozbuchanym spektaklem dla nastoletniej publiki, mógł w ogóle powstać. Po seansie na usta ciśnie się pytanie: i po co było to wszystko?

Tagline!
Sztanga i cash (4/10)

„Sztanga i cash” cierpi głównie z powodu nieudolnie poprowadzonej narracji; ciągłe przeskoki w czasie, tudzież nagłe zmiany mówiącego z offu bohatera niepotrzebnie szatkują film, rujnując jego dynamikę i nie służąc wcale, jak chciałby tego Bay, pogłębieniu portretów psychologicznych postaci. A szkoda, bo jest to niespotykana galeria typów, do tego z życia wzięta. Faktycznie w 1994 roku w Miami szajka złożona głównie z lokalnych mięśniaków z miejscowej siłowni dokonała zbrodni tak niedoskonałej, że aż zabawnej. Przybliżenie owych zdarzeń byłoby jednocześnie zdradzeniem istotnych elementów fabuły filmu, poprzestańmy więc na tym, że chodziło o porwanie, wymuszenie, kradzież i, wreszcie, morderstwo. I choć „Sztangę i cash” wolno zaklasyfikować jako komedię sensacyjną, przejaskrawiony humor oparty na przemocy to kwestia mocno dyskusyjna i dość śliska, szczególnie jeśli chodzi o osoby i zdarzenia, których podobieństwo do prawdziwych wcale nie jest przypadkowe. Bay przedstawia swoich niezbyt rozgarniętych zbirów w całkiem sympatycznym świetle, ich zbrodnicze plany i wpadki tłumacząc przerostem ambicji (i mięśni), naiwnością i wiarą w wypaczoną – o ironio! – przez popkulturę wizję amerykańskiego snu. Daniel, Adrian i Paul faktycznie zaczynają wierzyć, że są romantycznymi bandytami, którzy od życia biorą tylko to, co im się należy z urzędu.

Mark Wahlberg i The Rock na potrzeby filmu spędzili jeszcze więcej godzin przy ciężarach, niż zwykli spędzać na co dzień, wpychając przy tym w siebie po dwanaście posiłków dziennie; opłaciło się, bo jest i masa, i rzeźba. Dobrze wiedzieć, że ktoś się dobrze bawił chociaż podczas realizacji „Sztangi i cashu”. Niech to będzie rada dla widza: zamiast przeszło dwóch godzin siedzenia bez ruchu w kinowym fotelu, lepiej wybrać się na siłownię.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".

piątek, 9 sierpnia 2013

Konkurs z ENEMEF: Noc Kina S-F

Sam co prawda na kolejny nocny maraton filmowy pójść nie mogę, bo wakacjuję jeszcze przez jakieś dwa tygodnie, ale mam do rozdania kilka dwuosobowych zaproszeń do Multikin w Warszawie (Złote Tarasy i Ursynów), Gdańsku, Wrocławiu (Pasaż) i Poznaniu (Malta); z pewnością warto spróbować po nie sięgnąć, bo prócz paru głośnych tytułów science-fiction z ostatnich lat, w piątek 16.08.2013 premierowo zostanie wyświetlone "Elizjum" Neilla Blomkampa, co zresztą widać na załączonym obrazku:


Aby wziąć udział w konkursie, wyślijcie do mnie odpowiedź na poniższe pytanie (mój mail po prawej) i koniecznie zaznaczcie, w którym kinie chcielibyście wziąć udział w ENEMEFie, oraz podajcie swoje imię i nazwisko.

Kiedy wymyślono termin "sci-fi" (nie mylić z "science-fiction" i "SF/S-F"!) i po co był on komukolwiek potrzebny?

Konkurs potrwa do wtorku 13.08.2013, zwycięzców powiadomię mailowo.

Szczegóły imprezy znajdziecie tutaj.



poniedziałek, 29 lipca 2013

Girlsy, gorzała i giwery, czyli San Diego Comic-Con 2013

Comic-Con to w rzeczy samej spełnione marzenie każdego miłośnika popkultury, a zarazem istne piekło. Bo gdzie indziej jednego dnia można posłuchać Davida Duchovnego i Gillian Anderson, obejrzeć "Escape Plan", przejść się po scenografii z "Gry Endera", pograć w nowe "Assassin's Creed" i kupić torbę komiksów? Ano właśnie. Lecz żeby zaliczyć wszystkie wymienione punkty programu, trzeba odstać swoje w niekończących się kolejkach, mieć portfel wypchany zielonymi, a i trochę zwyczajnego szczęścia nie zawadzi. Oto dziesięć rzeczy, które trzeba wiedzieć, zanim poleci się do San Diego.


1. Mityczne kolejki naprawdę istnieją. Żeby dostać się na panel o dziesiątej rano, trzeba ustawić się przed wejściem minimum o drugiej, trzeciej w nocy. Na spotkanie z obsadą "Żywych trupów" czekało ponoć kilkanaście tysięcy ludzi. Dodam, że największa z hal mieści niecałe siedem.

Na panel "Sons of Anarchy" czekałem tylko trzy godziny
2. Nie licz, że przybijesz piątkę z legionem swoich ulubionych filmowców czy komiksiarzy. To nie jest tak, że na Comic-Con co chwilę mija się Jossa Whedona albo Mike'a Mignolę. Po autografy też trzeba wystawać w kolejkach.

Czasem jednak trafi się śniadanie z Darylem
3. Cosplay to cholernie duże rozczarowanie. To, co oglądamy w necie, czyli roznegliżowane dziewczyny o figurach modelek wciśnięte w obcisłe, wykonane z ogromną dbałością o szczegóły stroje naszych ulubionych bohaterów komiksowych stanowią niewielki odsetek wszystkich kostiumów - większość to straszliwa tandeta.

Cosplay - you're doing it right

4. Zaplanuj wszystko z wyprzedzeniem. Jeśli nie chcesz pozbyć się zbyt wielu średnich krajowych, zaplanuj lot parę miesięcy wcześniej, a zakładając, że nie uśmiecha ci się mieszkać kilkanaście kilometrów od centrum, hotel zarezerwuj już teraz. No i licz na łut szczęścia, że w ogóle uda ci się kupić bilet - tegoroczne wejściówki wyprzedały się w ciągu dziewięćdziesięciu minut. Nawet i bez akredytacji jest co robić, bo atrakcji pobocznych otwartych dla wszystkich jest całe mnóstwo (pod budynkiem głównym wyrasta istne miasteczko), ale jednak lepiej mieć ją w zanadrzu.

5. Nie pękaj, że San Diego cię przytłoczy. Miasto jest świetnie skomunikowane, na Comic-Con dowożą specjalnie wynajęte autobusy, zaś zgubić się w centrum to prawdziwa sztuka.

Jakby co, Aquaman służy podwózką
6. Nie jest aż tak drogo. Zdziwiłem się, że za taksówkę z lotniska do hotelu zapłaciłem niewiele drożej niż za podobną trasę poprzedniego dnia w Polsce, zaś dwudaniowy obiad w porządnej knajpie kosztuje mniej więcej tyle, co w restauracji o podobnym standardzie w jednym z naszych pięciu największych miast.

7. Comic-Con to prawdziwe święto. Skala tej imprezy jest bezprecedensowa. Owszem, wkrada się przez to organizacyjny chaos, zaś tłok niekiedy przybiera niewyobrażalne wręcz rozmiary, lecz panuje tam niesamowity klimat (aż chce się śpiewać integracyjną "Odę do radości") i nawet towarzystwo stu trzydziestu tysięcy spoconych geeków jest rzeczą po prostu piękną.

Comic-conowy plecaczek, po którym poznasz geeka
8. Exclusive'y idą jak woda. Chciałem sobie kupić limitowaną figurkę Jasona Voorheesa. Comic-Con rozpoczął się w czwartek w samo południe, kolega miał ją dla mnie nabyć zaraz po otwarciu bram, pojawił się około piętnastej i nie ostała się już żadna sztuka.

Zawsze można kupić sobie własnego Slaja
9. Szperaj w sieci za rozmaitymi ciekawostkami. Sam Comic-Con to jedno, ale poszczególne studia czy wydawnictwa organizują własne imprezy, na które trzeba zdobyć osobne bilety, często zresztą darmowe; ja w ten sposób wbiłem się na chociażby na pokaz fragmentu nowego "Godzilli" i wystawę poświęconą japońskiemu monstrum.

10. Program jest wspaniały. Naprawdę. Comic-Con oferuje więcej, niż jesteście w stanie ogarnąć; jako pierwsi na świecie zobaczycie mnóstwo świetnych materiałów, no i przyjeżdża tam każdy, kto się liczy w w mainstreamowym kinie, serialach, komiksie (oczywiście poza Alanem Moorem). Szkoda, że nie mogę słowami (lub zdjęciami - przeważnie uczęszczałem na imprezy zamknięte i konferencje prasowe, gdzie nie wolno było nic ani nikogo fotografować) oddać kopa, jaki daje Comic-Con. Po prostu tam jeźdźcie.

How I met your favourite actors

piątek, 12 lipca 2013

Tydzień w kinie - "Wielkie wesele"

Już w pierwszej scenie Robert De Niro z zapałem godnym jurnego nastolatka nurkuje pomiędzy nogami Susan Sarandon i zostaje nakryty, niczym niepokorny uczniak zabawiający się z dziewczyną we własnej sypialni mimo obecności rodziców, przez swoją byłą żonę, graną tutaj przez Dianę Keaton. Niejakie zakłopotanie towarzyszące żenującym pierwszym minutom „Wielkiego wesela” wzmaga się, im dalej w film. Dość powiedzieć, że najwięcej energii ma właśnie nieustannie świntuszący i ewidentnie znakomicie czujący się w skądinąd nie najlepiej napisanej roli podstarzałego konesera kobiecych wdzięków De Niro. Reszta – bądź co bądź gwiazdorskiej – wielopokoleniowej obsady zachowuje grację słonia w składzie porcelany. Z drugiej strony, nie ma tutaj nic do grania, nie ma też nic od oglądania.

Wielkie wesele (2/10)

Rozwiedziona, lecz nadal czująca do siebie miętę para, Don i Ellie, z okazji nadchodzącego ślubu jednego ze swoich synów, adoptowanego Alejandro, przez parę dni znowu muszą udawać zgodne małżeństwo. O zachowanie pozorów prosi ich własne dziecko, zaniepokojone, iż jego biologiczna matka, zagorzała katoliczka, mogłaby przeżyć szok, wiedząc, że człowiek rozdzielił coś, co złączył sam Bóg. Jakkolwiek wątek ten sam w sobie jako tako jest w stanie się wybronić – to klasyczna komedia pomyłek – to cała reszta wprowadza niepotrzebną konfuzję, rozmieniając i tak już wątły efekt komiczny na drobne. Bodaj najbardziej uciążliwa jest jednak wtórność scenariusza i nawet nie rzecz w tym, że „Wielkie wesele” to remake francusko-szwajcarskiego filmu sprzed paru lat, lecz w upartym powtarzaniu dawno już zwietrzałych żartów; to nie szampańska zabawa z wielopiętrowym tortem w tle, ale maraton sucharów. Jest tutaj i prawiczek, któremu ślinka cienie na widok młodej Kolumbijki, i ekscentryczny ksiądz, i finałowy spicz motywacyjny, i jeszcze komuś powinie się noga i wpadnie z pluskiem do wody. Boki zrywać.

Od premiery „Choć goni nas czas” minęło już sześć lat i scenarzysta tamtego hitu, a reżyser „Wielkiego wesela” Justin Zackham przez te kilkadziesiąt miesięcy odpoczywał od kina, i kiedy wreszcie obudził się z letargu, nakręcił film, którego oglądać się nie da. Szkoda aktorów tej klasy na takie barachło, rzecz nieśmieszną – choć poczucie humoru to oczywiście kwestia w kinie subiektywna jak żadna inna – i popełniającą niewybaczalny grzech w postaci pozbawionego wyobraźni recyklingu cudzych pomysłów.

Recenzja ukazała się także w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".

piątek, 28 czerwca 2013

Tydzień w kinie - "Człowiek ze stali"

Ależ mi głupio. Przez ostatni tydzień złorzeczyłem w myślach ludziom narzekającym na "Człowieka ze stali", a teraz sam pokornie do nich dołączam i posypuję łeb popiołem. Kino raz po raz dowodzi, że nie ma zamiaru przestać mnie zaskakiwać, szkoda jednak, iż odbywa się to kosztem mojego zdrowia i skołatanych nerwów. Dawno już nie widziałem porażki tak spektakularnej, jak film Zacka Snydera.

Człowiek ze stali (4/10)

Potrafię - jak każdy kinoman - przymknąć oko na scenariuszowe bzdury i bzdurki usprawiedliwiane konwencją, nie krzywię się, kiedy w akcyjniaku żadna z setek wystrzelonych w kierunku naszego bohatera kul nie ląduje w jego głowie, i nie wygrażam pięścią w kierunku ekranu, gdy kolejna komedia romantyczna kończy się jak tysiące innych, ale bzdetów sobie wciskać nie dam. "Człowiek ze stali" ma bodaj najsłabszy scenariusz ze wszystkich blockbusterów, jakie w tym roku widziałem, i wcale nie chodzi mi o rzeczy pozornie oczywiste, o których głośno w recenzjach (pozwolę sobie na dygresję: na przykład zsyłka niepokornego generała Zoda do swoistego kosmicznego czyśćca wcale nie była taka głupia, jak się wydaje; pamiętajmy, że Kryptończycy to konserwa ślepo wierząca w ustanowioną przez siebie literę prawa i nawet w obliczu masowej zagłady nie sprzeciwiają się swoim zasadom moralnym, co się chwali. No i skazanie Zoda na całą wieczność spędzoną w czarnej dziurze, w kompletnej nicości, to kara po stokroć gorsza niż bezbolesna śmierć), ale o jego irytującą powierzchowność. Nie będę jednak wypunktowywał nonsensów, bo nie w tym rzecz i żadna to zabawa kopać leżącego.

Niejako przedłużając linię myślową Mankiewicza, który chciał w Supermanie zobaczyć mesjasza narodów, Goyer w oczywisty sposób sięga po metaforę biblijną i wypełnia białe plamy z życiorysu Człowieka ze stali. Tak jak trudno orzec, co porabiał przez parę ładnych lat Jezus po osiągnięciu pełnoletniości, tak też i pierwsze kroki Supermana wykonane ku dorosłości dla wielu z nas, nawet jako tako obytych z mitem, pozostają tajemnicą. Film Snydera staje się więc w tym świetle swoistym apokryfem; apokryfem, który ja odrzucam, zwracając się ku dogmatom. Nie oznacza to, że dokonała się jakaś rewolucja i obrażam się, bo pozmieniano to i owo, nie, to jest adaptacja dość luźna, ale i jednocześnie wierna kanonowi; jej problem polega na tym, iż stoi w rozkroku pomiędzy mętnym i nijakim. Zabrakło zdecydowania i odwagi, żeby pociągnąć te WIELKIE TEMATY (przecież historia Supermana to samograj, mamy tu wszystko, co potrzeba, żeby nawiązać do obecnej sytuacji społeczno-politycznej, od ksenofobii do terroryzmu, ale Goyer/Nolan/Snyder jedynie markują, że chcą w swoim filmie poruszyć którąkolwiek z tych kwestii, są one ledwo zarysowane, maźnięte, nieśmiało dotknięte opuszką palca) i wypełniono czas ekranowy nudną napierdzielanką, którą w tak dużych ilościach toleruję chyba tylko na konsoli, kiedy mam kontrolę nad ciosami swojej postaci. Problem też sprawiła mi moja postawa, bo, i nie mówię tego, żeby epatować tanią sensacją, kupowałem większość argumentów Zoda i w gruncie rzeczy uważam, że miał facet sporo racji, choć zbyt radykalnie podszedł do sprawy, ale na jego miejscu dążyłbym do (mniej więcej) tego samego.

To był dla mnie naprawdę przykry seans. Rozumiem, że DC i Warner nie mogli pójść w stronę radosnych widowisk Marvela i musiano pociągnąć nolanowską wizję komiksowego świata, ale przy okazji Batmanów było o czym pogadać, te filmy rozgrzewały serducho. Nie twierdzę, że zawinił sam Superman, bo nie jest to, wbrew powszechnej opinii, harcerzyk, o którym nie da się powiedzieć niczego ciekawego. Da się, i to jeszcze jak - wystarczy sięgnąć po komiksy mojego ulubionego Byrne'a czy też świeżutkiego na naszym rynku Morrisona. Ba, nawet wydawane niegdyś przez TM-Semic popierdółki w wykonaniu Jurgensa były bardziej zajmujące. Straszny zawód, rozczarowanie roku. A może bulwersuję się, gdyż po prostu chciałem zobaczyć Lexa Luthora, przebieranki w budce telefonicznej i lokomotywy zatrzymywane jednym palcem? Kto to wie...

piątek, 24 maja 2013

Tydzień w kinie - "Drugie oblicze"

Zamknięty w przeszło dwóch godzinach epicki tryptyk Dereka Cianfrance'a jest o krok od wielkości przynależnej prawdziwie amerykańskiej sadze. Zabrakło niewiele, lecz nie wolno „Drugiego oblicza” traktować w kategorii ambitnej porażki, nic bardziej mylnego; to przemyślane i konsekwentnie wyegzekwowane kino traktujące przede wszystkim o bezsilności, która, niejako paradoksalnie, staje się motorem napędowym wszelkiego działania, iskrą wzniecającą ogień zdolny oparzyć jeszcze następne pokolenia. Ojcowska przewina jawi się niczym stempel na synowskim czole; grzechu nie da się wymazać nawet i setką dobrych uczynków, zdaje się mówić Cianfrance, odpowiedzialnością za własne czyny obarczamy nie tyle siebie, co tych, którzy przyjdą po nas.

Drugie oblicze (7/10)

Luke Glanton ma w sobie coś ze stęsknionego kowboja pędzącego za amerykańskim mitem wolności doskonałej; w podkoszulku Metalliki podróżuje od miasta do miasta z objazdowym cyrkiem, popisując się przed gawiedzią motocyklowymi sztuczkami. Nie trzyma się go pieniądz, a i jemu trudno zahaczyć się w jednym miejscu. Przypadkiem dowiaduje się, że dziewczyna, z którą przespał się rok wcześniej, urodziła jego dziecko i z miejsca porzuca dawne życie, chcąc zapewnić godziwy byt synowi i jego matce. Nie przyjmuje do wiadomości, że jest w gruncie rzeczy zbędny, bowiem po raz pierwszy czuje się faktycznie potrzebny; zaczyna rabować banki po części z potrzeby łożenia na utrzymanie syna, a po części z chęci udowodnienia samemu sobie, że nie jest kolejnym przegranym frajerem.

Los spycha Luke'a, choć tylko na moment, na ścieżkę Avery'ego Crossa, młodego gliniarza patrolującego ulice, i historia bierze zakręt – nie ostatni! – zaś na pierwszym planie pozostaje właśnie policjant. Pozornie jego życie znajduje się na przeciwległym biegunie, ma kochającą żonę, dziecko w drodze, dobrą pracę i zapewnioną protekcję wpływowego ojca, lecz targają nim podobne rozterki, co Glantonem. Kluczem do odczytania filmu jest jednak dopiero trzeci akt, rozpoczynający się piętnaście lat później, opowiadający już o synach Luke'a i Avery'ego, choć ojcowie nadal obecni są gdzieś w tle, pośrednio determinując poczynania swoich dzieci. I to właśnie finał „Drugiego oblicza”, choć nie burzy misternej konstrukcji, stawianej z mozołem przez pierwsze półtorej godziny, wydaje się pośpieszny i niedopracowany; reżyser zbyt prosto i gładko wykłada swoją tezę, o której mowa na początku omówienia filmu. Cianfrance szczęśliwie nie próbuje mędrkować na temat moralnej oceny czynów obu mężczyzn, pozostawiając ją widzowi; wyważony, daleki od pretensjonalnej ostentacji relatywizm jest bodaj najmocniejszą stroną „Drugiego oblicza”.

Zderzony z tak ambitnym projektem w zaledwie trzecim swoim filmie pełnometrażowym, Cianfrance wychodzi z potyczki z tarczą, co pozwala myśleć, że w najbliższych latach ma szansę stać się jednym z najciekawszych reżyserów amerykańskich. A może nawet już nim jest.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika. Gazety Prawnej".

sobota, 18 maja 2013

Tydzień w kinie - "Wielki Gatsby"

Bam. Bum. Łup. Onomatopeje rodem z komiksu znakomicie posłużą za opis hucpy, jaką uraczył nas Baz Luhrmann. Jego film jest pierwszym od dawna przykładem spektaklu tak złego, że aż zęby bolą, który koniecznie trzeba zobaczyć. Zamiłowanie reżysera do szpanerskiego festyniarstwa ruguje z powieści Fitzgeralda praktycznie wszystko, co stanowiło o jej wyjątkowości; „Wielki Gatsby” ver. 2.0 to ledwie fatalistyczna historyjka miłosna w mgiełce konfetti.

Bania u Gatsby'ego do rana
Wielki Gatsby (5/10)

Lubię rzeczy ładne, choć niefunkcjonalne. Lubię mieć w domu coś fajnego, ale zupełnie niepraktycznego. Lubię też i piękne, choć puste filmy, bo zwyczajny zachwyt przebojowością obrazu jest przecież esencją kina. Nie lubię jednak, kiedy wiejskie wesele w remizie strażackiej próbuje mi się sprzedać jako bal u księcia z bajki. Nie lubię też, kiedy kamerę daje się tandeciarzowi przyczepiającemu do zderzaka białe baloniki i sypiącemu z okna wynajętego mercedesa cukierki, a taki właśnie jest Baz Luhrmann. „Wielki Gatsby” to, za przeproszeniem, burdel niepojęty; pierwsza połowa filmu jest wręcz duchowym remakiem „Spider-Mana 3” – ten sam chaos, ta sama karykatura, ten sam Tobey Maguire odstawiający Petera Parkera. Przerysowanie jest skrajne, niektóre sekwencje przypominają wręcz aktorską odmianę pływania synchronicznego, lecz ta hiperbola nie służy absolutnie niczemu, to istna wata dla oczu. Luhrmann popełnia przy tym masę szkolnych błędów i decyduje się na niezrozumiałe dla mnie posunięcia, poczynając od idiotycznej i konfundującej ramy fabularnej, którą jest pobyt głównego bohatera, Nicka Carrawaya, na odwyku, gdzie zaczyna pisać, a jakżeby inaczej, „Wielkiego Gatsby'ego”, a na irytująco ilustracyjnym opisie narratora kończąc – głos z offu relacjonuje nam w wielu scenach to, co widzimy na ekranie.

A to nie wszystko, lecz wymieniać musiałbym jeszcze długo, poprzestanę więc na jednym tylko przykładzie, który wzbudza sporo emocji, czyli wykorzystaniu w filmie muzyki współczesnej, co prowadzi do absurdalnych sytuacji („Zatańczmy charlestona”, mówi jedna z bohaterek, z głośników zaczyna walić pop-hip-hop; po scenie imprezowej Gatsby rzuca uwagę w rodzaju „O, widzę, że lubicie jazz”), a co tłumaczyłem sobie chęcią oddania klimatu tamtych lat, bo być może, według Luhrmanna, współczesny widz nie będzie w stanie zrozumieć szaleństwa i dekadencji wystawnych przyjęć Gatsby'ego, jeśli zamiast pulsującego beatu w uszach piszczeć mu będą trąbki. Kupowałem pokrętne tłumaczenie Sophii Coppoli, która swojej Marii Antoninie kazała bawić się przy młodzieżowych przebojach – co miało ukazać ją jako, ekhm, zwyczajną nastolatkę – lecz tutaj zasadności takiego zabiegu nie widzę. Ba, mało co nosi u Luhrmanna znamiona przemyślanej decyzji, to istny chaos inscenizacyjny, do tego wyprany z emocji. Kolega napisał w recenzji, że być może pustka jest kluczem do odczytania tego filmu i językiem nowego pokolenia, ale jeśli to faktycznie prawda, ja wysiadam.

Jeżdżę po „Wielkim Gatsbym” jak po łysej kobyle, ale jednak, jak widać powyżej, ocenę dałem całkiem wysoką, zaś do obejrzenia zachęcam. I to nie tyle z powodu boskiego Leo, który w pełni zdaje sobie sprawę z idiotyzmu, z którym przyszło mu się zmierzyć, i ewidentnie dworuje sobie z Luhrmanna; jego rola jest pysznie ekspresyjna i przegięta. Zachęcam, bo mimo całej tej nieudolności, którą film epatuje, siedziałem na fotelu z rozdziawioną japą i patrzyłem na ekran z radochą podobną do tej, z jaką patrzy się na kogoś, kto próbuje ułożyć układankę, dysponując puzzlami z paru różnych pudełek.




wtorek, 14 maja 2013

"Wielki Gatsby" - konkurs!

Bardzo, ale to bardzo jestem ciekaw, co też Baz Luhrmann zrobił z arcydziełem literatury amerykańskiej; przekonam się w już ten piątek i pełen obaw wypatruję seansu. Aby czytającym mojego bloga osłodzić oczekiwanie, proponuję napisać do mnie maila (adres po prawej) z prawidłową odpowiedzią na poniższe pytanie. I tylko tyle potrzeba, żeby mieć szansę na wygranie egzemplarza nowego wydania książki F. Scotta Fitzgeralda "Wielki Gatsby" z okładką filmową. Do rozdania mam pięć sztuk. Oto i pytanie:


Jaki tytuł pierwotnie chciał Fitzgerald nadać swojej powieści?

Konkurs potrwa do 19.05.2013; zwycięzców powiadomię mailowo.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Seans bez powodu - "The Last Stand"

Wybite żelazną piąchą zęby latają w powietrzu, spod kół wzbijają się tumany kurzu, opony ślizgają się po żwirze, kule lądują równie celnie, co sążniste fucki, zaś jucha tryska aż miło, choć komputerowa. No nie ma się do czego przyczepić. He is naprawdę back.

The Last Stand (7/10)

Dziesięć lat minęło bynajmniej nie jak jeden dzień. Przez tę dekadę kariera gubernatora Arnolda zdążyła zgasnąć tak samo spektakularnie, jak rozbłysła, i ze stołkiem Szwarcy pożegnał się w atmosferze obyczajowego skandalu. Naparzał się z przystojniakiem z kosmosu, latał z mieczem po pustyni i dokopał nawet samemu szatanowi, ale papierologii i przeciwnikom politycznym rady nie dał. Kto czytał niedawno wydaną u nas autobiografię Arniego, ten wie, że facet potrafi poradzić sobie, nie tylko waląc oponenta po gębie czy ładując mu kulkę między oczy, choć wydaje się, iż właśnie to wychodzi mu najlepiej. „The Last Stand” (odmawiam popularyzowania idiotycznego tytułu polskiego) udowadnia dobitnie, że Schwarzenegger nie zgnuśniał za dębowym biurkiem, palone namiętnie cygara jeszcze mu płuc nie wyżarły, zaś wrzucane przez niego na Facebooku fotki, na których raźno śmiga na rowerze, to nie zagranie pod publiczkę, lecz sama prawda; choć na karku ma już szósty krzyżyk, Arnie zadyszki nie łapie i pierze rzezimieszków jak dawniej.

„The Last Stand” to film dla gatunku symptomatyczny, jeden z tych akcyjniaków, po obejrzeniu których wzdycha się, odstawia pustą butelkę po wypitym właśnie piwku i mruczy pod nosem, że takich rzeczy już nie kręcą. Płytkę można z lekkim sercem postawić na półce gdzieś pomiędzy „Jak to się robi w Chicago” i „Czerwoną gorączką”, choć do takiego wniosku nie doszedłem od razu, bowiem pierwszy akt jest wybitnie rozczarowujący. Snują się po ekranie i snują, zamiast strzelać, ale po jakiejś pół godzinie, kiedy wreszcie do miasteczka, któremu Szwarcy szeryfuje, wjeżdża element i zaczyna robić gnój, nie ma przebacz. Not in his town. Not on his watch.

Epickich momentów parę jest – znakomicie sfilmowany pościg samochodowy w łanach zboża, koszenie wrażych zastępów za pomocą działka maszynowego czy finałowe starcie na moście – i dialogi dają radę, ale nosem też można pokręcić. Odniosłem wrażenie, jakby filmowi zabrakło ducha, jakby to wszystko było aż nazbyt wykalkulowane, jakby każdy na planie odwalał tylko swoją robotę i nie wkładał w nią serca, jakby nie dano reżyserowi (skądinąd znakomitemu) rozwinąć skrzydeł i, wreszcie, jakby kult Arnolda potraktowano nieco po macoszemu. Sam jestem niezmiernie ciekaw, jak film odbiorą moi bracia i siostry w wierze.

Z niecierpliwością czekam na kolejne dzieła ze Szwarcem, bo zdaję sobie sprawę, że to ostatnia prosta dawnych wyczynowców i nie ominę żadnej okazji, żeby raz jeszcze móc wybrać się do kina na film z Arnoldem czy Slajem, a z której to możliwości w pierwszej połowie roku polskich widzów niecnie ograbiono. „The Last Stand” można już zamawiać w pre-orderze, do czego zachęcam. Polskie wydanie pojawi się w sklepach zapewne jeszcze przed wakacjami.


piątek, 12 kwietnia 2013

"John ginie na końcu" - konkurs!

Kiedy po raz pierwszy wziąłem do ręki książkę i spojrzałem na okładkę, zdziwiłem się, jak można w ten sposób zdradzić tak istotną informację dotyczącą głównego bohatera. To znakomite zagranie ze strony autora, w końcu przyciąga uwagę jak mało co. Potem przeczytałem powieść i przekonałem się, że to tytuł nieprzypadkowy, jest w nim coś więcej niż pusta sensacja, zapowiada pewną dekonstrukcję przyzwyczajeń czytelniczych - powiedział mi o "John ginie na końcu" Davida Wonga reżyser Don Coscarelli. Dzisiaj do zgarnięcia są dwa egzemplarze powieści, które ufundowało wydawnictwo Replika. Rzućcie okiem na śmiesznie proste pytanie poniżej, napiszcie do mnie maila z poprawną odpowiedzią, a ja chętnie oddam książki w dobre ręce.


Jaki tytuł nosi sequel powieści "John ginie na końcu"?

I tyle. Konkurs potrwa do 15.04.2013, a o książce przeczytacie nieco więcej tutaj. Zainteresowanych odsyłam też do mojego wywiadu z absolutnie kultowym Donem.

niedziela, 31 marca 2013

Tymczasem w księgarniach - "Intryga małżeńska"

Książkę Jeffreya Eugenidesa – gdzie na Felliniego chodzi się do kina nie tylko od święta, a Barthesa czyta do poduszki – można chwilami potraktować na zasadzie ironicznego komentarza do intelektualnej płycizny pokolenia wychowanego na serwisach społecznościowych i stacjach muzycznych, w których nawet nie puszcza się już muzyki. Można, ale wcale nie trzeba, bo i nie o tym „Intryga małżeńska” traktuje; sam autor wywodzi się ze środowiska akademickiego, więc świat przez siebie przedstawiony poznał empirycznie i trudno zarzucić mu ostentacyjną pretensjonalność, choć momentami wydaje się o nią zahaczać. Nie brak też w trzeciej powieści amerykańskiego pisarza wątków autobiograficznych i parę co bardziej oczywistych przykładów można odszukać bez trudu – bohaterowie studiują na prywatnym Uniwersytecie Browna, który Eugenides ukończył w 1983 roku, zaś jeden z chłopaków uwikłanych w uczuciowy trójkąt, tak jak autor, ma w żyłach domieszkę greckiej krwi i zgłasza się na wolontariat u boku Matki Teresy w indyjskiej Kalkucie.


Mitchella i Leonarda – poza faktem studiowania na tej samej uczelni – łączy chyba tylko jedno: Madeleine Hanna, urodziwa koleżanka z sali wykładowej. Ten pierwszy skrycie podkochuje się w dziewczynie od pierwszego spotkania i każdy przyjacielski sygnał z jej strony odbiera opacznie, co wreszcie popycha go do odbycia swoistej podróży w głąb siebie, której wyrazem jest wycieczka do Indii; drugi to zblazowany, ale błyskotliwy inteligent, a pasożytniczą zależność od przyjaciół usprawiedliwia poniekąd postępująca choroba psychiczna. Rozsądek podpowiada Madeleine, iż pewniej czułaby się u boku Mitchella, który przy pierwszej lepszej okazji bez wątpienia padłby jej do stóp, lecz to roztaczający wokół siebie atrakcyjną aurę straceńca Leonard częściej nawiedza myśli egzaltowanej studentki.

Rozgrywająca się w środowisku uniwersyteckim „Intryga małżeńska” – tak jak i poprzednie powieści Eugenidesa: debiutanckie, rozsławione przez film Sophii Coppoli „Przekleństwa niewinności” z 1993 roku oraz nagrodzone Pulitzerem „Middlesex” z 2002 – to nic innego jak opowieść znad krawędzi przepaści; autor uwiecznia stale odkładaną w myślach, ale nieuchronnie zbliżającą się chwilę, kiedy człowiek musi zrobić ten być może najważniejszy w swoim życiu krok naprzód, ku dorosłości jawiącej się niczym bezdenna czeluść.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".

wtorek, 19 marca 2013

Przegląd kina klasy B we Wrocławiu!

Za dwa tygodnie rusza przegląd kina klasy B we wrocławskich Nowych Horyzontach! Rozpiera mnie duma, że organizatorzy właśnie mi powierzyli rolę kuratora imprezy i już nie mogę doczekać się kwietnia. Mam nadzieję, iż mój entuzjazm udzieli się i czytającym tego bloga, bo pojawia się - być może niepowtarzalna - okazja zobaczenia na dużym ekranie Chucka Norrisa i JCVD, tak więc liczę, że spotkamy się już wkrótce na seansach. Nie strzępię paluchów i głos oddaję posterowi imprezy, z którego wyczytacie wszystkie najważniejsze informacje. Po więcej - chociażby opisy prezentowanych filmów i szczegóły konkursu dla filmowców - odsyłam na stronę przeglądu.


sobota, 16 marca 2013

Tydzień w kinie - "Polowanie"

Sztuka Arthura Millera „Czarownice z Salem” jest co prawda alegorią wyrażającą niezgodę autora na makkartystowskie porządki – układanie czarnych list potencjalnych wywrotowców i szaleńczą pogoń za domniemanymi komunistami – ale nawet oderwana od swojego pierwotnego kontekstu społeczno-politycznego i poddana swoistemu rozhermetyzowaniu nadal zachowuje emocjonalną prawdę o masowej histerii. Thomasowi Vinterbergowi udaje się ów obłęd metaforycznego polowania na wiedźmy odwzorować z siłą nie mniejszą niż amerykańskiemu dramaturgowi, choć problematyka jego utworu – niewykluczone, że pośrednio zainspirowanego właśnie dziełem Millera – wyłożona jest z całą dosłownością. Scenariusz „Polowania” powstał w oparciu o wydarzenia prawdziwe, choć jest swoistą kompilacją wielu podobnych i – jak przekonuje reżyser – wcale nierzadkich spraw, które jednak, w społeczeństwie duńskim, ceniącym sobie nade wszystko trwałość obywatelskich więzi oraz świętość domowego ogniska, są wstydliwie zamiatane pod dywan i rzadko upubliczniane w nadziei uniknięcia rozgłosu. Ambicja publicystyczna reżysera ustępuje tutaj miejsca świadomej, artystycznej manipulacji, lecz Vinterberg nie stosuje ani pretensjonalnej hiperboli, ani nie spina swojego filmu klamrą uniwersalizmu, żeby wywołać u widza dokładnie taką reakcję emocjonalną, jaką sobie założył.

Lucas, ślamazarny, kryjący się za oprawkami okularów rozwiedziony pracownik przedszkola (za swoją rolę Mads Mikkelsen otrzymał w pełni zasłużoną nagrodę podczas ubiegłorocznego festiwalu w Cannes) wydaje się być idealnym materiałem na kozła ofiarnego. Stosunkowo łatwo – choć nadal zaskakująco łatwo – więc jego przyjaciołom i znajomym uwierzyć w rzucane mimochodem oskarżenia jednej z obrażonych na swojego wychowawcę małoletnich podopiecznych, które jednoznacznie wskazują na popełnienie przez niego czynu karygodnego i przekroczenie granicy intymnej dziecka. I choć nie istnieją przeciwko niemu żadne niepodważalne dowody, a o rzekomej winie świadczy wyłącznie mętne zeznanie dziewczynki, Lucas zostaje wyrzucony z pracy. Z początku bierny ostracyzm otoczenia stopniowo przeradza się we wściekłą agresję, następuje nieuchronna eskalacja przemocy – najpierw werbalnej, potem fizycznej, kiedy Lucasowi brutalnie zabrania się zrobienia zakupów w lokalnym sklepie. Mężczyzna zostaje naznaczony niemożliwym do starcia piętnem, dostaje etykietkę pariasa, zaś jego faktyczna wina (czy też niewinność) jest bez znaczenia; on sam zaczyna zdawać sobie sprawę, że bez względu na wynik toczącego się postępowania, nie może już liczyć na powrót do status quo. Nienachalna, zasugerowana już w tytule metafora, która powraca w filmie parokrotnie, odnosi się do myśliwskich wypraw, na które Lucas wyjeżdżał z kolegami. Teraz sam stał się obiektem nagonki.

Thomas Vinterberg podejmuje się precyzyjnej, dogłębnej i – co istotne – trafnej analizy działania kolektywnego mechanizmu obronnego polegającego na wykluczeniu i odizolowaniu jednostki zagrażającej wychuchanemu ładowi. Odchodzi jednak od chłodnej obserwacji i tylko pozornie daje widzowi szansę na obiektywizm, stawiając go nie z boku wydarzeń, ale utożsamiając z Lucasem; od początku przecież świadomi jesteśmy jego niewinności. Vinterberg zręcznie manipuluje oglądającym, każąc mu wejść w skórę Lucasa, poczuć jego gniew, złość, rozpacz i bezsilność; zespolenie odbiorcy z bohaterem przeprowadzone zostało w „Polowaniu” bezbłędnie. Niewykluczone, że wywołanie u widza skrajnych reakcji emocjonalnych było nadrzędnym celem reżysera; subiektywizacja przedstawionych zdarzeń maksymalizuje siłę przekazu, ale nawet jeśli to swoisty szantaż, to poddajemy się mu bez oporów.

Mija dopiero pierwszy kwartał, lecz, póki co, film Vinterberga jest mocnym faworytem do miana jednej z najlepszych propozycji, jakie zobaczymy w tym roku w kinach.

Recenzja pojawiła się w marcowym numerze miesięcznika "Kino".

wtorek, 5 marca 2013

"Żywe trupy. Droga do Woodbury" - konkurs!

Już jutro do księgarń trafi przetłumaczony przeze mnie drugi tom powieściowej trylogii osadzonej w znanym z serialu i komiksów Roberta Kirkmana postapokaliptycznym świecie opanowanym przez zombie - "Żywe trupy. Droga do Woodbury". Dzięki uprzejmości wydawcy mam do rozdania parę egzemplarzy. Aby zgarnąć jeden z nich, wystarczy przesłać do mnie maila (adres po prawej) z odpowiedzią na następujące pytanie:

Jak przetłumaczył(a)byś angielski tytuł "The Walking Dead"?

Nie jest ono przypadkowe, bowiem podczas wprowadzania komiksu na nasz rynek tłumacz nie mógł wiedzieć, że ów tytuł odnosi się nie do trupów, lecz ludzi i stąd taki, a nie inny obowiązujący u nas przekład, choć przecież również można go odczytać dwuznacznie; jestem jednak ciekaw alternatywnych propozycji, które być może trafniej oddadzą metaforyczne znaczenie tytułu.

Konkurs potrwa do 10.03.2013.


Plaga zombie zalewa przedmieścia Atlanty. Lilly Caul wraz z przyjaciółmi walczy o przetrwanie, szukając ocalenia w ogrodzonym murem miasteczku Woodbury.

Z początku miejsce wydaje się idealnym schronieniem: za jedzenie płaci się pracą, każdy ma dach nad głową, a otaczająca osiedle barykada skutecznie chroni przed atakami zombie. Nad wszystkim sprawuje pieczę tajemniczy Philip Blake, który każe nazywać się Gubernatorem, a mieszkańcy bez protestów poddają się jego słowom.

Lilly zaczyna jednak podejrzewać, że w rzeczywistości miasto gnije od środka… Kiedy wraz z grupą rebeliantów zdecydują się wydrzeć władzę ze szponów Gubernatora, droga do Woodbury stanie się autostradą prowadzącą prosto do piekła.  (opis wydawcy)

sobota, 16 lutego 2013

Moja oscarowa lista życzeń - 2013

Mogę sobie mówić, że Oscary nic a nic mnie nie obchodzą i całą tę hucpę mam w nosie, ale złapałem się wczoraj na typowaniu zwycięzców - zgaduję, że to silniejsze ode mnie, więc nie mam zamiaru się dłużej opierać i przy śniadaniu kompiluję swoją oscarową listę życzeń. Niektóre kategorie pomijam, bo nie wiedziałbym, jak ocenić montaż dźwięku, nie widziałem niektórych dokumentów czy też nominowanych filmów zagranicznych.


Najlepszy film - "Operacja Argo"

Trochę mi ten film obrzydził panujący wokół niego medialny szum i deszcz nagród, jakim go obsypano, co jednak nie zmienia faktu, że jest to rzecz świetna. Affleck dostarczył.

Pierwszoplanowa rola męska - Joaquin Pheonix ("Mistrz")

Można chwalić dojrzałą rolę Bradleya Coopera i nie sposób nie uchylić kapelusza przed Danielem Day-Lewisem, ale Joaquin Phoenix jest absolutnie b-e-z-k-o-n-k-u-r-e-n-c-y-j-n-y.

Pierwszoplanowa rola kobieca - Jessica Chastain ("Wróg numer jeden") 

Tutaj obsada nie jest tak mocna jak u facetów i Chastain wybrałem po części drogą eliminacji, ale co tam - zasłużyła.

Drugoplanowa rola męska - Philip Seymour Hoffman ("Mistrz")

Nie mam pojęcia, jak Andersonowi udało się to zrobić - dwie najlepsze role męskie roku w jednym filmie; Hoffman rozkłada na łopatki i świetnego Tommy'ego Lee Jonesa, i Christopha Waltza. O reszcie nominowanych nie wspominając.

Drugoplanowa rola kobieca - ?

Nie podejmę się wyboru, bo nie widziałem ani "Nędzników", ani "Sesji".

Najlepszy film animowany - "Frankenweenie"

Żadnych wątpliwości - Tim Burton powraca do wielkiej formy i składa hołd moim ukochanym horrorom z Universalu. Kibicuję!

Zdjęcia - Roger Deakins "Skyfall"

Konkurencja bardzo mocna, bo świetnie poradził sobie Kamiński ze statycznym w końcu "Lincolnem", a i Deakins nadał "Skyfall" niebywałej dynamiki, ale jednak stawiam na Mirandę - za lukier dla oczu.

P.S. Przemyślałem sprawę - jednak Deakins!

Montaż - ?

Próbuję, próbuję, ale nie mogę się zdecydować. Muszę jeszcze podumać.

Najlepszy scenariusz oryginalny - Quentin Tarantino ("Django")

Nie mam pewności, czy to faktycznie najlepszy scenariusz, ale na pewno najbardziej oryginalny.

Najlepszy scenariusz adaptowany - Chris Terrio ("Operacja Argo")

Znam dość dobrze losy akcji przeprowadzonej przez Mendesa i zmiany zaprowadzono dokładnie tam, gdzie były one potrzebne, a całą historię odpowiednio podrasowano, jednocześnie dochowując jej wierności.

That's all folks. Oscary zostaną rozdane dwudziestego czwartego lutego.


piątek, 1 lutego 2013

Tydzień w kinie - "Lincoln"

Film nie mógł wejść do naszych kin w lepszym momencie – dziś mija kolejna rocznica ratyfikowania trzynastej poprawki do amerykańskiej konstytucji przez pierwszy ze stanów.

Lincoln (7/10)

Spielberg uzmysławia, jak długa i wyboista droga prowadziła do takiego zwieńczenia wieloletnich starań szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego gabinetu. Trwający dwie i pół godziny spektakl jest zapisem ostatnich czterech miesięcy z życia Abrahama Lincolna, którego obie kadencje przypadły na bodaj najczarniejszy okres w historii kraju. To czas wojny domowej, politycznych przepychanek i lawirowania pomiędzy ryzykownymi decyzjami, czas negocjacji i forteli. Dlatego momentami film przypomina nie biograficzny dramat, ale trzymający w napięciu thriller, choć Spielberg nie posuwa się do efekciarskich sztuczek charakterystycznych dla hollywoodzkiego kina gatunków, dochowując wierności swojej wizji. A wizja to na pierwszy rzut oka jakby nie w jego stylu, bo statyczna, zamknięta w czterech ścianach biur i sal posiedzeń, daleka od rozbuchanych widowisk, do których zdążył już widza przyzwyczaić. Nie jest to jednak symptom starczego uwiądu reżysera, ale działanie rozmyślne i w zgodzie z pomysłem opracowanym już dawno – „Lincoln” to wymarzony projekt Spielberga, który wykiełkował w jego głowie kilkanaście lat temu. Nie było łatwo doprowadzić do jego realizacji: scenariusz wielokrotnie przepisywano, wytwórnia miała obiekcje co do wysokości budżetu, po śmierci żony z udziału w filmie wycofał się Liam Neeson, który miał zagrać główną rolę. Starania te z nawiązką zrekompensował świetny wynik finansowy filmu w USA oraz dwanaście nominacji do Oscara, w tym w kategoriach prestiżowych, i nie sposób odmówić Akademii racji co najmniej w przypadku wyróżnienia Daniela Day-Lewisa – zwolennika metody aktorskiej polegającej na zespoleniu się z graną przez siebie postacią – który faktycznie zachwyca. Za to można mieć pewne wątpliwości co do przedstawienia samego Lincolna, bo choć jest on iście fascynującą osobowością, zbyt często jawi się tutaj niczym dobry wujek, pogodny i życzliwy pan po pięćdziesiątce. Nie ma w nim żadnej ambiwalencji, raczej stosunkowe nieskomplikowanie charakteru i chyba tylko fenomenalna kreacja Day-Lewisa wynosi filmowego prezydenta ponad przeciętność. O ileż lepiej, choć nadal dość chłodno, napisany jest ekscentryczny Thaddeus Stevens, radykalny republikanin i zajadły przeciwnik niewolnictwa, zagrany brawurowo przez Tommy'ego Lee Jonesa.

Za to niezmiennie doskonałe są – stanowiące w końcu fundament „Lincolna” – sceny dialogowe, z wyczuciem fotografowane przez Janusza Kamińskiego, którego kamera pozostaje w ciągłym ruchu, dzięki czemu udało się uniknąć telenowelowej formy narracji i nieznośnych zbliżeń na twarze mówiących i film szczęśliwie daleki jest od nudnego wykładu z historii. Ba, wolno nawet zarzucić Spielbergowi zbytni perfekcjonizm, fetyszystyczne zamiłowanie do scenograficznego detalu, demonstracyjny zachwyt słowem i obrazem, może nawet zbytni akademizm, ale jednak to mistrz snucia epickich opowieści i w każdej sekundzie daje widzowi do zrozumienia, że ten jest świadkiem wydarzeń, które zmienią na zawsze kurs całej kultury zachodniej.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".


środa, 23 stycznia 2013

Tydzień w kinie - "Django"

Objazdowy teatrzyk filmowy pana T. zawitał i do nas. Pojedynki na rewolwery i na słowa, skomponowana w większości ze starych numerów i fragmentów różnych soundtracków - ale zawsze z wyczuciem - ilustracja muzyczna, masa mniej lub bardziej wyrafinowanych cytatów, nawiązań i ciągów skojarzeniowych, łączących film z innymi dziełami gatunku, znane twarze przewijające się nawet w epizodach.

Czyżbyśmy znali już wszystkie sztuczki Quentina Tarantino? Bynajmniej.

Django (8/10)

Narzędzia krytyczne czasem zawodzą i zaczynając pisać o niektórych filmach, czuję się tak, jakbym próbował wpasować trójkątny klocek w kwadratowy otwór. Bo moja praca - jak mówił niegdyś Zygmunt Kałużyński - polega na tysiąckrotnym powtórzeniu tego samego, ale innymi słowami, zaś w przypadku Tarantino, tak po prawdzie, nie zostało już wiele do opowiedzenia. Można oczywiście bawić się w wypisywanie popkulturowych nawiązań i podniecać, że gdzieś tam przez ułamek sekundy na drugim planie śmignął weteran włoskich westernów, ale nie o to przecież chodzi. Można powtórzyć te wszystkie komunały o świetnych dialogach i naturalistycznej przemocy. Można pisać też, że Christoph Waltz kseruje swoją rolę z "Bękartów wojny", Tarantino zaś nakręcił swój bodaj najbardziej skonwencjonalizowany i hollywoodzki film w karierze. Zapewne to wszystko znalazło się już w dziesiątkach recenzji.

Mnie bardziej interesuje przewijający się w tekstach krytycznych o "Django" wniosek, z którym zgodzić się nie mogę, jakoby Tarantino sięgnął po publicystykę; oczywiście w swoim stylu, ale jednak - chodzi oczywiście o sam temat niewolnictwa, brutalne sceny znęcania się plantatorów nad swoją własnością i grzęznący w gardle śmiech podczas oglądania tychże. Nie przychylam się do podobnych konstatacji z prostego powodu - Tarantino nade wszystko ukochał kinowy spektakl i to właśnie widowisku podporządkowuje nawet ambicje krytyczne. Nawias, w który bierze to, co pokazuje, jest tak duży, że przysłania jakąkolwiek wartość publicystyczną dzieła - tak było zresztą i w przypadku "Bękartów wojny" - zastępując ją gniewną popową fantazją, której wrażliwość emocjonalna oscyluje na poziomie nastolatka. Nie jest to z mojej strony zarzut, w żadnym razie, gdyż mam całkowitą pewność, że Tarantino doskonale wie, co robi, i robi to wyśmienicie - chociażby finałowa strzelanina w "Django" to prawdziwy majstersztyk dorównujący podobnym scenom w uwielbianych przeze mnie westernach, tyle że poddana abstrakcyjnej wręcz maksymalizacji - jednak wpisywanie tego krwawego cyrku w większą problematykę wykraczającą poza grunt popkultury jest pewnym nadużyciem, choć dostrzec można tutaj zalążek polemicznej, aczkolwiek nieco sztubackiej, dyskusji o hollywoodzkiej historiozofii.

Bodajże klasyk kina eksploatacyjnego "Ilsa - wilczyca SS" z Dyanne Thorne rozpoczyna się słowami, iż film ten powstał, żeby koszmar holocaustu nie powtórzył się już nigdy więcej. Podobna deklaracja, tyle że dotycząca niewolnictwa, mogłaby otwierać i "Django", co znakomicie zobrazowałoby publicystyczny poziom dzieła i intencjonalną niefrasobliwość w podejściu do trudnej przecież problematyki, ale z drugiej strony filmowi cynizmu zarzucić nie można. To przecież tylko stare dobre kino zemsty.

sobota, 19 stycznia 2013

Smacznego, telewizorku - "Świat bez końca"

Na iście pastelowe średniowiecze, które oglądamy w „Świecie bez końca”, mogą krzywić się historyczni puryści; wiadomo, nie w kinie czy telewizji należy szukać bezwzględnej prawdy na temat ówczesnych realiów, lecz niefrasobliwość, z jaką twórcy podeszli do przesadnie wymuskanej stylizacji, może wywołać niezamierzony efekt komiczny. Jest to jednak wada, na którą można stosunkowo łatwo przymknąć oko, gdyż miniserial firmowany nazwiskami braci Ridleya i Tony'ego Scottów, oparty na monumentalnej powieści Kena Folletta, trzyma przed telewizorem z siłą poprzednika.

Świat bez końca (7/10)

„Świat bez końca” jest nominalnym sequelem udanych „Filarów Ziemi”; nominalnym, bowiem akcja ma miejsce sto pięćdziesiąt lat później i obie historie są od siebie na tyle odseparowane, że można je oglądać w dowolnej kolejności, mimo że niektóre z postaci pojawiających się w omawianym tytule są potomkami poznanych wcześniej bohaterów. Skala wydarzeń z początku wydaje się mniejsza, gdyż chodzi nie o budowę katedry, a mostu. Jednak polityczne zawirowania wojny stuletniej wciągają także i Kingsbridge, które staje się kością niezgody dzielącą nie tylko lokalnych teokratów, dziedziców i uzurpatorów, ale i królewski dwór. I tak młodzi kochankowie zostaną rozdzieleni, bracia skłóceni, niewygodni gracze otruci, a od manipulacji i intryg może rozboleć głowa. Zadziwiające, że w „Świecie bez końca”, mimo niemal baśniowej scenografii i urodziwych aktorów pierwszego planu, próżno szukać światła nadziei dla prawych i sprawiedliwych, którzy co i rusz dostają od losu kopniaka, a tryumfują niegodziwcy. Podświadomie jednak zdajemy sobie sprawę, że ci niepokorni, niewyrażający zgody na knowania wójta i plebana, wreszcie muszą się podnieść z klęczek; „Świat bez końca” to w końcu film o narodzinach buntu i świadomego obywatelskiego nieposłuszeństwa. I nawet okropny schematyzm ostatniego odcinka nie jest w stanie zmazać dobrego wrażenia pozostawionego przez trzy poprzednie.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Tydzień w kinie - "Jackpot"

Oscara Svendsena poznajemy w policyjnym pokoju przesłuchań. Zaledwie kilkadziesiąt minut wcześniej znaleziono go w przygranicznym sex shopie, przygniecionego zwłokami otyłej striptizerki z klubu obok, do tego ze strzelbą w ręce. Podłogę sklepu zaściełają trupy, a on sam utytłany jest w zakrzepłej krwi. Żaden z niego kryminalista, raczej gość, który nie za bardzo radzi się z życiem i do gangsterki drygu nie ma, ale jednak wszystkie okoliczności wskazują, że jest winny. Nie dość, że pracuje w zakładzie produkującym sztuczne choinki, gdzie zatrudnia się recydywistów, to jeszcze do spółki z trzema złodziejami zgarnął dzień wcześniej w zakładach sportowych prawie dwa miliony koron. Koledzy jednak poznikali, pieniądze też, a Oscar jest jedyną osobą, która może przybliżyć prawdę. Rzecz jasna odpowiednio przepuszczoną przez filtr subiektywności.

Jackpot (7-/10)

Na miejscu są skojarzenia z „Podejrzanymi” Bryana Singera, lecz choć Magnus Martens konstruuje swój film na podobnym schemacie narracyjnym – czyli rekonstruujących niedawne wydarzenia sekcjach dynamicznych retrospektyw krok po kroku prowadzących do chwili dla bohaterów obecnej – to „Jackpot” posiada zupełnie inny ciężar gatunkowy. Z uwagi na fakt, że historia, która posłużyła za fundament scenariusza, wyszła spod ręki popularnego norweskiego powieściopisarza Jo Nesbo, niejako z automatu przypisuje się jej przynależność gatunkową do kryminału. Nie do końca słusznie, gdyż nie ma tutaj policyjnego dochodzenia per se, a zawiła intryga z mordami, rąbaniem zwłok i strzelaniną w tle to jedynie pretekst do scenariuszowej dezynwoltury w stylu Nesbo, któremu nieobcy jest czarny jak smoła humor, o czym kinomani mogli się przekonać, oglądając niedawnych „Łowców głów”. Martens stawia na zadziwienie widza groteskowymi scenami przemocy i coraz to bardziej zaskakującymi woltami fabularnymi, chcąc, jak sam twierdzi, nawiązać do dokonań filmowych postmodernistów z braćmi Coen na czele, ale jego film jest jednak cięższy, bardziej dosłowny, może za mało ekstrawagancki.

Skandynawskie kino sensacyjne z każdym kolejnym tytułem rozhermetyzowuje się coraz bardziej, w czym sporą zasługę ma nadal duża popularność tamtejszych powieści kryminalnych. Hollywood również nie pozostaje mu obojętne i już wiadomo, że „Jackpot” doczeka się amerykańskiej wersji, w której, jak zapewnia sam Martens, rozwiązanie intrygi będzie zupełnie inne.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".

piątek, 4 stycznia 2013

Tydzień w kinie - "Strażnicy marzeń"

Ekipa baśniowych superbohaterów staje do walki o dziecięce marzenia zagarnięte przez zło. Można by podejrzewać, że Święty Mikołaj czy Wielkanocny Zając będą mieli w zanadrzu bardziej wysublimowane środki perswazji niż piącha i broń biała, ale nic z tych rzeczy – ci, o których dorośli dawno już zapomnieli, poszli z duchem czasu i nie bawią się w subtelności, co sugerują chociażby tatuaże na przedramionach Mikołaja, jak nic nawiązujące do dziar kaznodziei z „Nocy myśliwego”. Chwaccy obrońcy naszych pociech nie uznają litości i rozprawiają się z przeciwnikiem okrutnie, przy wtórze efektownych rozprysków kolorowych iskier i huku kolejnych uderzeń. Specjaliści od komputerowej magii ze studia DreamWorks znakomicie czują trzeci wymiar i skwapliwie korzystają z danych im możliwości wizualnych; wolno nawet zarzucić „Strażnikom marzeń” zbytnie efekciarstwo.

Strażnicy marzeń (7/10)

Historia wyprowadzona została poniekąd z serii powieści Williama Joyce'a, lecz autor, nie chcąc, żeby odbiorca zmuszony był przebijać się przez tę samą opowieść i w kinie, i z książką w ręce, opracował na potrzeby filmu oryginalny scenariusz i przeniósł akcję o dwieście lat do przodu, czyli, mniej więcej, w nasze czasy. Święty Mikołaj, Piaskowy Dziadek i spółka utracili już nieco kontakt z rzeczywistością, zapętleni w swoich dorocznych obowiązkach. Mechanicznie wykonują bożonarodzeniowe, wielkanocne czy nawet codzienne zobowiązania względem najmłodszych, zapominając o łączącej ich z nimi więzi. Tym łatwiejszy łup nasi milusińscy stanowią dla Mroku, który plugawi ich sny, sprawiając, że tracą wiarę w swoich bohaterów, a co za tym idzie, ci, niepotrzebni, znikają. Ratunkiem wydaje się niepokorny outsider Jack Mróz, pomniejszy duch zimy, który nie zatracił nic ze swojej radości czerpanej z obcowania z maluchami. Mianowany Strażnikiem, ma poprowadzić przyjaciół do walki i na nowo rozbudzić dziecięcą wyobraźnię. O ile uda mu się wpasować.

Pięknie prezentująca się animacja może razić fabularnymi schematami i brakiem scenariuszowego wyrafinowania, a publiczność docelową znudzić albo stosunkowo długimi scenami dialogowymi, albo widowiskową naparzanką. Jednak w warstwie treściowej to film urokliwy i szczery, porusza odpowiednie, charakterystyczne dla podobnych opowieści struny i to w niej, a nie trójwymiarowych fajerwerkach należy szukać sedna „Strażników marzeń”.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".

Archiwum bloga