piątek, 30 listopada 2012

Tydzień w kinie - "Siedmiu psychopatów"

I talent na niewiele się zda, kiedy brak natchnienia. Boleśnie przekonuje się o tym pisarz Marty Faranan, od jakiegoś czasu bezskutecznie próbujący tchnąć życie w swój scenariusz filmu o siedmiu psychopatach. Puste kartki notatnika prześladują go jak złośliwe widmo, przypominając, iż nie jest ulubionym dzieckiem żadnej z muz, zaś mglisty zarys fabuły, który zrodził się w głowie Marty'ego jest niemniej poroniony niż film, w którym sam jest jednym z bohaterów – bezczelna dezynwoltura Martina McDonagha jest wręcz prowokująca. Irlandzki reżyser i scenarzysta pozwala sobie bowiem na karkołomną żonglerkę autotematyczną, gdzie Faranan równie dobrze może być jego własnym alter-ego, a przedstawiona w „Siedmiu psychopatach” historia przejaskrawioną wersją procesu powstania opisywanego tutaj filmu.

Siedmiu psychopatów (8+/10)

Scenariusz Marty'ego zaczyna żyć własnym życiem. Pomysły podsuwane mu bezrobotnego aktora i psiego kidnapera Billy'ego okazują się być czymś więcej niż literacką fikcją czy wytworami wybujałej wyobraźni nieco ekscentrycznego przyjaciela i – na nieszczęście ich obu – mają swoje podstawy w rzeczywistości. Dzieło przejmuje kontrolę nad autorem i wymyka się wszelkim próbom okiełznania. Gdy Billy porwie ukochanego psa bezwzględnego gangstera Charliego, a ten ruszy w pogoń za dwoma pechowcami, Marty będzie miał o czym pisać. O ile uda mu się przeżyć.

„Siedmiu psychopatów” to nie tylko rozbudowana metafora traktująca o tworzeniu dzieła filmowego, ale, może nawet przede wszystkim, samoświadome kino, które filmowy postmodernizm interpretuje jako kompletną zgrywę – w tym przypadku z konwencji rządzących komedią sensacyjną. McDonagh lawiruje pomiędzy campową tandetą i scenariuszową błyskotliwością, udowadniając, że w niszy, gdzie praktycznie wszystkie filmy mnoży się i dzieli przez nazwisko Quentina Tarantino, nie każda próba musi podpadać pod epigoństwo.

Doskonali są aktorzy i należy im się osobny akapit – Christopher Walken (noszący w filmie znajome nazwisko Kieślowski) praktycznie ociera się o autoparodię; Sam Rockwell i Woody Harrelson otrzymali iście popisowe role i wywiązali się z zadania brawurowo; doskonałe są epizody Toma Waitsa, Harry'ego Deana Stantona i Longa Nguyena; a i Colin Farrell wcale nie odstaje od reszty obsady, choć trafiła mu się partia najbardziej stonowana. Oto siedmiu psychopatów.

McDonagh mógłby być tym ósmym.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym "Dzienniku".


sobota, 24 listopada 2012

Tydzień w kinie - "Sinister"

Co tu dużo gadać - lubię iście kingowskie mise-en-scène. Dom na odludziu. Mroczny sekret z przeszłości. Gość wykonujący wolny zawód, najchętniej pisarski (na krytyka filmowego nadal czekamy), który umożliwi mu wyprowadzkę do rzeczonego domostwa bez większych wyrzeczeń i zatracenie się bez reszty w intrydze. Poza tym wydaje mi się, że pracujący w korporacji facet po dziesięciu godzinach spędzonych za biurkiem nie miałby czasu i ochoty na uganianie się za duchami, a jakikolwiek łomot na strychu skwitowałby co najwyżej wściekłym warknięciem. A pisarz - wiadomo, dostępne są dla niego rejestry wrażliwości nieosiągalne dla zwykłego śmiertelnika.

Sinister (5+/10)

Ellison Oswalt na chleb zarabia, pisząc o prawdziwych zbrodniach. Nie lada gratką jest więc dla niego znaleziony na strychu nowego domu projektor wraz z ośmiomilimetrowymi taśmami, na których zarejestrowano brutalne zbrodnie sięgające jeszcze lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Oswalt ogląda makabryczne filmy raz po raz, próbując doszukać się w tym wszystkim jakiegoś klucza. Niczym David Hemmings w "Powiększeniu" (a może raczej w "Głębokiej czerwieni") wpada w istną obsesję: analizuje poszczególne kadry, próbując ustalić tożsamość mordercy, którego twarz, delektującą się widokiem umierających, dostrzega kątem oka; wciąż umyka mu jednak jeden istotny szczegół - kto nakręcił owe filmy? Zaryzykuję stwierdzenie, że widz domyśli się od razu.

"Sinister" rządzi pewna regularność - noc zawsze przynosi stukot i strachy, dzień staje się bezpiecznym azylem. Ten swoisty porządek szybko przyzwyczaja widza do konstrukcji fabularnej filmu. Bać się mamy dopiero po zmroku, a dopóki świeci słońce, wraz z Oswaltem krok po kroku poznajemy szczegóły zbrodni. Zabieg ten okazuje się stosunkowo udany, gdyż faktycznie napięcie rośnie wraz z nastaniem nocy i nasz mózg przechodzi w tryb pełnego lęku oczekiwania na to, co nadejdzie, choć lenistwo scenarzystów jest oczywiste. Straszenie w "Sinister" opiera się bowiem na jump-scares i żerowaniu na mimowolnych odruchach psychosomatycznych widza; nagły huk dobiegający z głośników sprawi przecież, że nawet umarlak podskoczy w fotelu. Oczekiwanie na kolejną dźwiękową napaść przypomina zawieszenie towarzyszące chwili przed wybuchem rzuconej przez nas petardy.

I to praktycznie wszystko - "Sinister" nie oferuje wiele więcej, a na domiar złego kompletnie zepsuty finał całkowicie odziera film z napięcia i kino opuszczamy zrelaksowani jak po dobranocce. Brawa należą się za motyw z taśmami Super8 (nie chcę zdradzać zbyt wiele, więc powiem jedynie, że nad wszystkim unosi się nieco już zwietrzały duch "Ringu"), bo sam złapałem się na tym, że próbowałem zapamiętać jak najwięcej szczegółów z domowych seansów Oswalta, żeby czym prędzej rozwikłać zagadkę.

Nawiązując do poprzedniej metafory, mimo oczywistych zalet, porównałbym "Sinister" do niewypału. Nie ma co się oszukiwać - przeciętne nie jest dobre.

piątek, 23 listopada 2012

Tydzień w kinie - "Comic-Con Epizod V: Fani kontratakują"

Nadzieja – kluczowe słowo zawarte w oryginalnym tytule filmu Morgana Spurlocka zatraca się w polskim przekładzie. A szkoda, bowiem to ono definiuje, co właściwie zdaje się symbolizować Comic-Con dla sporej części ściągających do San Diego uczestników konwentu. I nie chodzi bynajmniej jedynie o mglistą nadzieję otarcia się gdzieś w tłumie o ulubionego rysownika czy podanie ręki scenarzyście, ale o realne urzeczywistnienie marzeń: poczynając od uzupełnienia kolekcji figurek o od dawna niedostępny na rynku egzemplarz, przez zwycięstwo w konkursie kostiumowym, które otworzyć może, jak jednej z bohaterek filmu, drzwi do dalszej kariery, aż do rozpoczęcia współpracy z gigantami przemysłu komiksowego.

Comic-Con Epizod V: Fani kontratakują (8/10)

Comic-Con już dawno przestał być zlotem maniaków komiksu. Stale rosnąca popularność imprezy przyciągnęła wielkie koncerny jak miód pszczoły. Spider-Man czy Batman są tylko jedną z części składowych tej bodajże największej na świecie bezkrytycznej celebracji popkulturowego szaleństwa. To właśnie tutaj swoje pokazy przedpremierowe mają hollywoodzkie blockbustery, a deweloperzy przyjeżdżają z demonstracyjnymi wersjami nowiutkich gier wideo. Pielęgnowane latami przez organizatorów poczucie przynależności pozwala uczestnikom na bezstresowe spędzenie paru dni w otoczeniu ludzi podobnie sfiksowanych na punkcie komiksu czy filmu i całkowicie rozumiejących oddanie się swojej pasji. Tutaj „geek” brzmi dumnie. 

Spurlock odrzuca mechaniczną formułę dokumentalną, a wraz z nią jakiekolwiek pozory obiektywizmu. Jego film to półtoragodzinny wideoklip zrealizowany ku chwale kultury popularnej; amerykański reżyser wręcz chełpi się i puchnie z dumy, że może być jej częścią. Cóż rzec – wolno mu. Bo oczywiście nie o Comic-Con tutaj chodzi, ale o jego uczestników. Nakreślony za pomocą przeplatających się płynnie wątków zbiorowy portret kilkorga ludzi ciągnących do San Diego będzie prawdziwie fascynujący nawet dla tych spoza komiksowego uniwersum.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

czwartek, 22 listopada 2012

"Siedmiu psychopatów" - konkurs

Jest to, by zacytować klasyka, film o filmie w ramach filmu. Kreskówkowa postmoderna dla dorosłych, w kontekście której zwykło się przywoływać nazwisko Quentina Tarantino, w wydaniu Martina McDonagha ewoluuje ni mniej, ni więcej, tylko w komedię roku. Irlandzki scenarzysta i reżyser ani na chwilę nie traci intymnego kontaktu ze swoim dziełem: wszak opowiada w nim poniekąd o sobie i kto wie, czy „Siedmiu psychopatów” to nie przerysowana, makabryczna wariacja na temat „Ośmiu i pół” Felliniego...

Takimi oto słowami rozpocząłem swoją recenzję w magazynie "Film". Premiera już 30 listopada, więc pora ruszyć z konkursem, w którym do wygrania będą takie oto koszulki inspirowane "Siedmioma psychopatami":


Tradycyjnie - aby mieć szansę na zgarnięcie jednej z koszulek wystarczy obejrzeć zwiastun filmu i przesłać na mój adres maila z prawidłową odpowiedzią na poniższe pytanie:

Jak ma ma imię porwany piesek shih tzu należący do jednego z filmowych psychopatów?


Konkurs potrwa do 29.11.2012.


poniedziałek, 19 listopada 2012

Tydzień w kinie - "Gdzie jest Nemo? 3D"

Ekspansywny połów ryb tropikalnych, uszkodzenie ekosystemów raf koralowych i setki akwariów wylanych wprost do morza lub zlewu – oto niektóre z paradoksalnych skutków globalnej popularności proekologicznej w duchu animacji ze stajni Pixara "Gdzie jest Nemo?". Prosta przecież do odczytania wymowa filmu albo przeszła niezauważona, albo została wypaczona przez bezmyślny konsumeryzm. Nagłe szaleństwo na punkcie hodowli błazenków przypomina analogiczną sytuację sprzed siedemnastu lat, kiedy to po premierze aktorskiego filmu Disneya "101 dalmatyńczyków" setki nakrapianych psów trafiły pod niewłaściwe strzechy. Powtórne wprowadzenie dzieła Andrew Stantona do kin może stać się więc kolejnym sprawdzianem dla zdroworozsądkowości.

Gdzie jest Nemo? 3D (8/10)

Dzisiaj film trafia jednak na ekrany wzbogacony o trójwymiar – morskie głębiny są na dotknięcie ręki i kokietują feeriami barw. Można kręcić nosem na podobne zabiegi, umotywowane oczywiście nie kwestiami artystycznymi, lecz korzyściami finansowymi. Tak czy inaczej wydaje się, że każdy pretekst, aby ponownie zobaczyć dzieło Stantona, jest dobry, bo ten pozbawiony jakichkolwiek znamion cynizmu czy zjadliwej ironii film porusza, w dużym skrócie, wcale ważny temat dorastania do odpowiedzialności – ojcowskiej i synowskiej. "Gdzie jest Nemo?" to już klasyka współczesnej animacji i o jej niepośledniej wartości zapewniać nie potrzeba.

Statystka mówi jasno – zachłysnęliśmy się trójwymiarem. Aż sześć z dziesięciu tytułów zamieszczonych na liście najlepiej zarabiających filmów w historii to produkcje zrealizowane za pomocą technologii 3D, przy czym żaden z nich nie jest starszy niż trzy lata. Liczby wydają się wielce wymowne, choć trzeba pamiętać, iż wpływy z biletów nie przekładają się w tym przypadku na liczbę widzów, wszak wejściówki na seanse trójwymiarowe są odpowiednio droższe, a częstokroć nie daje się nam wyboru pomiędzy wersją płaską a 3D. Zadziwiające, że jeszcze niedawno to James Cameron przestrzegał przed konwersją filmów nakręconych metodą tradycyjną, zarzucając producentom, iż w ten sposób dostarcza się odbiorcy jedynie półprodukt – przypomnijmy, że ostatnio sam wprowadził do kin podrasowanego w ten sposób "Titanica". Specjaliści z Disneya wiedzą jednak lepiej. Sukces finansowy ponownie wprowadzonego do dystrybucji kinowej w zeszłym roku "Króla Lwa" odkręcił kolejny kurek z pieniędzmi i postanowiono pójść za ciosem – po tegorocznej "Pięknej i bestii" za rok w kinach wyląduje "Mała syrenka", a jeszcze tej zimy hit z Pixara "Potwory i spółka". Można przypuszczać, iż bogata oferta studia pozwoli na dozowanie kolejnych filmów z sześciomiesięczną regularnością przez kolejnych parę lat. Zaś w tym świetle trójwymiarowy "Gdzie jest Nemo?" jawi się jako kolejny element przemyślanej machiny promocyjnej, swoisty pomost pomiędzy pierwotną wersją filmu a jego sequelem, który ma trafić do kin w 2016 roku.

Recenzja ukazała się na łamach "Dziennika".

środa, 14 listopada 2012

"Operacja Argo" - konkurs!

Za dwa tygodnie do kin wchodzi "Operacja Argo" Bena Afflecka - oparty na autentycznych wydarzeniach thriller, który miałem już okazję obejrzeć podczas londyńskiego festiwalu i krótko zrecenzować na łamach portalu Onet.pl. Z tej okazji przygotowałem konkurs. Do wygrania będą egzemplarze książki Antonio Mendeza, agenta CIA, który w 1979 roku opracował karkołomny plan wyciągnięcia uwięzionych w Teheranie pracowników amerykańskiej ambasady, przedstawiając ich jako... członków ekipy filmowej realizującej na Bliskim Wschodzie wysokobudżetową produkcję science-fiction. O samej książce pisałem tak: rzeczywistość wyprzedziła fikcję o kilka długości. Operacja wyciągnięcia szóstki zakładników z ogarniętego rewolucyjnym szałem Iranu została przeprowadzona w iście hollywoodzkim stylu. Mogłoby się wydawać, że podobny plan ma szanse powodzenia jedynie na ekranie. A jednak! Tony Mendez krok po kroku opisuje brawurową akcję amerykańskiego wywiadu; jego relacja trzyma w napięciu niczym szpiegowski blockbuster.


Jeśli chcecie wziąć udział w konkursie i zgarnąć dla siebie egzemplarz "Operacji Argo", wyślijcie do mnie maila (adres widoczny po prawej) z odpowiedzią na następujące pytanie:

W którym roku prezydent Bill Clinton odtajnił akta operacji "Argo"?

Konkurs potrwa do 21.11.2012.

piątek, 9 listopada 2012

Tydzień w kinie - "Alex Cross"

Ponoć  na każde siedemnaście sprzedanych w Stanach Zjednoczonych egzemplarzy powieści w twardej oprawie przypada jedna napisana przez Jamesa Pattersona – wyczyn ten trafił parę lat temu na listę  rekordów Guinnessa i do dziś nie został pobity. Nawet Dan Brown, Stephen King i John Grisham razem wzięci nie sprzedają tyle książek, co autor liczącej sobie dwadzieścia tomów serii o Aleksie Crossie. Postać obdarzonego wybitnym intelektem i niespotykaną przenikliwością psychiatry-detektywa na dużym ekranie pojawiła się już dwukrotnie w filmach „Kolekcjoner” (1997) oraz „W sieci pająka” (2001) – w obu pozycjach w roli głównej wystąpił Morgan Freeman. Całkiem sprawne zrealizowane adaptacje prozy Pattersona widzów przekonały, krytyków już nie. A teraz kręcą nosem i jedni, i drudzy.

Trevor Reznik przypakował
Alex Cross (4/10)

Fabułę filmu oparto luźno na dwunastej z kolei powieści z cyklu, z której zaczerpnięto tylko pojedyncze wątki i odpowiednio podrasowano, wzmagając dramaturgię spektaklu. Może dlatego dzieło Roba Cohena opiera się na efektownych zwrotach akcji, a sama intryga kryminalna jest pretekstowa i zostaje podporządkowana frenetycznie zmontowanym scenom bijatyk i pościgów. Cross przez większość czasu biega, skacze i strzela, zaś proces dedukcji zajmuje mu ułamki sekund. Żadna zagadka nie stanowi dla niego wyzwania, co może drażnić amatorów skomplikowanych zbrodniczych układanek.

Za to dwoi się i troi aktorski duet – Matthew Fox jako bezwzględny zabójca na zlecenie imponuje choćby samą fizyczną metamorfozą; na skutek intensywnych ćwiczeń w jego ciele nie pozostał chyba ani gram zbędnego tłuszczu. Tyler Perry, który wcielił się w Crossa, nie ustępuje w niczym Freemanowi, choć nie opuszcza wrażenie deja vu, bowiem wydaje się, iż kopiuje styl brytyjskiego kolegi po fachu, zresztą również typowanemu do tej roli, Idrisa Elby.

Producentów nie zraziło przeciętne zainteresowanie filmem –  prace nad sequelem, adaptacją powieści Pattersona „Podwójna gra”, już trwają.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika"

piątek, 2 listopada 2012

Seans bez powodu: "Killer Joe"

Oto gotyk z południa Stanów - obskurne przyczepy kempingowe zastąpiły wysłużone upiorne zamczyska, zaś wampiry i wilkołaki zostały wyparte przez dziwki, ćpunów i utracjuszy. Po seansie z "Killer Joe" kurczak z K-Fried-C już nigdy nie będzie smakował tak samo.

If boots could kill
Podrzędny dealer Chris Smith planuje zabójstwo tak niedoskonałe, że aż komiczne. Zlecenie na jego własną matkę - której pieniądze z ubezpieczenia na życie zdolne są uratować mu skórę - przyjmuje miejscowy gliniarz. Joe Cooper dorabia bowiem do pensji okazjonalnym mordem. Kłopot w tym, że Chris nie ma kasy, a Joe wynagrodzenia nie przyjmuje w ratach ani nie daje na krechę, więc jako swoiste zabezpieczenie bierze sobie nastoletnią siostrę chłopaka. Żeby nie zdradzić meandrów gęstej fabuły, dorzucę tylko parę słów kluczy: przemoc, gwałt, krwawe porachunki i krzywe uśmieszki.

William Friedkin kręci ze swadą godną reżysera młodszego o pół wieku. Oryginalny tagline filmu - A Totally Twisted Deep-Fried Texas Redneck Trailer Park Murder Story - trafia w sedno. Galerii tak zwichrowanych typów nie widziałem na ekranie od dawna, zaś prym pośród socjopatycznej ferajny wiedzie bezbłędny Matthew McConaughey jako Joe Cooper; wystylizowany na teksaskiego kowboja morderca z odznaką to konglomerat wszystkich stereotypów na temat południowca-wieśniaka, z zamiłowaniem do dwunastolatek włącznie. Zresztą Friedkin, choć momentami szafuje sztampą (intencjonalnie!), rozkładając na czynniki pierwsze zacofaną, małomiasteczkową amerykańską mentalność, celnie punktuje hipokryzję jej podstawowych założeń, na czele z hołdem oddanym rodzinnym wartościom.  

Finger lickin' good!

"Killer Joe" został u nas pominięty w obiegu kinowym, lecz w listopadzie trafi na płyty.