środa, 31 października 2012

Hollywood choruje na ADHD - wywiad z Donem Coscarellim

Podczas tegorocznego festiwalu filmowego w Londynie miałem okazję porozmawiać z jednym z reżyserów, których cenię niezmiernie - autorem serii "Phantasm", Donem Coscarellim. Nieprzypadkowo mój wywiad ukazuje się właśnie w Halloween; mam nadzieję, że dzisiaj w niejednym domu z głośników huknie charakterystyczny motyw muzyczny i wkurzony Angus Scrimm zakrzyknie kultowe już "BOOOOOY!".

Odkąd usłyszałem o "John Dies at the End", nurtuje mnie jedna rzecz: czy w tytule kryje się gigantyczny spoiler?

Muszę przyznać, że uwielbiam ten tytuł. Kiedy po raz pierwszy wziąłem do ręki książkę i spojrzałem na okładkę, zdziwiłem się, jak można w ten sposób zdradzić tak istotną informację dotyczącą głównego bohatera. To znakomite zagranie ze strony autora, w końcu przyciąga uwagę jak mało co. Potem przeczytałem powieść i przekonałem się, że to tytuł nieprzypadkowy, jest w nim coś więcej niż pusta sensacja, zapowiada pewną dekonstrukcję przyzwyczajeń czytelniczych. I to samo z widzami, mam nadzieję, robi mój film.


Jak dotarłeś do tej powieści?

Można powiedzieć, że wybrał ją za mnie program komputerowy. Szukałem dobrego materiału na film i przebijałem się przez dziesiątki naprawdę dziwacznych powieści, które kupowałem w jednym z amerykańskich sklepów internetowych, i pewnego dnia dostałem e-mail z sugestią, żebym spróbował także "John Dies at the End". Nie mam pojęcia, jak działają podobne algorytmy, lecz lista powodów, które wymieniono w skierowanej do mnie wiadomości, mających na celu udowodnienie, że jest to idealna pozycja dla mnie, była na tyle przekonująca, że kupiłem tę książkę.


Czyli zadecydował przypadek?

Absolutnie! Od tej pory często kieruję się podobnymi sugestiami. Poprzednią książkę, którą przeniosłem na ekran, "Bubba Ho-Tep", polecili mi znajomi, lecz to co innego, bowiem nikt nie podszedł i nie włożył mi jej do ręki; szukałem wówczas dobrego tekstu do zaadaptowania na potrzeby ekranu, chodziłem po przyjaciołach, pytałem, co ostatnio przeczytali, przeglądałem półki w księgarniach, czytałem recenzje. Wydaje się, że dzisiaj komputery wiedzą lepiej, po jaką książkę powinniśmy sięgnąć.


Zajmiesz się również ekranizacją sequela powieści?

Niewykluczone. Autor obu książek to bardzo inteligentny i pomysłowy człowiek. Jeśli podobał ci się film, koniecznie przeczytaj powieść, bo byliśmy zmuszeni opuścić pewne fragmenty. Sequel jest wspaniały i chciałbym nakręcić film na jego podstawie, lecz wszystko zależy oczywiście od wyniku finansowego "John Dies at the End". Cholera. To byłaby pokręcona rzecz! 

Dalszy ciąg rozmowy przeczytacie w portalu Filmweb.
 


sobota, 27 października 2012

Tydzień w kinie - "Internat"

Ta gotycka opowieść o dorastaniu okazuje się nieco spóźnionym produktem powoli już dogasającego wampirycznego szału, którego pokrewieństwo ze słynną sagą  Stephenie Meyer wydaje się aż nazbyt oczywiste. Zaskakująca będzie więc informacja, że powieść, na podstawie której powstał scenariusz „Internatu”, została opublikowana na kilka lat przed „Zmierzchem”. Być może dlatego brak tutaj tradycyjnego wątku romansowego, zaś nad całym seansem wisi pytanie, czy wampiry faktycznie istnieją. Dzisiaj Rachel Klein, autorka książki „The Moth Diaries”, zapewne z premedytacją wykorzystałaby koniunkturę.

Zwyczajny wieczór w żeńskim dormitorium
Internat (2+/10)

Zresztą nie ma co gdybać, bowiem miałkiej opowiastce nie pomogła nawet obecność Mary Harron, reżyserki odpowiedzialnej między innymi za filmową wersję „American Psycho”, znanej z uwielbienia dla silnych postaci kobiecych. I faktycznie, główne bohaterki filmu rozpisano co prawda pewną ręką, lecz i tak miałką fabułę przytłoczyły buzujące hormony. Kusi, żeby odczytać „Internat” jako rozbudowaną, choć dość prostą, metaforę na temat kiełkującej świadomej nastoletniej seksualności, do tego ukierunkowanej na przedstawicielki tej samej płci. Zresztą Harron sama nakierowuje widza na takową interpretację, każąc nauczycielowi wykładać na zajęciach z literatury „Carmillę”, utwór gotycki uważany za klasykę wampirycznej literatury lesbijskiej. To oczywiście nie jedyny temat filmu; intryga zazębia się, kiedy do akademika przy ekskluzywnej szkole dla dziewcząt wprowadza się nowa uczennica, tajemnicza Ernessa. Bohaterka filmu, szesnastoletnia Rebecca, podejrzewa, że nieśmiała koleżanka może być wampirzycą czyhającą na krew (a niewykluczone, że również i cnotę) jej blondwłosej przyjaciółki o nieprzypadkowym imieniu Lucy – tak samo nazywała się uwiedziona przez Drakulę kobieta z klasycznej powieści Brama Stokera.

„Internat” zainteresuje chyba tylko rówieśniczki bohaterek filmu. Pozostali nie mają sobie czym zawracać głowy.

Recenzja ukazała się w piątkowym wydaniu "Dziennika".

piątek, 19 października 2012

Tydzień w kinie: "W szczękach rekina 3D"

W szczękach rekina 3D (1+/10)
 
Ponoć prędzej można umrzeć w zaciszu własnego domu od przypadkowego oparzenia gorącą wodą z kranu niż na wakacjach jako żer dla rekina – mimo statystyk świadczących na korzyść amatorów opalenizny, od czasu „Szczęk” Stevena Spielberga każdego lata setki plażowiczów rozglądają się niespokojnie pośród fal. Zgon podczas niedzielnych zakupów w okolicznym supermarkecie wydaje się plasować równie nisko w podobnych zestawieniach co oberwanie piorunem. Nic bardziej mylnego. Napad z bronią w ręku to jednak mało; nie daj Boże zostaniemy uwięzieni pomiędzy wyładowanymi makaronem i słoikami z dżemem półkami przez gigantyczną falę tsunami, która przyniosła ze sobą dwa kilkumetrowe rekiny.

O ile ten absurdalny pomysł wyjściowy dałoby się jeszcze przełknąć – wszak horror rządzi się swoimi prawami, niekoniecznie muszącymi współgrać z logiką – tak amatorszczyźnie bijącej z każdej sceny popuścić nie wolno. Wabik w postaci efektu trójwymiarowego to cyniczny żart, bowiem komputerowo wygenerowane rekiny dybiące na życie grupki przyczajonych w zalanych po sufit sklepie spożywczym bohaterów wyglądają jak ramoty przeniesione ze starej gry wideo. Niski budżet i spartaczona robota ekipy odpowiedzialnej za efekty specjalne (a także tej stojącej za kastingiem, montażem, pracą kamery, scenariuszem, reżyserią...) kojarzą się ze standardami producenckimi stacji telewizyjnej SyFy, zajmującej się między innymi realizacją groszowych filmów o zmutowanych potworach. O ile jednak pozycje przeznaczone na mały ekran odznaczają się często pewną dozą humoru i samoświadomości, tak „W szczękach rekina 3D” nie posiada nawet wartości campowej – to spektakl kręcony zupełnie na serio. Nie dość, że nie wykorzystano możliwości, które dał odpowiednio wysoki certyfikat wiekowy i film jest mniej więcej tak samo brutalny co weekendowe kino familijne, to w dodatku napięcie było chyba jedynie w kablach zasilających sprzęt operatora kamery.

Seans z recenzowanym filmem powinien zostać włączony do wspomnianej powyżej statystyki – łatwiej zejść w kinie z nudów, niż dokonać żywota w paszczy rekina.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

piątek, 12 października 2012

Tymczasem w księgarniach: "Drood"

Drood (7/10)

Charles Dickens nie mógł wyzionąć ducha w gorszym momencie. Pisarz doznał wylewu po całodziennej pracy nad kolejnym fragmentem swojej nowej powieści – bynajmniej nie ostatnim. Publikowana na łamach prasy książka „Tajemnica Edwina Drooda” została ukończona w połowie, ukazało się jedynie sześć z dwunastu planowanych odcinków. Dickens wymyślił intrygę kryminalną i pozostawił czytelników w zawieszeniu; pytanie o tożsamość mordercy nadal jest otwarte, choć niektórzy badacze literatury dowodzą, iż pisarz zdradził jego personalia paru znajomym. Sprawa nadal jednak intryguje; ostatnia powieść Dickensa  doczekała się paru adaptacji filmowych, kilku dopisanych finałów oraz wariacji na temat – wystarczy wspomnieć wydaną u nas bodajże przed dwoma laty „Zagadkę Dickensa” pióra Matthew Pearla.

Ponad ośmiusetstronicowa powieść Dana Simmonsa „Drood” nie ma jednak na celu wyjaśnienia jedynie zarysowanej przez Dickensa zagadki; to raczej próba przepisania fragmentów życiorysu wiktoriańskiego powieściopisarza oraz kreatywna analiza jego osobowości – do tego przeprowadzona oczami Wilkiego Collinsa. Autor poczytnych w owym czasie dzieł cierpi na syndrom Salieriego; narracja pełna jest nie tylko życzliwości, podziwu dla słynniejszego kolegi i troski o jego zdrowie psychiczne, ale też goryczy, szyderstwa i zazdrości. Reaguje więc z niedowierzaniem, kiedy zszokowany przyjaciel opowiada mu o tragicznym wypadku kolejowym w Staplehurst, w którym brał udział (w rzeczywistości Dickens również nie mógł się z wypadku otrząsnąć; przejawem swoistego autoegzorcyzmu jest choćby napisane przez niego opowiadanie „Dróżnik”) i gdzie na własne oczy zobaczył zmorę dobijającą umierających. Makabryczny spektakl popycha pisarza do działania – pragnie odnaleźć demoniczną istotę, która przedstawiła mu się jako Drood. Obsesja Dickensa zaprowadzi obu bohaterów w zakazane, pogrążone w oparach opium rejony Londynu.

Książkę Simmonsa czyta się jak biografię w krzywym zwierciadle. Bogactwo historycznego szczegółu imponuje; powieść jest wręcz przeładowana detalami. Niestety – w tym tkwi jej główna słabość, bowiem niemożność lub niechęć autora do selektywności nierzadko doprowadza do rozproszenia czytelniczej uwagi lub zwyczajnego znużenia. Simmons ma tendencję do zasypywania odbiorcy nadmiarem informacji, na czym cierpi i jego styl, i dynamika narracji, niektóre, na szczęście rzadkie, partie „Drooda” napisane są wręcz siermiężnie. Za to cała ta niewiarygodna historia nie pozwala na odłożenie opasłego tomiszcza na długo. Pomimo przestojów i niepotrzebnych dłużyzn opowieść snuta przez Simmonsa jest intrygująca i odpowiednio złożona, zaś przywiązanie do faktograficznej akuratności i nieoczywista przynależność gatunkowa powieści wynoszą ją do pierwszej ligi literackiej.

Zostajemy zaproszeni do naprawdę dziwacznego świata, gdzie trudno odseparować prawdę od fikcji – szczególnie iż sam narrator miotany jest sprzecznymi emocjami, często jego słowa pisane są na opiumowym haju. Perspektywa Wilkiego Collinsa pozwala spojrzeć na wielkiego powieściopisarza w mniej korzystnym niż zazwyczaj świetle; jego grzechy i grzeszki zostają wyolbrzymione, choć i dobre uczynki nie zostały mu zapomniane.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

sobota, 6 października 2012

Tydzień w kinie: "Kronika opętania", "Szybki cash"

Kronika opętania (4+/10)

Kolejna internetowa ciekawostka odciska swoje piętno na kulturze popularnej. Otóż niespełna dziesięć lat temu w serwisie aukcyjnym eBay pojawiła się wyjątkowa oferta – chętni mogli licytować drewnianą skrzyneczkę, w której miał znajdować się dybuk. Potencjalnych kupujących zachęciła obszerna relacja sprzedającego traktująca o niewyjaśnionych zjawiskach natury paranormalnej wywołanych samą obecnością tego rzekomo nawiedzonego przedmiotu. Skrzynka przez lata przechodziła z rąk do rąk, aż wreszcie zainteresowało się nią Hollywood. „Kronika opętania” pomija całą internetową otoczkę, pozbywając się tym samym tego, co mogło stanowić o jej wyjątkowości (podobne rozwiązanie fabularne wykorzystał za to amerykański pisarz Joe Hill w swojej książce „Pudełko w kształcie serca”). Pozbawiona pierwotnego kontekstu opowieść o złowieszczym duchu zapożyczonym z żydowskiego folkloru staje się kolejną szeregową historyjką o opętaniu, choć nieznacznie lepszą od poruszającego podobną tematykę „Nienarodzonego” sprzed paru lat. Reżyser Ole Borendal podobno planował swój film jako rozbudowaną metaforę rodzinnych trudów związanych z rozwodem, lecz jego pierwotna intencja rozmyła się we wtórnej i schematycznej fabule.

Ojciec dwóch córek Clyde Brenek (w tej roli Jeffrey Dean Morgan) po rozstaniu z żoną każdą wolną chwilę spędza z dziećmi, folgując ich zachciankom – któregoś weekendu cała trójka zahacza o garażową wyprzedaż i mężczyzna kupuje młodszej Em podniszczone drewniane pudełko. Z dnia na dzień dziewczynka coraz bardziej oddala się od rodziców i siostry, rozmawiając z istotą, która, jeśli wierzyć dziecku, pomieszkuje w skrzyneczce. Piętrzą się dziwności: nowy dom Clyde'a nawiedza plaga ciem, z każdego kąta dochodzą niepokojące odgłosy, zaś Em zaczyna przejawiać niepodobne do niej, prawdziwie aspołeczne zachowania. Diagnoza może być, jak wiemy, tylko jedna – w jej ciele zagnieździł się duch. I w dodatku mówi po polsku.

Szkoda, że rzadko eksploatowany przez horror żydowski folklor zostaje w „Kronice opętania” sprowadzony do nic nieznaczącej roli – równie dobrze moglibyśmy obserwować kolejne zmagania z chrześcijańskim demonem czy arabskim dżinem. Repertuar sztuczek straszących jest tutaj niezwykle ubogi, a brak jakichkolwiek oryginalnych wyróżników, mimo przyzwoitej roboty realizatorskiej, skazuje obraz Borendala na miejsce w drugiej lidzie filmów grozy, pośród dzieł dla widzów niewymagających lub ciekawych każdej nowości granej w kinach.

Recenzja ukazała się w piątkowym wydaniu "Dziennika".

Szybki cash (7/10)

Fascynujące, jak wiele zależy od kilku pociągnięć pędzla charakteryzatora. Joel Kinnaman, aktor znany polskiemu widzowi z popularnego amerykańskiego serialu „Dochodzenie”, gdzie zagrał rolę policjanta-niechluja o niezbyt miłej dla oka aparycji, w szwedzkim hicie kinowym sprzed dwóch lat, który dopiero teraz debiutuje na naszych ekranach, zachwyca urodą modela. To jednak nie tylko ozdoba ekranu, ale bezsprzecznie utalentowany aktor, z renomą wyrobioną w Skandynawii; obecnie pracuje w Hollywood na planie nowej wersji „RoboCopa”.

Już po festiwalu berlińskim w 2010 roku, gdzie wyświetlono „Szybki cash” Daniela Espinosy (w tym roku mogliśmy obejrzeć w kinach jego „Safe House”), wybuchła istna walka o prawa do jego dystrybucji, z której ostatecznie zwycięsko wyszedł amerykański gigant The Weinstein Company. Firmie nie udało się jednak zapewnić sobie praw do realizacji remake’u. Trafiły one do Warner Bros. – osoba reżysera nie jest jeszcze znana, lecz wiadomo, że w głównej roli wystąpi Zac Efron, niegdysiejsza gwiazdka tanecznych produkcji studia Disney, dzisiaj młody aktor poszukujący nowych wyzwań, aby zerwać z niekorzystnym dla jego dalszej kariery emploi.

„Szybki cash” powstał na fali zainteresowania skandynawską prozą kryminalną i sensacyjną – jest to adaptacja bestsellerowej powieści Jensa Lapidusa, która w pierwszym tygodniu wyświetlania w Szwecji zgromadziła w kinach ponad sto tysięcy widzów. Wynik ten uznano za sukces frekwencyjny i niemal natychmiast podjęto decyzję o rozpoczęciu prac nad dwoma sequelami filmu Espinosy. Reżyser jest Chilijczykiem z pochodzenia, wychowanym na szwedzkim przedmieściu wśród Jugosłowian, i odczytał książkę Lapidusa pod kątem własnego dzieciństwa. Wydobył z niej interesujące wątki dotyczące przede wszystkim nie samej intrygi sensacyjnej, będącej oczywiście osią fabularną filmu, ale relacji międzykulturowych mniejszości narodowych.

Dalszy ciąg recenzji na stronie miesięcznika "Kino".

wtorek, 2 października 2012

Rzeczy ulotne - wrzesień

Skończył się wrzesień, pora więc na przypomnienie o niektórych moich dłuższych tekstach opublikowanych na łamach różnych mediów, o których informowałem tylko za pośrednictwem Facebooka, a które możecie przeczytać w całości w sieci. O publikacjach ukazujących się wyłącznie na papierze również informuję na bieżąco na fanpage'u bloga.

Dennis Lehane