poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Rzeczy ulotne - sierpień

Dzisiaj miał być jakiś wpis zastępczy, bowiem dochodzę do siebie po czterech dniach Polconu, ale pomyślałem, że jednak zrobię coś użytecznego. Coraz częściej posługuję się Facebookiem w celu komunikowania o moich nowych publikacjach, dla których nie ma miejsca na blogu - głównie dlatego, że nie mógłbym ich umieszczać tutaj w całości, a zrezygnowałem z zajawek - i zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy odwiedzający moją stronę korzystają z wynalazku Zuckerberga, więc raz na parę tygodni w sekcji Rzeczy ulotne będę zamieszczał na blogu linki do niektórych tekstów z bieżącego miesiąca. No to jedziemy:


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Polcon 2012 za pasem

Już w czwartek we Wrocławiu rozpoczyna się największa impreza fantastyczna w kraju - Polcon 2012 - którą mam przyjemność współorganizować. Jestem odpowiedzialny za blok programu poświęcony horrorowi literackiemu i filmowemu, choć znajdzie się tam miejsce i dla gier wideo, i dla komiksów. Pośród zaproszonych przeze mnie prelegentów i gości znaleźli się chociażby amerykański twórca prozy ekstremalnej Edward Lee, pisarz i publicysta Łukasz Orbitowski, redaktorzy portali stephenking.pl, Carpe Noctem i Horror Online, przedstawiciele wydawnictw Dobre Historie oraz SQN, uczony w horrorze filmoznawca Przemek Dudziński, ekipa magazynu grozy i kryminału "Coś na progu" i wielu znakomitych prowadzących. Pełną listę atrakcji wchodzących w skład mojej sekcji znajdziecie tutaj. Serdecznie zapraszam do Wrocławia.



piątek, 17 sierpnia 2012

Tydzień w kinie - "Merida waleczna"

Bodaj najdoskonalsza technicznie animacja Pixara pozwala sądzić, iż nadchodzące lata przyniosą jeszcze niejeden przełom. Lata pracy i trud włożony w „Meridę waleczną” procentują – film już zarobił krocie, a przed nim jeszcze wiele tygodni wyświetlania, do tego zbiera niezłe recenzje w prasie. Produkcja w reżyserii Marka Andrewsa i Brendy Chapman ma zadziałać niczym swoisty papierek lakmusowy; Pixar testuje grunt, bowiem, prócz rezygnacji ze starego systemu animacji, z którego firma korzystała przez ostatnie ćwierć wieku, i przerzucenia się na bardziej zaawansowany sprzęt, sięgnięto po pierwszoplanową bohaterkę żeńską, a fabułę oparto w sporej mierze na szkockim folklorze. Zapożyczeń z tamtejszej historii, legend i mitów w „Meridzie walecznej” jest wiele, choć zostają one, rzecz jasna, przepuszczone przez sito scenarzystów, bardziej zaaferowanych samą konstrukcją fabularną baśni.

Merida waleczna (8/10)

Pierwotnym założeniem Pixara była realizacja dzieła pozostającego w zgodzie z tradycją mrocznych opowieści dla nieco starszych odbiorców, kojarzoną z braćmi Grimm i Hansem Christianem Andersenem, lecz wybrano rozwiązanie nieco bezpieczniejsze i nie oddalono się od charakterystycznych dla studia rozwiązań fabularnych. „Merida waleczna” to niemalże klasyczna opowieść o dojrzewaniu i dorastaniu do odpowiedzialności, zbudowana według opracowanego przez Josepha Campbella schematu podróży herosa, choć sama postać głównej bohaterki wyłamuje się z archetypicznego dla wysokobudżetowego kina animowanego wzorca. Dziewczyna nie chce dopasować się do określonego porządku, ale zmienić go za wszelką cenę, wywrócić do góry nogami. Buntuje się przeciwko matce, odmawia zamążpójścia i odrzucą rolę wyznaczoną jej odgórnie przez społeczeństwo, czym sprowadza na swoją rodzinę klątwę. Przekleństwo może okazać się jednak błogosławieństwem, bowiem sprowokuje i Meridę, i królową Elinor do rozważań na temat tego, co je łączy, i pomoże we wzajemnym zrozumieniu.

Do rewolucji jednak jeszcze trochę zabrakło, do rewelacji także, lecz i tak „Merida waleczna” może śmiało stawać w szranki z poprzednimi przebojami Pixara. Scenariusz jest co prawda momentami nierówny, ale rekompensata w postaci dopracowanej w każdym szczególne warstwy wizualnej jest satysfakcjonująca, to prawdziwa uczta dla oczu. Animacji o takiej urodzie i o tak wysokim poziomie szczegółów chyba jeszcze w kinie nie wiedzieliśmy.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

Polecam również nieco dłuższy tekst o filmie, który ukazał się w wakacyjnym numerze miesięcznika "Kino".

wtorek, 14 sierpnia 2012

Nowe kino sci-fi na Transatlantyku (bilety do zgarnięcia!)

Poznański festiwal Transatlantyk (15.08-22.08) kusi w tym roku nową sekcją programową Poza gatunkiem, którą zainauguruje przegląd najciekawszych dokonań kina science-fiction z ostatnich lat - co ciekawe, pokazane filmy pochodzą spoza hollywoodzkiego kręgu producenckiego. Ze swojej strony polecam gorąco hipnotyczne "Po drugiej stronie czarnej tęczy", gdzie krzyżują się ze sobą inspiracje Davidem Cronenbergiem, Stanleyem Kubrickiem i... amerykańskimi horrorami typu slasher, oraz dynamiczny hiszpański thriller "Zbrodnie czasu" wciągający widza w skomplikowaną łamigłówkę. O innych filmach poczytać możecie na stronie przeglądu, a tymczasem mam dla Was konkurs błyskawiczny, w którym do wygrania są dwie podwójne wejściówki na wybrane punkty programu w sekcji Poza gatunkiem. Otrzymają je dwie pierwsze osoby, które napiszą do mnie maila z poprawną odpowiedzią na poniższe pytanie:

Ile statuetek Oscara zdobył film "2001: Odyseja kosmiczna"?



czwartek, 9 sierpnia 2012

Smacznego, telewizorku: Godzilla

Ma swoją własną gwiazdę w Alei Sław w Hollywood, jego charakterystyczny ryk objęty jest prawami autorskimi, a kilkanaście lat temu zgarnął nagrodę MTV za całokształt dokonań artystycznych – Godzilla, król potworów.

Godzilla (12.08 / 21.55 / TV4)
 
Ikona japońskiej popkultury, gwiazda kaijū eiga, czyli filmów z monstrami, dobiega już sześćdziesiątki. Narodził się w roku 1954 na fali popularnych amerykańskich produkcyjniaków science-fiction; miał być odpowiedzią na „Bestię z głębokości 20.000 sążni” i pierwsza wersja scenariusza autorstwa Shigeru Kayamy w wielu miejscach nawiązywała do hitu ze stajni Warner Bros. Kiedy do projektu dołączyli Takeo Murata i Ishiro Honda, skrypt ulegał dalszym zmianom, choć czas naglił – wytwórni Toho, w obliczu rosnącego popytu na podobne fabuły, zależało na szybkim wpuszczeniu filmu na ekrany. Można więc mówić o zderzeniu przypadkowości i chłodnej kalkulacji; ba, nawet słynny strój Króla Potworów, w którym występował kaskader Haruo Nakijama, nie był pierwszym wyborem pracującego przy filmie specjalisty od efektów specjalnych, Eijiego Tsuburayi, któremu marzyło się wykorzystanie techniki animacji poklatkowej. Godzilla w jego wersji miał przypominać gigantycznego głowonoga, dopiero później nadano mu cech antropomorficznych – na tym etapie pojawił się pomysł, aby głowa monstrum przypominała grzyb po wybuchu atomowym – aż wreszcie zdecydowano się na dobrze nam znany gadzi design. Problemów nastręczył też wybór imienia dla potwora, którego wreszcie ochrzczono Gojira (co było połączeniem słów gorira oraz kujira, oznaczających odpowiednio goryla i wieloryba) oraz chęć nakręcenia filmu w kolorze, na co naciskało studio Toho; o czerni i bieli zadecydowały kwestie ekonomiczne, gdyż umiejętne operowanie światłem i cieniem pozwoliło na zamaskowanie niektórych niedostatków technicznych.

„Godzilla” w reżyserii Ishiro Hondy miała swoją premierę w listopadzie 1954 roku, zaledwie parę miesięcy po tragicznym w skutkach incydencie z japońskim kutrem rybackim, którego załoga została napromieniowana na skutek amerykańskich prób z bronią nuklearną. Powróciły jeszcze świeże, wyniesione z drugiej wojny światowej lęki – dzieło Hondy odczytywano jako metaforę zagrożenia kolejnym konfliktem z użyciem atomu; jego destrukcyjną siłę symbolizował właśnie gigantyczny Godzilla. Zresztą nie brakuje w filmie scen w niemal dosłowny sposób nawiązujących do niedawnej tragedii z Hiroszimy i Nagasaki: przedstawiona obrazowo, zorganizowana ewakuacja ludności Tokio, wyjaśnienie genezy stwora czy finałowa, ponura konstatacja doktora Yamane, który przestrzega przed dalszymi testami broni atomowej. I choć to nadal jedynie stosunkowo prosty film gatunkowy o wielkim, siejącym zniszczenie monstrum, „Godzilla” odwołuje się do zbiorowej pamięci Japończyków i niesie ostrzeżenie, o którym zapomnieć nie wolno.

Niedawno zapowiedziano kolejne odrodzenie Godzilli – tym razem w Stanach Zjednoczonych; reboot serii wyreżyseruje Gareth Edwards, odpowiedzialny za dobrze przyjęty, autorski projekt zatytułowany u nas „Strefa X”. Nie będzie to oczywiście pierwszy sąsiedzki występ Króla Potworów, trudno zapomnieć o bolesnej porażce Rolanda Emmericha – który przyznał potem, że japońskich filmów z Godzillą nie lubi – z 1998 roku, emitowanych również i u nas serialach animowanych oraz lawinie komiksów. O nadchodzącym filmie na razie wiadomo niewiele, lecz zapewne czeka nas powrót do korzeni. Godzilla ponownie stanie się uosobieniem prącej naprzód, nieposkromionej siły i – miejmy nadzieję – powalczy o koronę Króla Blockbusterów.

Tekst pochodzi z "Dziennika" (10.08.2012). Jeśli chcecie poczytać o Godzilli nieco więcej, polecam blog Dawida Głowni.

piątek, 3 sierpnia 2012

Tydzień w kinie - "Margaret"

Opóźniona premiera obrazu Kennetha Lonergana nie jest wcale premierą spóźnioną – wydaje się bowiem, iż kilkuletni odstęp dzielący zakończenie zdjęć od momentu wprowadzenia „Margaret” na ekrany, spowodowany sprzeczkami reżysera z wytwórnią odnośnie do ostatecznego kształtu filmu, wzbogacił dzieło o dodatkowe konteksty. Poczynając od tych mniej znaczących, jak Anna Paquin,  dzisiaj gwiazda pełnego erotyki i przemocy telewizyjnego serialu o wampirach, w roli rozedrganej emocjonalnie nastolatki, po odłożoną w czasie refleksję na temat faktycznego znaczenia tego filmu, opowiadającego przecież o narodowej traumie wywołanej wydarzeniami z jedenastego września.

Margaret (7+/10)

Dramat Lisy Cohen można, a nawet trzeba, dla pełnego zrozumienia filmu, odbierać na dwóch poziomach: dosłownym i metaforycznym. Bezsilność i rozpacz rozdzierające siedemnastoletnią uczennicę – tak jak szlochającą nad opadającymi z drzew liśćmi dziewczynkę Margaret z przytaczanego na ekranie wiersza Gerarda Manleya – służą także za przenośnię kolektywnego odczuwania smutku i niemocy przez Amerykanów po zamachu na World Trade Center, do którego zresztą kilkukrotnie powracają w rozmowach bohaterowie.

Problematyka jest jednak bardziej złożona i wielowymiarowa, wykracza bowiem poza pierwsze stadium żałoby – objawiające się usilnymi, często beznadziejnymi próbami zrozumienia powodów tragedii – na którym koncentruje się spora część filmów nawiązujących do jedenastego września. Lonergan idzie dalej, każe swojej bohaterce rozpocząć gorączkowe poszukiwania winnych śmiertelnego w skutkach wypadku drogowego, do którego sama pośrednio się przyczyniła. Lisa miota się, nie do końca pojmuje swoją własną winę, obarcza nią kierowcę autobusu, do którego ma żal, iż nie przeżywa tragedii w tym samym stopniu, co ona. Odwaga i upór tworzą istną skorupę, przez którą usilnie starają się przedostać tłumiony strach i żal – aż wreszcie pojawią się na niej pęknięcia.

Tekst pojawił się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".