wtorek, 31 lipca 2012

Mroczna strona komiksu - przegląd historii z Batmanem


Powyższy skan to jedynie zajawka przeglądu kilku komiksów z Batmanem, które zaliczam do swoich ulubionych. Aby otworzyć większą wersję obrazka, kilknijcie tutaj.

piątek, 27 lipca 2012

Tydzień w kinie - "Mroczny Rycerz powstaje"

Ten film miał być dla mnie swoistą chwilą prawdy, blockbusterem ostatniej szansy, filmem, który określi stan współczesnego kina głównego nurtu - zawiodłem się bowiem i na "Prometeuszu", i na "Avengers", i na "Niesamowitym Spider-Manie", więc jeśli nie Nolan, to kto? Odpowiedź na to pytanie nie jest zadowalająca, choć "Mroczny Rycerz powstaje" to bodaj najlepsze dzieło, jakie wypluł z siebie w tym roku mainstream. A przecież to film tak bardzo niedoskonały i niekonsekwentny, na który mógłbym narzekać godzinami. Nie świadczy to dobrze o kondycji dzisiejszego kina rozrywkowego; stoimy pod murem i wydaje mi się, że widzieliśmy na ekranie już wszystko, co można było zobaczyć, że nie ma miejsca na żaden przewrót. Oczywiście chciałbym się mylić, lecz nie dostrzegam na horyzoncie dzieła zdolnego przeskoczyć to, czemu już, jako widzowie, stawiliśmy czoła.

Mroczny Rycerz powstaje (7-/10)

Moja ponura konstatacja nie wynika z tego, że Nolan nakręcił zły film - on po prostu nie jest tak dobry, jak mógłby być. Tendencja brytyjskiego reżysera do zbyt łatwych rozwiązań akcji znowu okazała się zgubna; o ile jest mistrzem w stopniowaniu napięcia, tak nie potrafi doprowadzić widza do kinematograficznego orgazmu. Pozostając w tym kręgu skojarzeniowym - "Mroczny Rycerz powstaje" przypomina przerwaną pieszczotę. Zastanawiam się, z czego to wynika - z nieudolności Nolana? Nie wierzę. Z wyczerpanego potencjału postaci? W to z kolei nie chciałbym wierzyć. Nadal sądzę, że trylogia Mrocznego Rycerza to najlepsza opowieść o Człowieku-Nietoperzu, jaką mogliśmy otrzymać w XXI wieku. I to właśnie daje mi do myślenia, zastanawiam się nad wybitnymi dziełami sztuki komiksowej, rewelacyjnymi powieściami graficznymi o Batmanie i nie jestem pewien, czy potrafię wymienić jakieś wydane w ostatnie dekadzie. Po głowie kołacze mi się "Powrót Mrocznego Rycerza", "Zabójczy żart", "Gotham w świetle lamp gazowych", ale kiedy to było? Całe lata temu. Nie ma już jednak we współczesnej popkulturze miejsca na postać z kultowych komiksów Franka Millera czy Alana Moore'a. To nie czas Tima Burtona, poszliśmy dalej. W jakim kierunku? Ano właśnie, obawiam się, że jesteśmy w ślepej uliczce. Nolan odarł Batmana z komiksowego kontekstu, osadził w niezależnej przestrzeni filmowej, jego trylogia to przyzwoite kino gatunkowe, które - uwaga - wcale Człowieka-Nietoperza nie potrzebuje. I w tym szkopuł. "Mroczny Rycerz powstaje" niby czerpie z materiału źródłowego, miesza wątki, na przykład zaprezentowana historia Bane'a to miszmasz "Knightfall", "Bane of the Demon" i "No Man's Land", lecz z takiego tygla wyłania się zamazany obraz postaci, świata, wydarzeń, Nolan operuje pustymi znakami. Zresztą ów realizm, na który często powołują się entuzjaści stylu Nolana jest jedynie fasadą, zasłoną dymną, większość rozwiązań fabularnych to z palca wyssane bzdury. Podobnie rzecz się dzieje z samym Batmanem, który jest postmodernistycznym, wycinankowym tworem z tożsamością zapożyczoną z wielu komiksów, a nie człowiekiem, jakiego chcielibyśmy w nim wreszcie zobaczyć.

Jest w filmie kilka znakomitych, wręcz doskonałych sekwencji, aż proszących się o choćby pobieżną analizę - degrengolada, powszechny chaos będące częścią planu Bane'a, noszą znamiona walki klasowej; oto pucybut i sprzątacz chwytają za broń i wymierzają lufy w maklerów giełdowych, a lud wkracza do domów bogaczy i wyrzuca przez okna wszelkie dowody materialnego zbytku; trudno o bardziej sugestywną scenę, oto dokonuje się rewolucja! Oczywiście to jedynie przykrywka, prawdziwe intencje przybysza znikąd są inne, lecz nie w tym rzecz - chciałem zaznaczyć, iż Nolan widzi drzewa, zaś nie dostrzega lasu. Niektóre sceny zapierają dech w piesiach (pierwsza walka Bane'a z Batmanem posiada w sobie tak ogromny ładunek emocjonalny, że można nim obdzielić parę filmów), ale zepsute są przez finałowe, zbyt proste, rozwiązania fabularne.

Wbrew temu, co napisano na plakatach, legenda nadal żyje, ale nie o Batmana powinniśmy się martwić; ten rok przyniesie nam jeszcze parę produkcji typowanych na wielkie, kasowe hity, ale nie spodziewam się, że któryś z nich przekona widzów bardziej niż "Mroczny Rycerz powstaje". I wcale mnie to nie cieszy.

środa, 25 lipca 2012

"Mroczny Rycerz powstaje" - konkurs z gadżetami z filmu!

Dzięki uprzejmości dystrybutora filmu "Mroczny Rycerz powstaje" - firmy Warner Bros. - mogę rozdać swoim czytelnikom parę fajnych gadżetów; do wygrania są licencjonowane koszulki, wchodzące w skład oficjalnego merchandise'u, więc gra jest warta świeczki. Innymi słowy: takich T-shirtów nie dostaniecie ani w sklepie, ani na przydomowym bazarze. Zadanie jest proste: napiszcie krótko (dosłownie w kilku zdaniach, nie przekraczajcie pięciuset znaków) o swoim ulubionym komiksie, ukochanej grze lub filmie z Batmanem. Mam dwa zestawy nagród: za pierwsze miejsce otrzymacie koszulkę męską i damską; za drugie damską - a więc Panie mają lepiej. Proszę więc podziwiać nagrody na poniższych zdjęciach, pisać, a swoje wypowiedzi słać na mój adres mailowy albo wklejać w komentarzach - jak Wam wygodniej. No i nie zapomnijcie, że "Mroczny Rycerz powraca" już za kilkadziesiąt godzin w kinach.


Konkurs potrwa do 31.07.2012 (włącznie).

wtorek, 24 lipca 2012

Tymczasem w księgarniach - "Habibi"

Arabska baśń ludowa według Craiga Thompsona wyrosła na gruncie fascynacji tamtejszą sztuką kaligrafii oraz chęci swoistego odczarowania kultury islamskiej widzianej oczami przeciętnego czytelnika amerykańskiego. Skutek tych starań jest, co prawda, dyskusyjny, bowiem Thompson mimowolnie pielęgnuje pewne stereotypy, aczkolwiek sama snuta przez niego opowieść jest wspaniała, szczególnie pod kątem wizualnym, choć niepozbawiona goryczy, smutku i okrucieństwa.

Habibi (8+/10)

Tematami przewodnimi „Habibi” są, w dużym skrócie, tęsknota i usilna wola przetrwania. Dodola, wydana jako dziecko za skrybę, uczy się od męża pisma – niczym Szeherezadzie, jej również umiejętność snucia niekończących się opowieści uratuje potem życie. Thompson akcentuje niebagatelną wagę tego talentu; zbliży on dziewczynę do uratowanego przez nią czarnoskórego Zema, z którym, po ucieczce na pustynię, osiedli się na opuszczonej łodzi. Los rozdzieli ich na długie lata, podczas których oboje będą musieli odszukać swoją seksualną tożsamość i wziąć się za barki z targającymi ich dusze uczuciami. Życie Dodoli naznaczone jest gwałtem; Zema – niespełnieniem. Ona zmuszona jest do prostytucji za jedzenie, później zaś trafia do haremu bogatego szejka. On nie może pogodzić się z tym, że jego towarzyszka traktuje go jak własnego syna, a nie kochanka, którym chciałby się stać. Oboje są tym samym więźniami własnej cielesności, traktowanej w ich świecie jak towar.

Na pomysł komiksu traktującego o dziecięcych niewolnikach autor wpadł jeszcze przed napisaniem swojego dotychczasowego opus magnum, autobiograficznej powieści graficznej „Blankets”, lecz fabuła w obecnym kształcie wykrystalizowała się nieco później. Thompson ambitnie planował ukończyć „Habibi” w zaledwie parę miesięcy; zajęło mu to siedem lat. Nakład pracy włożony w komiks widać gołym okiem – to pięknie, wręcz kunsztownie ilustrowany tom, zachwycający praktycznie każdym kadrem, znakomicie rozplanowany, narysowany z ogromną precyzją i dbałością o detale. Także sama konstrukcja stosunkowo prostej fabuły jest misterna; ciągłe retrospektywy i elipsy nie spowalniają jednak narracji, a nadają jej dynamiki. Interesująco wypadają nakreślone przez Thompsona paralele pomiędzy religią chrześcijańską a islamską, mające na celu uwydatnienie punktów stycznych obu kultur. Lecz choć jego intencje są słuszne, nie udaje mu się uciec od uproszczeń charakteryzujących rozumienie kultury orientu przez człowieka zachodu – swoje postaci umieszcza na tle bezimiennej masy złowrogich Arabów, praktycznie bez wyjątku gwałcicieli i złodziei, zaś cywilizacyjne problemy współczesnego wschodu wpisuje w baśniowy krajobraz; można też zarzucić autorowi zbytnią erotyzację seksualnej przemocy, co doprowadziło do recenzenckich oskarżeń o mizoginię.

Tekst ukazał się w piątkowym wydaniu "Dziennika" (20.07.2012).

czwartek, 19 lipca 2012

Tydzień w kinie - "Prometeusz"

Pozycja typowana na wakacyjny hit box office'u okazuje się rozczarowaniem; nie klęską, jak chciałaby część recenzentów, ale z pewnością porażką, choć publiczność zapewne dopisze. Ridley Scott, jakby wbrew wcześniejszym zapewnieniom, jednak schlebia gustom widzów złaknionych kolejnej części „Obcego” i w dodatku robi to po linii najmniejszego oporu. Zaś w wywiadach dodaje, skądinąd protekcjonalnie, że wszelakie niedopowiedzenia i luki w warstwie fabularnej „Prometeusza” są zamierzone, gdyż prowadzą do sequela; a sequel do finałowej części trylogii, która będzie pomostem łączącym właśnie rodzącą się serię ze słynnym cyklem zapoczątkowanym przez Scotta w roku 1979.

Prometeusz (4/10)


Faza planowania trwała latami. Pracą konceptualną, prócz Scotta, zajmował się też James Cameron, lecz obaj zrezygnowali na wieść, iż Paul W.S. Anderson zrealizuje spin-off „Obcy kontra Predator” – jak się później okazało boleśnie nieudany. Sama postać oślizłego, kosmicznego drapieżnika z kwasem zamiast krwi uległa swoistej komercjalizacji i infantylizacji, a jej potencjał rozmieniono na drobne. Dlatego też Scott, powracając do zarzuconego projektu, chciał w „Prometeuszu” odejść od flagowej postaci serii i pójść w nieco innym kierunku, nadal pozostając jedną nogą w tym samym filmowym uniwersum. Kilkakrotnie przepisywany scenariusz sprawia jednak wrażenie przerobionego skryptu kolejnego sequela, a może remake'u, „Obcego” – podobieństwa narzucają się same podczas seansu i trudno orzec, czy to jedynie ukłony dla wyrobionej publiki, czy brak wyobraźni. Jakkolwiek by nie było, fabuła nie wytrzymuje konkurencji ze stroną wizualną filmu. A ta, choć intrygująca, to pozbawiona jest drapieżnego wizjonerstwa, które charakteryzowało pierwszą odsłonę kosmicznej serii. „Prometeusz” ze swoim monumentalizmem i pompatycznością choruje na blockbusteryzm. Treść zaś rozdarta jest pomiędzy historię rodem z klasycznego science-fiction traktującego o wyprawie badawczej na obcą planetę, a mętne wywody filozoficzno-antopologiczne zapożyczone z prac Ericha von Dänikena z zakresu paleoastronautyki. Problematyka jest wyssana z palca, ideologiczne konflikty załogi zdają się mało reżysera interesować, wielowątkowy scenariusz gubi sens, a aktorzy nie mają pola do popisu.


Rok 2089. Para archeologów, Elizabeth Shaw (duchowa kuzynka Ellen Ripley grana przez Noomi Rapace) i Charlie Holloway (w tej roli Logan Marshall-Green), wpada na trop epokowego odkrycia – powtarzalność pewnych wzorców w malunkach naskalnych oddalonych od siebie w przestrzeni i czasie cywilizacji może wskazywać na to, że są one w rzeczywistości zaproszeniem, jaki otrzymaliśmy od gwiezdnej rasy, która, być może, zapoczątkowała życie na Ziemi. Mocno w taki obrót spraw wierzy Peter Weyland (ucharakteryzowany Guy Pearce), szef korporacji zdolnej sfinansować wyprawę Shaw i Hollowaya na odległy księżyc. Ekipa naukowców wyrusza w trwający dwa lata lot pod okiem androida o imieniu David (znakomity Michael Fassbender). Oczywiście znajdująca się u kresu ich podróży konstrukcja kryje tajemnicę – wielbiciele „Obcego” wiedzą, czego się spodziewać; zagrożenie jest bowiem tylko pozornie odmienne. Załoga Prometeusza, rozdarta pomiędzy obowiązkiem a zdrowym rozsądkiem, mimo ewidentnego niebezpieczeństwa, kontynuuje eksplorację kompleksu.


Scott nadal czuje się wyśmienicie w scenach zbliżających film do horroru, lecz zbyt mało tutaj dynamicznych sekwencji i klaustrofobicznego, paranoicznego lęku zdolnego ożywić ekran; monotonne tempo narracji sprawia, że „Prometeusz” to dzieło toporne, powolne i zwyczajnie... nudne. Także i scenografia nie może się równać z dawnymi dokonaniami H.R. Gigera – który, co prawda, pracował i przy tym filmie, choć jego udział był mocno ograniczony. Zwracają uwagę projekty kosmicznych monstrów, zapożyczone chyba od Lovecrafta – w gruncie rzeczy nawet i sam pomysł wyjściowy można podciągnąć pod inspiracje dokonaniami amerykańskiego pisarza. Niestety, więcej zalet przywołać nie sposób.

Tekst pochodzi z piątkowego wydania "Dziennika" (20.07.2012).

piątek, 13 lipca 2012

Tydzień w... domu - "Strasznie głośno, niesamowicie blisko"

Jonathana Safrana Foera część amerykańskiej krytyki oskarżyła o istny terroryzm emocjonalny – jego bestsellerowa książka „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” miała bowiem bezwstydnie żerować na pamiętnej tragedii z jedenastego września 2001 roku. Bogaty styl autora okrzyknięto przykrywką dla miałkiej, sentymentalnej treści, obliczonej jedynie na wyciśnięcie kilku łez z oczu wzruszonego czytelnika. Adaptacja w reżyserii autora „Godzin”, Stephena Daldry'ego, choć momentami prawdziwie intrygująca, jest w gruncie rzeczy tak samo oportunistyczna i rozmyta.

Strasznie głośno, niesamowicie blisko (5/10)

To mógł być frapujący film o – parafrazując jedną z wypowiedzi Daldry'ego – poszukiwaniu sensu w czymś, co dla dziewięciolatka sensu mieć nie może. Oskar Schell traci ojca w zamachu terrorystycznym na World Trade Center; przejawiający symptomy zespołu Aspergera chłopak usiłuje odszukać logiczne powiązania pomiędzy śmiercią rodzica, ich wspólnymi zabawami i tajemniczym kluczem, który znajduje w rozbitym wazonie. Zadanie z góry skazane jest na niepowodzenie, gdyż tej tragedii nie da się ująć w racjonalne ramy; ale próby Oskara są próżne jedynie z pozoru, dzięki nim uporządkuje życie swoje i najbliższych, a film zahaczy niebezpiecznie o mdłą melancholijność.

I bodaj to właśnie niefrasobliwość Daldry'ego w prowadzeniu fabuły jest najpoważniejszym mankamentem filmu – młodego Oskara traktuje jako przynętę na widza; zdając sobie sprawę z potencjału zarówno postaci, jak i samej historii, wykorzystuje go w sposób przypominający szantaż. „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” raczej wymusza wzruszenia, niż je faktycznie prowokuje, brak w filmie emocjonalnej prawdy, a odwołania do jedenastego września są w gruncie rzeczy pretekstowe. Zbyt wiele tutaj pustki, lecz za mało uczucia, i docenić można chyba jedynie poziom realizacyjny filmu oraz kreacje Thomasa Horna i Maxa Von Sydowa.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

poniedziałek, 9 lipca 2012

Crouch End według Stephena Kinga

Crouch End - średniowieczna wioseczka, która przed setkami lat stanęła gdzieś w dolinie przy drodze prowadzącej z Londynu na północ, dzisiaj jest niczym niewyróżniającą się częścią brytyjskiej metropolii; czynsze proporcjonalnie wysokie do średniej wieku przeciętnego mieszkańca, kilka drogich sklepów, zadbane chodniki, zabytkowa wieża z zegarem i... opuszczona stacja kolejowa.

Stacja na Crouch End coraz bliżej...
Początek trasy Parkland Walk
Za sprawą porośniętych trawą i chwastami, nieużywanych od kilkudziesięciu lat peronów, wyrastających z usypanego wału wiaduktów i ciemnych tuneli z nikłym światełkiem widocznym na ich końcu Crouch End jest znane miłośnikom literackiej grozy. Tam bowiem Stephen King osadził jedno ze swoich opowiadań, które wpisuje się w wymyśloną przez amerykańskiego klasyka literatury niesamowitej, Howarda Philipsa Lovecrafta, mitologię Cthulhu. Podczas pobytu w Londynie w latach osiemdziesiątych King odwiedził swojego przyjaciela Petera Strauba, który jako miejsce spacerowe polecił mu nowo otwartą trasę zwaną Parkland Walk. 

Pozostałość po wiadukcie
Wizyta zainspirowała Kinga do sięgnięcia po pióro - nic w tym dziwnego, gdyż miejsce to posiada urodę zaprawdę niepokojącą i gdy sam szedłem liczącą sobie kilka kilometrów ścieżką, po plecach nieraz przechodziły mi ciarki. Jeszcze zanim powstał krótki kawałek "Crouch End" (można go znaleźć w wydanym także i u nas zbiorze "Marzenia i koszmary"), o zamkniętej na amen przed paroma dekadami stacji kolejowej krążyły już wcześniej różnorakie opowieści dziwnej treści...

Zamknięte na głucho tunele kolejowe

Nieczynne perony
Ponoć można tam było usłyszeć pociąg widmo sunący po niewidzialnych szynach, po peronach krzątały się duchy zmarłych pracowników stacji, a w okolicy grasował spriggan, czyli człowiek-kozioł, którego uwieczniono na znajdującej się na trasie upiornej rzeźbie. 

Rzeźba przedstawiająca człowieka-kozła
Od dawna mówiło się również o cygańskiej klątwie ciążącej na Crouch End. Kinga zainteresowała historia tego miejsca; zaawansowane prace nad biegnącą w okolicy linią metra przerwała druga wojna światowa - a przynajmniej oficjalnie, bo przecież prawdziwy powód mógłby być nieco bardziej... nadnaturalny. Zapewne właśnie tego chciałby King, który nieprzypadkowo sięgnął właśnie po mity Cthulhu. Pamiętacie rewelacyjne opowiadanie Lovecrafta "Model Pickmana"? No właśnie...

Wyjście z Crouch End...?

środa, 4 lipca 2012

Smacznego, telewizorku: Wakacje z piekła rodem

Od jakiegoś czasu chodził mi po głowie pomysł na nowy cykl wpisów blogowych związanych z telewizją. Kultura oglądania filmów zmieniła się diametralnie od czasu, kiedy miałem lat -naście, i chyba nikt już nie biegnie z pracy czy ze szkoły do domu, żeby zdążyć na emisję długo wyczekiwanego tytułu - dzisiaj można go przecież zapisać na twardym dysku, namierzyć w sieci, kupić w sklepie - lecz czuję, że mam wobec szklanego pudła pewien dług, podobnie zresztą jak wobec kaset wideo, ale to materiał na inny, dłuższy tekst. Z rozmaitymi VHSami, użyczonymi przez kolegę, tudzież wyszperanymi w osiedlowej wypożyczalni, biegało się pod pachą jak z jakimś skarbem wyciągniętym z zatopionej pirackiej skrzyni, żeby czym prędzej wrzucić taśmę do odtwarzacza. Telewizję utożsamiam raczej z pewnym oczekiwaniem. Jako że od dzieciaka uwielbiałem horrory, a leciały one dość późno, broniłem się przed snem, aby zobaczyć kolejny "Piątek trzynastego" czy "Laleczkę Chucky", gapiąc się z rozdziawioną gębą w telewizor i nasłuchując, aby nie uronić ani jednego słowa dobiegającego z przyciszonego odbiornika. Przeglądając informacje prasowe, jakie znajduję w swojej skrzynce, natrafiłem na maraton horrorów, który przypomniał mi, jakim zapalonym telewidzem byłem i uaktywnił w mojej głowie uśpiony pomysł na ów wspomniany powyżej cykl wpisów. Mam nadzieję, że będzie on początkiem czegoś w miarę regularnego; zobowiązuję się więc od czasu do czasu wertować program TV, czego nie robiłem od dawna. Będzie to dla mnie także okazja, aby nabazgrać parę słów o filmach, o których normalnie bym nie napisał, do tego w sposób nieco bardziej prywatny niż zazwyczaj, luźniejszy, zapewne nierzadko nostalgiczny.

Kadr z filmu "Halloween - 20 lat później"
Wakacje z piekła rodem (8-29 lipca; 13TH STREET Universal)

Niezłą propozycją wakacyjną uraczył telemaniaków kanał 13TH STREET Universal, który wcześniej kojarzyłem - nawet nie jestem pewien, czy słusznie - z programami dla widowni nastoletniej i serialami kryminalnymi. A tutaj proszę: w ramach specjalnego cyklu horrorów pokazane zostaną dwa sequele znakomitej, autodemaskatorskiej serii Wesa Cravena, czyli "Krzyk 2" (8 lipca, godzina 22:00) i "Krzyk 3" (15 lipca, godzina 22:00) oraz zrealizowane w ostatnich piętnastu latach odcinki tasiemca "Halloween" ("20 lat później" 22 lipca, godzina 22:00; "Powrót" 29 lipca, godzina 22:00).

Kiedy przed laty oglądałem pierwszy "Krzyk", spodziewałem się wówczas kolejnego slashera, nie miałem pojęcia, że przed moimi oczami rozegra się mała rewolucja gatunkowa. Bo nagle na ekranie pojawia się typek z mojego świata; w sensie - nie z tego filmowego, w którym nikt nie słyszał, że zombie padają od strzału w głowę i mało kto ma na tyle oleju w głowie, żeby po zmroku nie wychodzić na ganek z pytaniem "kto tam?" na ustach, ale z mojego, tego, gdzie ludzie oglądają z kolegami horrory przy piwie i mają z tego niezły ubaw. Dotknęliśmy więc pewnej granicy łączącej nas z nimi, a przeżycie to było wręcz nie do opisania. Tym dla mnie wtedy był "Krzyk" - jeszcze ani nie dekonstrukcją, ani nie przepisywaniem horroru na nowo, ani nie zgrywą z konwencji. Co zaś z kolejnymi odcinkami? To nadal rzeczy kpiarskie, a raczej dobrodusznie szydercze, bo obnażające wyświechtane klisze i schematyczność slashera przy jednoczesnym przywiązaniu do gatunkowych ram; to swoista autodysekcja, zdecydowanie warta obejrzenia.

Za to "Halloween" Johna Carpentera to według mnie arcydzieło horroru i jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów. Z sequelami bywało różnie - część druga była świetna, późniejsze już zaledwie przeciętne lub po prostu słabe. "20 lat później" obejrzałem na kasecie wideo, ciekaw, jak potoczą się dalsze losy przeklętej rodziny Myersów. Moje zaskoczenie i rozczarowanie było ogromne; miałem bowiem do czynienia z mieszanką rebootu i sequela. Film pomijał wydarzenia z poprzednich kilku odsłon i był bezpośrednią kontynuacją dwóch pierwszych odcinków serii. Rok 1996 otworzył nowy rozdział w horrorze, kina i wypożyczalnie wkrótce po premierze dzieła Cravena zalały produkty krzykopodobne - choć bez intencji dekonstrukcyjnych, skupiające się jedynie na radosnej masakrze -  i "20 lat później" również antycypuje hegemonię epigońskich tworów, które potem wrzucimy do wora z napisem teen slashers. Po seansie byłem jednak ukontentowany, bowiem seria wreszcie znalazła definitywne zamknięcie. Czy aby na pewno? Bynajmniej. Parę lat później nabyłem pakiet filmów na DVD wydany przez firmę Anchor Bay; w jego skład wchodziły wszystkie części serii "Halloween" wraz z "Powrotem". Byłem sceptyczny, sięgając po płytę, ale już początek tego filmu rozłożył mnie na łopatki, bowiem Michael wreszcie realizuje swój cel, do którego dążył przez tyle lat. Hmmm... dopiero pisząc te słowa, doszedłem do wniosku, że zło zatryumfowało! Oczywiście tylko do czasu premiery następnego sequela...

poniedziałek, 2 lipca 2012

Rosiński i Thorgal w Stalowej Woli

Do połowy sierpnia w Stalowej Woli można oglądać wystawę retrospektywną poświęconą Grzegorzowi Rosińskiemu.

Zaprezentowano w jej ramach prawdziwy przekrój prac autora; od rysunków kreślonych niewprawną jeszcze ręką i pierwszych, młodzieńczych publikacji, po świeże projekty i ostatnie szkice. Wydarzeniu głównemu towarzyszyć ma także wystawa plenerowa – jej tematem będzie z kolei wyłącznie seria „Thorgal”, której Rosiński w dużej mierze zawdzięcza dzisiejszą pozycję.

Zanim wyjechał na stałe do Belgii, przez długie lata publikował w Polsce – najpierw przygody kapitana milicji obywatelskiej Jana Żbika, potem porucznika Sławomira Karskiego, zaś następnie „Legendarną historię Polski” i komiksy w magazynie „Relax”, któremu szefował. Druga połowa lat siedemdziesiątych okazała się dla Rosińskiego przełomowa. Podczas wyjazdu na stypendium do Belgii w roku 1976 poznał scenarzystę Jeana Van Hamme'a – to spotkanie zaowocowało pierwszą historią o Thorgalu, wikingu z gwiazd, która ukazała się na łamach czasopisma „Tintin”, a rok później w polskim „Relaksie”. Dzisiaj seria liczy sobie trzydzieści trzy albumy, doczekała się dwóch spin-offów – trzeci, traktujący o młodości Thorgala, już w drodze, a mówi się o jeszcze jednym, dopiero planowanym – wersji powieściowej i niezbyt udanej gry komputerowej. Koniec cyklu głównego majaczy na horyzoncie; po trzech kolejnych numerach, w roku 2017, ma on zazębić się z seriami pobocznymi. Wątpliwe jednak, czy wydawcy dadzą przemierzającemu już od ponad trzydziestu lat fantastyczne krainy wikingowi tak po prostu odejść, szczególnie biorąc pod uwagę niesłabnącą, pomimo kontrowersji i zarzutów o brak inwencji i nadmierne infantylizowanie fabuły, popularność tytułu.

Obojętnie jednak, jak potoczą się dalsze losy Thorgala, obaw co do artystycznej przyszłości Rosińskiego mieć raczej nie można – wszak na przestrzeni ostatnich paru dekad jako rysownik współtworzył wiele innych znakomitych serii i albumów. Niemal symultanicznie z Thorgalem, jeszcze w Polsce – autor wyjechał na stałe z kraju po wprowadzeniu stanu wojennego – powstały pierwsze plansze do popularnej serii „Hans” (u nas, z powodu niefortunnych konotacji tegoż imienia, przemianowany na „Yansa”), opowieści science-fiction o postapokaliptycznym świecie, którego życie skupia się wokół jednego państwa-miasta rządzonego twardą ręką. Nad tym cyklem pracował wraz z pisarzem i scenarzystą André-Paulem Duchâteau, lecz swoje największe dzieła stworzył wspólnie ze wspomnianym już Van Hammem. Pod koniec lat osiemdziesiątych autorzy opublikowali przesyconą pesymizmem, czerpiącą zarówno z Kubricka, jak i z Tolkiena, pozbawioną jednak charakterystycznego dla prozy Brytyjczyka optymizmu, trawestację Nowego Testamentu, będącą swoistą antytezą opowieści mesjanistycznej, miniserię „Szninkiel”. Ponad dziesięć lat później wydali album „Western”, historię będącą istnym epitafium dla Dzikiego Zachodu, bliską duchem antywesternom Sama Peckinpaha, w której dawny etos kowbojski, oparty na wolności, ustępuje miejsca zbudowanej na fałszu nowoczesności.

Zresztą w tym ostatnim komiksie Rosiński znacząco zmienił kreskę, demonstrując swój talent malarski, co znajdzie swoje konsekwentne rozwinięcie w kolejnych tytułach – szalonej wariacji na temat powieści awanturniczych, luźnej adaptacji „Hrabiego Monte Christo” pod tytułem „Zemsta hrabiego Skarbka” oraz kilku ostatnich zeszytach „Thorgala”. Rosiński zrezygnował z charakterystycznego dla siebie, realistycznego rysunku, porzucił kontur na rzecz malarstwa, plansze planował jak osobne płótna. I tak już pozostanie w kolejnych jego dziełach; artysta twierdzi, że nagły powrót do starego stylu byłby krokiem w tył. A jednak to właśnie rysunek kojarzący się z serią „Thorgal” jest chętnie naśladowany, chociażby przez autorów odpowiedzialnych za spin-offy głównego cyklu czy też kontynuację, a raczej prequel, sagi fantasy pod wspólnym tytułem „Skarga Ziem Utraconych”, którą Rosiński zajmował się w latach dziewięćdziesiątych.

Wystawa w Stalowej Woli nie jest oczywiście pierwszym podobnym wydarzeniem – prace Grzegorza Rosińskiego wystawiano już za granicą, a także można je było oglądać na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi, gdzie artysta jest częstym gościem. Wydaje się jednak, że ta ekspozycja okaże się najbardziej kompletną, jaką będziemy mieli okazję zobaczyć.

A tutaj znajdziecie mój ubiegłoroczny wywiad z Grzegorzem Rosińskim.

Tekst ukazał się w piątkowym wydaniu "Dziennika" (29.06.2012).