piątek, 29 czerwca 2012

Tydzień w kinie - "Słodkich snów"

Patologiczna mizantropia i stałe poszukiwanie ujścia dla niechęci i pogardy żywionej dla świata leży u podstaw sensu życia Cesara, czterdziestoletniego dozorcy w jednej z miejskich kamienic. Mężczyzna, niczym bohater słynnego opowiadania „Dystrybutor” Richarda Mathesona, całkowicie podporządkowuje się destrukcyjnemu procederowi, poświęcając dnie i noce na uprzykrzanie życia mieszkańcom budynku. Nie kieruje nim żadna inna motywacja prócz socjopatycznej nienawiści wobec zwyczajnych ludzkich przejawów szczęścia. Szaleniec – w świetnej kreacji Luisa Tosara, który nadaje swojej postaci demoniczności godnej Normana Batesa z „Psychozy” – za cel obiera sobie młodą kobietę Clarę; po zmroku wkrada się do jej mieszkania, studiuje słabości i uderza. Oczywiście cały czas kryjąc się za fasadą serdecznego, empatycznego sąsiada, któremu z ust nie schodzi uśmiech.

Słodkich snów (8/10)

„Słodkich snów” to pierwsze samodzielne dzieło Jaume Balagueró od sześciu lat – przez drugą połowę ostatniej dekady zajmowała go przede wszystkim praca nad serią „[Rec]”, a stołek reżyserski dzielił z Paco Plazą. Hiszpański filmowiec udowodnił wcześniej, tytułami takimi jak „Bezimienni” czy „Ciemność”, że interesują go właśnie podobne, kameralne historie skupiające się na indywidualnym dramacie, przeważnie osadzone w przestrzeni prywatnej, gdzie groza polega na naruszeniu sfery intymnej. Cesar ze „Słodkich snów” dokonuje na niej gwałtu, jest niczym nocna zmora, inkub, to projekcja bodaj jednego z największych lęków czującego się bezpiecznie we własnym łóżku, pogrążonego we śnie człowieka –  Balagueró umiejętnie buduje atmosferę paranoicznego niepokoju.

Fabuła „Słodkich snów” może skojarzyć się z niedawnym „Rezydentem”, lecz jest to film lepiej skonstruowany, spójny i gładko poprowadzony. Zamiast postawić na serię brawurowych zwrotów akcji i nagłych wolt, zdecydowano się na konsekwentne budowanie napięcia; nawet finał przypomina raczej implozję niż gwałtowny fajerwerk.

Tekst ukazał się w dzisiejszym "Dzienniku".

środa, 27 czerwca 2012

Tymczasem w księgarniach - "W pierścieniu ognia", "Kosłogłos", "Królewska nierządnica"

„W pierścieniu ognia” (8/10) / „Kosogłos” (8/10)

Po przeczytaniu trylogii Suzanne Collins ciężko spojrzeć na całość jak na osobne utwory; wszystkie trzy książki splątane są ze sobą wieloma nićmi – wątki zazębiają się, jedne rozwijają, drugie pozostają w uśpieniu, aby za chwilę wybuchnąć nagłą woltą, ale wszystko niezmiennie biegnie ku szczęśliwemu (?) zakończeniu. O ile tom drugi, „W pierścieniu ognia”, jest pewną wariacją na temat fabuły poprzedniej książki – ponownie odbywają się głodowe igrzyska – tak zwieńczenie trylogii, „Kosogłos”, to wycieczka w nieco inne rejony, opowieść o wojnie, która, owszem, spustoszy Panem, lecz przede wszystkim pozostawi po sobie niezabliźnioną ranę w pamięci jej uczestników i obserwatorów. Intrygująca jest przemiana głównej bohaterki, Katniss, która z rozważnej, mądrej dziewczyny staje się zdeterminowaną, wyniszczoną trudami podejmowanych decyzji kobietą. Na dalszy plan zepchnięty zostaje wątek miłosnego trójkąta, choć ostateczny wybór Katniss wydaje się oczywisty w kontekście nadchodzących zdarzeń. Pozwolę sobie na nieco trywialne, acz prawdziwe podsumowanie – trylogia „Igrzyska śmierci” to literatura młodzieżowa z wyższej półki, o tysiące mil wyprzedzająca większość zalewających rynek, skierowanych do nastolatków książek. I niech te proste słowa posłużą za rekomendację.

„Królewska nierządnica” (7/10)

Nell Gwynn żyła naprawdę – w XVII-wiecznym Londynie – i udało się jej zrobić niebywałą karierę na miarę europejskiego american dream, o którą można było zawalczyć, jeśli miało się poukładane i w głowie, i między nogami; z ubogiej dziewczynki bez przyszłości awansowała na królewską kochankę i matkę bękartów miłościwie panującego władcy. „Królewska nierządnica” to powieść w zamierzeniu historyczna – w posłowiu autorka wyjaśnia, które luki faktograficzne zalepiła fikcją –  ale bardziej niż do Aleksandra Dumasa, bliżej jej do „Pamiętników Fanny Hill”; to książka mocno rozerotyzowana, niestroniąca od licznych i momentami dosadnych opisów łóżkowych przygód Nell, ale fantazje Gillian Bagwell o ból głowy przyprawią chyba tylko pensjonarki. Trzeba dodać, że interesujący jest sam portret Londynu odmalowany w powieści; przetaczają się przez niego zarazy, pożary, a w powietrzu wisi nieustająca groźba wojny. To dziki, nieprzyjazny, pełen pułapek świat, w którym prosta dziewczyna próbuje jakoś się odnaleźć – choćby w królewskiej pościeli.

niedziela, 24 czerwca 2012

Kto pomści Mścicieli? Rzecz o "Avengers"

I choć „Avengers” są w rzeczywistości filmową egzemplifikacją problemu, z jakim Marvel boryka się od lat – jak w jednym kadrze upchnąć legion superherosów i dopisać do tego sensowną fabułę – wydaje się, że podobna kwestia mało kogo interesuje. A powinna.

Rzecz jasna, nie ma co szerzyć defetyzmu, bowiem film Jossa Whedona to widowisko nie byle jakie, satysfakcjonujący spektakl audiowizualny i blockbuster najwyżej próby. Tym bardziej szkoda, że posiada wyraźne i głębokie rysy w warstwie fabularnej. Można by sądzić, po seansach z inteligentnie poprowadzonym „Iron Manem” czy pastiszowym „Kapitanem Ameryką”, że film zostanie pozbawiony irytujących natręctw charakteryzujących epickie opowieści z logiem Marvela. Nic bardziej mylnego – „Avengers” to produkt dlań reprezentatywny, istna esencja scenariuszy, które katuje się tam od lat, produkt bezpieczny, niepodejmujący żadnej polemiki ani z medium źródłowym, ani z kinem komiksowym jako takim. Mimo to film okazał się sukcesem bezprecedensowym, bijąc rekordy popularności od Los Angeles po Tokio, zbierając przy tym wysokie noty w opiniotwórczych mediach, a to przecież jeszcze nie koniec tryumfalnego pochodu mścicieli. Nikogo taki stan rzeczy nie dziwi, gdyż obraz Whedona był skazany na sukces praktycznie od chwili, gdy pomysł na film zrodził się w głowie szefa Marvel Studios, Aviego Arada.

Rewelacyjnie wyniki finansowe „Avengers” zawdzięczają jednej z najmądrzej poprowadzonych kampanii marketingowych w dziejach kina – okazało się, że skuteczną platformą reklamy filmu jest… sam film. Kręcone w latach 2008-11 wysokobudżetowe produkcje spod znaku Marvela stopniowo wprowadzały kolejne postacie, które wreszcie weszły w skład drużyny super-bohaterów, a fabuły czterech filmów („Iron Man”, „Niesamowity Hulk”, „Thor” i „Kapitan Ameryka:Pierwsze starcie”) miały skrzyżować się w blockbusterze totalnym, na który typowano właśnie „Avengers”. Tym samym zwolniono Whedona z konieczności rozrysowywania portretów psychologicznych Mścicieli; wszak z każdym z nich widzowie mieli okazję spędzić już wcześniej te sto parę minut. Nie poszła za tym żadna refleksja, nie zaproponowano w zamian interesującej ekspozycji, a fabularne luki zalepiono pustym efektem. Zestawione na siłę pojedynki herosów motywowane konfliktami personalnymi rodem z piaskownicy, niczym nieuzasadnione decyzje bohaterów, brak logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego i pretekstowa fabuła „Avengers” tak naprawdę uwsteczniają myślenie o współczesnym komiksie, sprowadzając go ponownie do poziomu rozrywki dla nastolatków. Co prawda „Avengers” nigdy nie mieli ambicji rewizjonistycznych ani dekonstrukcyjnych, ale przy wsparciu konceptualnym ze strony Whedona mogli być czymś więcej niż tylko rozbuchanym widowiskiem z walącym się w gruzy Nowym Jorkiem w tle. Niestety, brak tutaj autorskiego rysu, ale czy można tak naprawdę kogokolwiek obarczyć winą za taki stan rzeczy i w ogóle mówić o winie? Chyba jednak nie, gdyż publiką docelową filmu jest faktycznie młodzież, a wyniki box office mówią same za siebie. Wszelaka krytyka „Avengers” i tak pozostanie bez echa, bowiem film spełnił pokładane w nim nadzieje z nawiązką; zalatujące truizmem wnioski mówią jasno, że kino to przecież biznes, Marvel nie jest organizacją charytatywną, a ich produkt musi się przede wszystkim sprzedać.

„Avengers” to przypadek trudny; dobry film, który jest jednocześnie filmem złym. Wraz z jego premierą zakończyła się trwająca kilka lat era, przed Marvelem zamykają się niektóre furtki i nie jest wcale jasne, czy uda się szybko otworzyć nowe. Zaś prace nad sequelem już trwają…

Tekst ukazał się w czerwcowym numerze magazynu kulturalnego "Hiro".

piątek, 22 czerwca 2012

Seans bez powodu: "Kobieta na skraju dojrzałości"

Diablo Cody, choć zaprzecza, nadal pisze o dojrzewaniu. Tyle że w jej ostatnim filmie nastolatka wkracza już w wiek średni.
Oglądając pierwsze sceny „Kobiety na skraju dojrzałości”, poczułem się nieswojo – oto w swoim mieszkaniu siedzi klasyczny przykład freelancerki, która zamiast klepać nieprzerwanie w klawisze, surfuje po necie, etatowość wydaje się być dla niej konceptem kompletnie niezrozumiałym, każdy dzień tygodnia jest weekendem, a na weekend składają się poniedziałki. Sam przepracowałem w życiu jedynie/aż trzy miesiące w systemie nine to five i po tych dwunastu tygodniach doszedłem do wniosku, że jestem całkowicie beznadziejnym przypadkiem osoby niezatrudnialnej.

Być może z tego powodu nawiązałem pewne duchowe porozumienie z Mavis, główną bohaterką filmu autorstwa duetu Reitman-Cody, choć to oczywista neurotyczka, która żyje mrzonkami, idealizując okres szkoły średniej, kiedy to była królową balu i latała z chłopcami po okolicznych zagajnikach. Teraz, zbliżając się do czterdziestki, próbuje odtworzyć minione – i to dosłownie. Powraca więc do rodzinnej zapadłej dziury, aby odbić dawnego chłopaka jego obecnej żonie. Pomysł durny, tutaj rozmijam się z Mavis, gdyż ja nie mam takiego komfortu, żeby sobie ześwirować. A jednak ta egotystyczna i w gruncie rzeczy antypatyczna blondynka o zadatkach na mizantropiczną socjopatkę, której strój codzienny składa się T-shirtu z logiem Hello Kitty i wymiętych jeansów, wzbudziła moją sympatię. I nie tylko dlatego, że sam mam pół szafy podkoszulków z filmami z lat osiemdziesiątych.

Po obejrzeniu filmu nachodzi refleksja – czy można ot tak, po prostu, przespać moment, w którym powinno się dorosnąć? A może inaczej – czy powinno się dorosnąć, czy to tylko wymyślony przykaz społeczny, niejako przeciwny naturze niektórych jednostek, tupiących nóżką i niepozwalających, aby połknęła ich rzeczywistość? Nie jestem odpowiednią osobą, żeby odpowiedzieć na tak postawione pytanie, bowiem nie mam nawet pojęcia, czy dzisiaj jeszcze wtorek, czy może już środa. W ostatniej scenie filmu Mavis odjeżdża swoim autem w siną dal. Przy drodze stoi znak z napisem right lane, co tłumaczyć można luźno jako właściwa droga – prosty sygnał od reżysera, a przecież tak znaczący. Bo kluczem do dorosłości jest w opisywanym filmie, jak zresztą w setkach innych, akceptacja rzeczywistości, nie mająca jednak nic wspólnego z pasywnym, biernym odbiorem, a bardziej z daniem jej w pysk.

Zakończenie „Kobiety na skraju dojrzałości” to antyteza tych wszystkich komedyjek, w których główna bohaterka jedzie do rodzinnej mieściny, gdzie wszyscy wiodą nieskomplikowane, ale szczere i pozbawione trosk życie, i sama odnajduje tam upragniony spokój. O nie, to nie rozwiązanie dla Mavis, wszak poświęciła całe lata, aby się stamtąd wyrwać i tak naprawdę ma w głębokim poważaniu tych, od których zapragnęła kiedyś uciec – musi tylko to zrozumieć, odciąć się od przeszłości, oderwać od niedoskonałej młodości. Wtedy zblednie splendor szkoły średniej, a ona być może przestanie w kompulsywnym odruchu wyskubywać sobie włosy. Nihilistyczne? Niekoniecznie, powiedziałbym raczej, że nad wyraz prawdziwe. Dorosnąć musi w końcu każdy. Nie we wszystkich zostanie jednak tyle dziecka, co w Mavis. I, mam nadzieję, we mnie.

wtorek, 19 czerwca 2012

Bomba w Hollywood

Aż do jedenastego września 2001 roku kino amerykańskie głównego nurtu rzadko zajmowało się tematem terroryzmu pod kątem filmowej publicystyki, czyniąc z zamachowców i porywaczy narzędzia podnoszące gatunkową atrakcyjność spektaklu.
Plakat filmu "Nocny jastrząb"
Popkultura, w którą wpisuje się lwia część kina mainstreamowego, pełni bezsprzecznie jedną z kluczowych ról w procesie informacyjnym, często jednak rozmywając i wypaczając obraz zjawiska. Dopiero od jedenastu lat do terroryzmu w filmach gatunkowych podchodzi się z nieco mniejszą nonszalancją i, co za tym idzie, większą świadomością, choć już mniej więcej od połowy lat siedemdziesiątych jest to temat przewijający się nieustannie w kinie amerykańskim. Nawet na przykładzie dzieł nierzadko drugoligowych, acz popularnych, tych spod znaku sensacji i akcji, można prześledzić historię ewolucji terroryzmu i zmianę sposobu jego masowego postrzegania.

Jeden na wszystkich, wszyscy na jednego

Portret stereotypowego terrorysty w filmach hollywoodzkich wykształcił się w ósmej i dziewiątej dekadzie ubiegłego wieku. Dramatyczne wydarzenia z pierwszych stron gazet i telewizyjnych wiadomości napędzały koniunkturę, a kino gatunkowe chętnie służyło za odbicie społecznych niepokojów. I tak na przykład równoczesne uprowadzenie pięciu samolotów przez Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny szóstego września 1970 roku zainspirowało kilka filmów wyprodukowanych w tamtym dziesięcioleciu, jednak zarówno „Port lotniczy” z 1970, jak i dwa lata późniejszy „Terror w przestworzach” abstrahowały od ideologicznych i politycznych przesłanek terrorystycznych ataków. Oba filmy akcentowały element przypadkowości i losowości, samoloty zostają bowiem porwane przez ludzi z problemami psychicznymi – zdesperowanego mężczyznę chcącego popełnić spektakularne samobójstwo, aby zapewnić żonie pieniądze z polisy na życie, oraz cierpiącego na powojenną traumę weterana żądającego obrania kursu na Moskwę.

Pomimo inspiracji wydarzeniami autentycznymi, kino amerykańskie lat siedemdziesiątych poruszało się w sferze eskapistycznej, a metodyka działań terrorystycznych przedstawiana na ekranach nie miała wiele wspólnego ze stanem faktycznym. Konsekwentne bagatelizowanie i symplifikacja motywów działań przestępczych doprowadziła do ich zawężenia – popularne stały się fabuły wykorzystujące schemat porwania dla okupu, a akcję przeniesiono w scenerię miejską, jak w „Długim postoju na Park Avenue” z 1974, gdzie czterej bandyci zatrzymują kolejkę metra pomiędzy stacjami i grożąc zabiciem pasażerów, żądają miliona dolarów. Ten stosunkowo prekursorski obraz wyznaczy kierunek dla wielu późniejszych filmów gatunku. Podobne produkcje stanowiły jednak nie tyle pretekst do jakiejkolwiek refleksji nad mechanizmami współczesnego terroryzmu, co krwawej strzelaniny z udziałem ekipy komandosów bądź samotnego bohatera, którego typ zdefiniowało na dobre kino lat osiemdziesiątych, a zapoczątkował Clint Eastwood w serii o Brudnym Harrym.

Trzeci film z tego cyklu, „Strażnik prawa” z 1976 roku, jest istotny nie tylko ze względu na sposób konstrukcji bohatera pozytywnego, ale i przedstawienie organizacji terrorystycznej jako niezależnie finansowanej grupy przestępczej. Podobnie jak wcześniejsze filmy o Harrym Callhanie, „Strażnik prawa” zabrał głos w gorączkowej dyskusji na temat granic obrony koniecznej. Konsekwentnie kino amerykańskie, szczególnie gdy chodziło o terroryzm, postulowało o zwalczanie ognia ogniem, czego wyrazem jest chociażby „Nocny jastrząb” z 1981 roku z Rutgerem Hauerem w roli międzynarodowego terrorysty Wulfgara i Sylvestrem Stallone jako tropiącym go policjantem Da Silvą. I choć Wulfgar przypomina na poły obłąkanego samotnego wilka, typ terrorysty popularny w latach siedemdziesiątych, posiada ogromne zaplecze finansowe zapewnione przez potężnych mocodawców. Słyszalne są tutaj echa filmów o Brudnym Harrym, posądzanych swojego czasu nawet o faszyzm i nawoływanie do ograniczenia wolności jednostki, odmawianie obywatelom demokratycznych praw – wszystko na rzecz walki z przestępczością. Wedle hollywoodzkiej wykładni terror może być zwalczony jedynie poza granicami prawa, nadrzędna  stała się zasada „mniejszego zła”.

Dalszy ciąg artykułu w czerwcowym numerze miesięcznika "Kino".

piątek, 15 czerwca 2012

Tydzień w kinie - "Szepty"

Rok 1921, industrialna rewolucja dobiegła końca – mało kto wierzy w duchy, choć literacki horror całkiem niedawno zapuścił swoje korzenie właśnie w Wielkiej Brytanii. Upiory i zjawy przegrały batalię z maszynami parowymi, nawiedzone domostwa zburzono i zaorano, a na cmentarzach palą się jasno lampy gazowe.

Szepty (6/10)

Florence Cathcart jest dzieckiem swojej epoki; kobietą, której status określiły sufrażystki, autorką bestsellerowych książek i aktywną działaczką na rzecz jednoznacznie pojmowanej prawdy. Pisarka zajmuje się bowiem obnażaniem metafizycznych oszustw, zdejmuje maski szarlatanom, depcze po piętach tym, którzy uważają się za medium. Florence nie wierzy w istnienie sił nadprzyrodzonych, a demaskowanie kolejnych oszustw przychodzi jej łatwo, gdyż do dyspozycji ma najnowsze zdobycze techniki, z którymi konkurować nie sposób.

Kobieta stanie w „Szeptach” Nicka Murphy'ego przed zadaniem najcięższym w swej dotychczasowej karierze – oto w położonej na odludziu szkole dla chłopców straszy; tajemnicze widziadło błąka się w nocy po korytarzach. Oczywiście od początku Florence węszy spisek, zrzuca winę na nierozsądne chłopięce zabawy, lecz zdobywane metodami naukowymi dowody coraz wyraźniej wskazują na to, iż jej osąd może być błędny. Pytanie o istnienie duchów wisi nad filmem zbyt krótko. Kryminalne dochodzenie w gotyckiej scenerii szybko oddaje pola schematycznej opowieści z dreszczykiem, której nie ratuje nawet przyprawiająca chwilami o gęsią skórkę atmosfera klasycznego wiktoriańskiego horroru.

„Szepty” miały swoją premierę w brytyjskich kinach parę miesięcy wcześniej niż utrzymana w podobnym klimacie „Kobieta w czerni” i jest to film lepszy od obrazu Jamesa Watkinsa, co wcale nie świadczy o jego wartości artystycznej. Od konwencjonalnej historii reżyser stara się co prawda odwrócić uwagę wysoką jakością realizacji; mimo wszystko wydaje się, że Murphy za bardzo zawierza magii prowincjonalnego angielskiego krajobrazu skąpanego w jesiennej aurze. Tym samym sam staje się hochsztaplerem, który paroma sztuczkami próbuje przekonać widza do swojego filmu. Fabularne potknięcia są zbyt wyraźne, niektóre decyzje nierozważne, przez co „Szepty” to dzieło niekonsekwentne i nierówne. Szkoda na taką fabułę samej Florence Cathcart, która mogłaby awansować na Indianę Jonesa angielskiego horroru, badaczkę zjawisk niewyjaśnionych i tajemniczych, orędowniczkę profanum. Tak się jednak nie stanie.

Recenzja ukazała się także na łamach "Dziennika" (15.06.2012).

wtorek, 12 czerwca 2012

Konkurs - ENEMEF "Noc Strachu"

Kolejny z serii konkursów błyskawicznych z okazji Nocnego Maratonu Filmowego. Tym razem mam do rozdania podwójne zaproszenia na Kino Strachu - impreza odbędzie się w ten piątek (15.06.2012) w sieci Multikino w całej Polsce, a podczas maratonu zostaną zaprezentowane takie oto filmy: "Szepty" (premierowo), "Dom w głębi lasu", "Przetrwanie" i "Hell". Aby zgarnąć bilety do któregoś z następujących Multikin: Warszawa Wola, Poznań Malta, Wrocław Arkady lub Kraków, wystarczy wysłać do mnie maila z odpowiedzią na poniższe pytanie:

W remake'u jakiego słynnego horroru wystąpił pod koniec lat dziewięćdziesiątych Liam Neeson?

Do odpowiedzi proszę dołączyć informację, do którego kina chcielibyście otrzymać bilety. Zwycięzców powiadomię w czwartek e-mailem. Powodzenia!


poniedziałek, 11 czerwca 2012

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to nowe DC!

Nie minęło jeszcze dwanaście miesięcy, odkąd wydawnictwo DC wkroczyło z impetem w drugą dekadę XXI wieku, kasując swoje wszystkie dotychczasowe comiesięczne serie komiksowe. Pięćdziesiąt dwa tytuły sygnowane logiem amerykańskiego giganta, które wypuszczono we wrześniu 2011 roku, miały na okładce numerek jeden.


Strategia rebootu, czyli odświeżenia danego produktu na zasadzie jego kompletnej reinterpretacji mającej na celu dostosowanie treści i formy do wymogów współczesnego odbiorcy, nie jest wcale nową taktyką marketingową, szczególnie w świecie komiksu. To medium stosunkowo młode, lecz od swoich narodzin rozwijające się prężnie i dynamicznie, przechodzące rozliczne transformacje; medium stale poszukujące nowych, coraz lepszych rozwiązań artystycznych. Przemysł komiksowy ze względu na swoją elastyczność stale odpowiada na zmieniające się potrzeby czytelnika. Tak jest od drugiej połowy lat trzydziestych ubiegłego stulecia, kiedy to na łamach „Action Comics” pojawiła się postać Supermana, Herkulesa nowej ery, który uosabiać miał tradycyjne amerykańskie wartości, a swoją nadnaturalną siłę podporządkował walce z przestępczością. Oto pierwszy superbohater. Superman okazał się fenomenem na skalę w Stanach Zjednoczonych wcześniej niespotykaną, jedną z pionierskich ikon popkultury. Podobnież kolejna flagowa postać wydawnictwa DC – Batman, który zadebiutował niecały rok po swoim poprzedniku.

Z początku bohaterowie ze stajni DC (nazwa wydawnictwa pochodzi od pierwszych liter publikowanego przez nie tytułu „Detective Comics”) walili po twarzach kieszonkowców i włamywaczy, chwytali spadające samoloty i zatrzymywali rozpędzone pociągi, aby potem walczyć z nazistami, a po wojnie uprawiać pola kapusty i zbierać makulaturę, dając przykład obywatelom chcącym ulżyć zmęczonemu konfliktem zbrojnym krajowi. Kolejne dekady przyniosły drastyczne zmiany wymuszone najpierw przez cenzorskie obostrzenia nakazujące uładzenie treści wypuszczanych na rynek komiksów, następnie przez coraz śmielej poczynającą sobie konkurencję w postaci firmy Marvel. Szarżujący rywal podłapał niektóre z opracowanych przez DC pomysłów – żeby tylko wspomnieć o „Fantastycznej Czwórce” stworzonej w odpowiedzi na „Ligę Sprawiedliwych” – a potem wyprzedził oponenta, dorysowując swoim sztandarowym bohaterom przekonujące tło psychologiczne i zderzając ich z problemami codzienności. DC nie miało wyjścia, także musiało podążyć tą drogą; scenariusze coraz częściej dotykały więc trudnych kwestii społecznych, a wielu superbohaterów dostało nowe życiorysy i image. Była to jednak dopiero zapowiedź istnej rewolty, która stała się udziałem wydawnictwa w latach osiemdziesiątych. Scenarzyści tacy jak Alan Moore, Frank Miller czy Neil Gaiman pod egidą DC stworzyli tytuły, które dzisiaj uznawane są za kamienie milowe sztuki komiksowej; to dzieła rozpoczynające erę powieści graficznych, przeznaczonych dla starszego, wyrobionego czytelnika. Komiks zrywa tym samym z łatką rozrywki dla nieopierzonych małolatów i toruje sobie drogę ku powszechnemu uznaniu. Pomagają mu w tym inne media, szczególnie kino, bowiem na ekranach pojawia się znakomity „Batman” Tima Burtona.

Lata dziewięćdziesiąte – DC kolejny raz zagrywa odważnie, uśmiercając Supermana, Batmana zsyłając na wózek inwalidzki, a Green Lanterna stawiając po stronie sił zła. Aby pomieścić lawinę nowych pomysłów, wewnątrz wydawnictwa pojawiają się rozmaite imprinty skierowane do wyspecjalizowanego, świadomego odbiorcy. Po upływie kolejnych dziesięciu lat DC i Marvel kontrolują około osiemdziesięciu procent amerykańskiego rynku komiksowego, a rywalizacja obu firm staje się coraz bardziej zacięta, szczególnie po wykupie Marvel przez korporację Disneya, jednego z głównych konkurentów właściciela DC, koncernu Warner Bros. Wydaje się, że na tej nieustającej walce wielbiciele komiksów tylko korzystają – prócz kolejnych tomów ulubionych autorów mają do dyspozycji produkty towarzyszące. Niedługo w kinach zagości „Mroczny Rycerz powstaje”, zaś do sklepów jeszcze w czerwcu trafi gra wideo „Lego Batman 2”. DC zaczęło pisać nowy rozdział swojej historii.

Tekst ukazał się w piątkowym wydaniu "Dziennika" (8.06.2012).

czwartek, 7 czerwca 2012

Tydzień w kinie - "Królewna Śnieżka i łowca"

Miałem o tym filmie nie pisać wcale, a po seansie utwierdziłem się w przekonaniu, że w gruncie rzeczy moje postanowienie było słuszne, gdyż po prostu nie ma o czym pisać. Inaczej - jest o czym, ale nie ma po co. Bo "Królewna Śnieżka i łowca" to film wtórny i nużący, w którym brak energii, iskry zdolnej przytrzymać widza na krawędzi fotela. A jednak siedzę i stukam w klawisze. Ot tak, dla zasady.

Królewna Śnieżka i łowca (5-/10)

Odpuszczę sobie analizę aspektu baśniowego i podjętą bez przekonania próbę jego przeformułowania, bowiem film nie oferuje atrakcyjnej reinterpretacji znanej opowieści, traktując ją jako istny samograj. I faktycznie tak w pewnym stopniu jest, bo podobna fabuła oferuje przyzwoitą bazę; problem leży w tym, że ludzie odpowiedzialni za "Królewnę Śnieżkę i łowcę" nie są w stanie wyjść poza ten fundament. Nadal odbija się czkawką model wypracowany przez ekranizację "Władcy pierścieni", kopiowany bodaj w każdym kolejnym filmie choćby ocierającym się o estetykę fantasy - drużyna idzie, idzie i idzie, przedzierając się przez mroczne lasy, bagniska, łąki i otulone śniegiem góry, po drodze natykając się na lokalsów. Owszem, to kanoniczny dla gatunku schemat fabularny i nie fair byłoby się go czepiać, skoro wydaje się, że bez opisanej już lata temu przez Josepha Campbella podróży bohatera fantasy nie może zaistnieć, lecz w "Królewnie Śnieżce i łowcy" nie idzie z nim w parze żadna refleksja twórcza; to mozolne odfajkowywanie kolejnych punktów na zasadzie - mamy zaczarowany gąszcz? Mamy. Spotkali już trolla? Spotkali. Okej, to jedziemy dalej.

Z początku niezłym pomysłem wydawała mi się trawestacja motywu z "Portretu Doriana Graya" Oscara Wilde'a - Zła Królowa sprawuje niegodziwe rządy, nie starzejąc się ani o dzień, zaś wszystkie jej czyny odbijają się na władanej przez nią krainie; usychają drzewa, zdychają zwierzęta - póki nie okazało się, że to chyba tylko mimowolny wypadek przy pracy. No i jest jeszcze jeden szkopuł. Jak każdy kinoman, chodzę na podobne filmy dlatego, że chcę zderzenia z jakimś światem niemożliwym, krainą fantastyczną; innymi słowy: zawieszam niewiarę i daję sobie wcisnąć kit. A jednak nie łyknę podanego z pokerową miną żartu, jakoby to Kristen "nieokiełznana górna warga" Stewart była tą, którą Lustereczko (tutaj dwumetrowy dryblas z płynnego metalu) określa jako najpiękniejszą, kiedy obok stoi Charlize Theron. Dobra, to była uwaga małostkowa, lecz powstrzymać się nie mogłem.

Pomimo całej mojej sympatii dla baśni i fantasy jako takiego, wolałbym, żeby filmowcy na jakiś czas zostawili już wyeksploatowaną do bólu Śnieżkę. Komu jednak mało, pozwolę sobie polecić film sprzed piętnastu lat, który zwie się "Śnieżka dla dorosłych" - tytuł sugeruję regularną pornografię, ale muszę co niektórych rozczarować, bo w rzeczywistości to całkiem sprawny i inteligentny retelling słynnej historii.

piątek, 1 czerwca 2012

Tymczasem w księgarniach - "Zagubione dziewczęta"

Alan Moore „Zagubione dziewczęta” pisał szesnaście lat. Całkiem długo – szczególnie jak na dzieło, które sam twórca bez krępacji określa jako pornografię. A jednak to tę powieść graficzną uznano za jedno z większych dokonań sztuki komiksowej ostatnich lat. Wydaje się, że dochodzi do sprzeczności, gdyż pornografia z założenia jest anty-estetyką, której podstawowym i bodaj jedynym celem jest wywołanie u odbiorcy podniecenia seksualnego; u Moore'a zaś doznania erotyczne połączono z estetycznymi. Zasługa leży zarówno po stronie scenariusza, bogatego w aluzje kulturowe, którego konstrukcja fabularna bliźniacza jest do „Dekameronu”, jak i rysunków wyjątkowej urody autorstwa Melindy Gebbie, prywatnie żony Moore'a.

Zagubione dziewczęta (9/10)

Moore przerabia po swojemu klasykę literatury dziecięcej, dobierając źródła nieprzypadkowo – koncentruje się bowiem na dziełach już przed laty uznanych za cokolwiek podejrzane. Sam tytuł nawiązuje oczywiście do „Piotrusia Pana”, a i postaci centralne wzięte są odpowiednio z książek Carrolla, Barriego i Bauma, lecz tutaj kraina Oz to stodoła, w której Dorotka przeżywa pierwsze orgazmy, kapitan Hak jest perfidnym pedofilem prześladującym grupkę małoletnich prostytutek, a herbatka u Szalonego Kapelusznika to kryptonim dla lesbijskiej orgii.

Siłą „Zagubionych dziewcząt” nie są jednak eksplicytnie przedstawione fetysze, lecz odkrywanie własnej seksualności przez dojrzałe już kobiety – trawestacje literackie ubrano w formę wspomnień Dorotki, Wendy i Alicji, w których ujawniają prawdę o swoich pierwszych doświadczeniach erotycznych. Dochodzą do nierzadko zaskakujących wniosków, wyzwalając tym samym uśpione marzenia o seksualnym spełnieniu. To właśnie poprzez seks Moore każe swoim bohaterkom zgłębiać korzenie swoich frustracji, analizować pułapki dojrzewania, przy czym zahacza o tabu, kazirodztwo, molestowanie i seksualność dziecięcą – i wcale nie dla epatowania szokiem, a stworzenia pełniejszego opisu pewnych mechanizmów psychologicznych. Co więcej, to pierwiastek żeński jawi się tutaj jako siła aktywna, zaś męskość kojarzona jest z biernością; „Zagubione dziewczęta” to istny pean na cześć kobiecej seksualności.

Nie tylko treść komiksu, ale i oprawa graficzna stanowią o jego wyjątkowej randze – wykonano znakomitą pracę konceptualną; każda z głównych postaci ma swój własny motyw graficzny, idealnie oddający charakter dzieła bazowego. Tak więc historia Alicji wpisana jest w owal lustra, w opowieściach Dorotki wykorzystano szerokie kadry symbolizujące płaskie pola Kansas, zaś historia Wendy ujęta jest w regularne prostokąty, mające oddać represyjny charakter społeczeństwa ery wiktoriańskiej – podobnie giętki jest też i język, którym posługują się postaci. Całość zaś poprzetykano fragmentami lektur o tematyce pornograficznej, w których zaczytują się bohaterowie, opartych na pastiszu; to zwulgaryzowane wersje obrazów Muchy czy dzieł Wilde'a.

Zastanawiające, czy „Zagubione dziewczęta” poprzez swoją, bądź co bądź kontrowersyjną, treść staną się punktem zaczepienia dla dyskusji o komiksie w Polsce – jeśli tak, oby rozsądniejszej niż w przypadku pamiętnego kawałka o Chopinie.

Tekst ukazał się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".