piątek, 27 kwietnia 2012

Znak trzech - kilka słów o Sherlockach Holmesach

Przed kilkoma dniami zobaczyłem znakomity film "Murder by Decree" w reżyserii Boba Clarka. Obraz ten, podobnie jak i powieść graficzna Alana Moore'a "From Hell", oparty jest na bestsellerowej książce Stephena Knighta pod tytułem "Jack the Ripper: The Final Solution", w której autor snuł kontrowersyjne teorie na temat tożsamości Kuby Rozpruwacza. Atrakcyjność "Murder by Decree" podnosi fakt, iż sprawą morderstw w Whitechapel zajmuje się w filmie sam Sherlock Holmes. A ponieważ w tym tygodniu pisałem dla "Dziennika" o najlepszych, moim zdaniem, aktorach, którzy wcielili się w Holmesa,  poniżej prezentuję to krótkie zestawienie.


Sherlock Holmes to bodaj jedna z nielicznych ikon popkultury, która popularnością dorównuje samemu hrabiemu Drakuli. Do dzisiaj zrealizowano ponad dwieście filmów z jego udziałem, a w słynnego detektywa wcieliło się ponad siedemdziesięciu aktorów. Pierwsze adaptacje prozy Arthura Conana Doyle'a powstały jeszcze za życia pisarza, a kilku spośród wielu odtwórców roli mistrza dedukcji z Baker Street za sprawą swoich niezapomnianych kreacji doczekało się nieśmiertelności. Od premiery pierwszego filmu z Sherlockiem Holmesem minęło już ponad sto lat, a niedawno londyński pogromca zbrodni wkroczył w dwudziesty pierwszy wiek za sprawą dwóch filmów pełnometrażowych w reżyserii Guya Ritchiego oraz serialu telewizyjnego produkcji BBC. Zanim jednak Robert Downey Jr. i Benedict Cumberbatch zaczęli być utożsamiani z rolą Sherlocka Holmesa, charakterystyczną czapkę zakładali na głowę Michael Caine, Rupert Everett, Christopher Plummer i Christopher Lee. Spośród grona nierzadko wspaniałych aktorów można jednak wyróżnić trzech, których kariera została nierozerwalnie połączona z osobą genialnego detektywa.

Basil Rathbone – Sherlock przeciw Hitlerowi

Basil Rathbone to Holmes swojego pokolenia – w latach 1939-1946 wystąpił w czternastu filmach z serii, począwszy od „Psa Baskervilleów”. Miał to być pojedynczy wybryk studia 20th Century Fox; nikt nie spodziewał się bowiem takiego sukcesu komercyjnego i artystycznego (choć widzowie i krytycy w Wielkiej Brytanii przyjęli film chłodno). Jeszcze w tym samym roku nakręcono sequel „Przygody Sherlocka Holmesa”, a potem prawa do kolejnych ekranizacji przeszły w ręce wytwórni Universal. Z powodów budżetowych oraz chęci nadania przygodom Holmesa większej dynamiki, akcję przeniesiono do lat czterdziestych ubiegłego wieku, a naprzeciw słynnego detektywa postawiono nazistów – Rathbone walczył na planie z hitlerowcami w trzech kolejnych filmach. Dalsze odsłony cyklu, już nie propagandowe, także nie zostały oparte na twórczości Doyle'a, a na scenariuszach oryginalnych. Rathbone'owi, pomimo usilnych prób, nie udało się zerwać z wizerunkiem Holmesa; ze swoim najsłynniejszym ekranowym wcieleniem pogodził się dopiero w latach pięćdziesiątych, występując jako detektyw z Baker Street na deskach teatru i w telewizji.

Peter Cushing – Holmes z Gwiazdy Śmierci

Peter Cushing, aktor brytyjski, stworzył wiele ikonicznych ról – doktora Frankensteina oraz pogromcy wampirów Van Helsinga dla studia Hammer Films; dowódcy wojskowego Tarkina w „Gwiezdnych wojnach; czy wreszcie Sherlocka Holmesa w telewizyjnym serialu produkcji BBC. Cushing rolę otrzymał w roku 1968, przejmując pałeczkę po Douglasie Wilmerze, który, zmęczony lenistwem scenarzystów i niefrasobliwością ekipy, nie przedłużył kontraktu po trzynastu odcinkach. Podobnie jak Wilmer, Cushing był miłośnikiem prozy Doyle'a, zresztą w roli Holmesa wystąpił już wcześniej, w 1959 w ekranizacji „Psa Baskerville'ów”. Aktor pojawił się w szesnastu odcinkach, starając się bezbłędnie odtworzyć swojego bohatera takiego, jakim znali go wielbiciele książek.

Jeremy Brett – równa się Sherlock Holmes?

To właśnie Jeremy Brett jest uznawany przez sporą część widzów za Holmesa idealnego i gdyby nie jego przedwczesna śmierć, zapewne byłby pierwszym aktorem, który wystąpił w komplecie ekranizacji opowiadań i powieści o detektywie wszech czasów. W latach 1984-1994 wystąpił w dziewięciu sezonach serialu emitowanego przez angielską telewizję – każdy z czterdziestu jeden odcinków zachował wierność literackiemu oryginałowi, zresztą włącznie z mistrzowską kreacją Bretta, której dopracowywaniu poświęcił lata ćwiczeń i poszukiwań twórczych. Jego Holmes to chimeryczny ekscentryk, posługujący się gamą wystudiowanych, teatralnych gestów – sam Brett mawiał potem, że Sherlock go opętał, stał się mroczną częścią jego osobowości i musiał toczyć z nim nieustanną walkę, aby zachować zdrowe zmysły. Niestety – nie udało mu się. Aktor do końca życia walczył z problemami psychicznymi, ale nigdy nie zszedł z planu „Przygód Sherlocka Holmesa”.

środa, 25 kwietnia 2012

Medytacje nad kinem - wywiad z Kim Ki-dukiem

"Arirang" jeszcze na ekranach, publikuję więc fragment rozmowy z Kim Ki-dukiem, którą przeprowadziliśmy w zeszłym roku we Wrocławiu wraz z Piotrem Czerkawskim.

Piotr Czerkawski, Bartosz Czartoryski: Federico Fellini stwierdził przy okazji „Osiem i pół”, że „jeśli artysta nie ma nic do powiedzenia, zawsze może opowiedzieć o tym dlaczego nie ma nic do powiedzenia”. Czy podobne odczucia towarzyszyły panu podczas pracy nad „Arirang”?

Kim Ki-duk: Na pewno nie zdecydowałem się na nakręcenie filmu o kryzysie twórczym tylko dlatego, że nie miałem już o czym opowiadać. W pewnym momencie poczułem po prostu, że jako człowiek dobrnąłem do jakiejś niemożliwej do przekroczenia granicy. Zacząłem zadawać sobie pytania o sens tego co robię, zastanawiałem się czym tak naprawdę jest dla mnie kino. Te rozmyślania zajęły mi trzy lata. „Arirang” opowiada o wnioskach, do których mnie doprowadziły.

Pański film stanowi dla nas przede wszystkim przejmujące studium samotności. Tymczasem dzięki „Arirang” może pan znowu znajdować się w centrum uwagi, stykać się z publicznością z całego świata.

Podczas pracy nad „Arirang” byłem zupełnie rozbity, odczuwałem straszliwe rozczarowanie ludźmi. Początkowo nie planowałem w ogóle pokazywać tego filmu publiczności. Słyszę nieraz, że decyzja, by jednak obnażyć swoje emocje przed widzami była aktem wielkiej odwagi. To nie do końca prawda. Przyznam, że wciąż nie potrafię oglądać „Arirang” razem z publicznością, bo po prostu się wstydzę. Mimo wszystko, nie żałuję jednak decyzji o skierowaniu filmu do dystrybucji. Dzięki temu mam teraz okazję podróżować po festiwalach i poznawać nowe miejsca takie jak Wrocław. To bardzo wzbogacające doświadczenie.

Cechą wyróżniającą „Arirang” pozostaje  formalny minimalizm. Doświadczenie skrajnej realizacyjnej prostoty wiązało się z poczuciem twórczej wolności, czy bolesnego ograniczenia?

To prawda, że nie miałem żadnego budżetu ani ekipy i dysponowałem tylko jedną kamerą, ale dzięki temu nic nie rozpraszało mojej uwagi. Mogłem skupić się wyłącznie na pracy. Traktuję kino bardzo poważnie, bo uważam, że dzięki niemu mogę tłumaczyć się ludziom ze swoich fascynacji i obsesji. Jestem w stanie robić to w każdych warunkach. Kwestie finansowe nie mogą stanowić dla mnie w tej sprawie żadnej bariery.

Dalszy ciąg wywiadu znajdziecie w kwietniowym numerze miesięcznika "Kino".

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Bez końca" i "Bezdomne wampiry" - recenzje komiksów

Bez końca (8+/10)

Tytuł debiutanckiego albumu Pawła Garwola i Romana Lipczyńskiego, zapożyczony podobno od jednego z numerów punkowej grupy Siekiera, ma znaczenie dla treści komiksu znamienne – otóż życie to niekończący się ciąg surrealistycznych paranoi, w których trwać musimy, bo innego wyjścia po prostu nie ma. Może dlatego bezimienny bohater dziesięciu zawartych w opisywanych tomie nowelek przyjmuje na chłodno nawet perspektywę alkoholowej libacji ze Śmiercią we własnej osobie i zażyłą znajomość z piwnicznym szczurem. Co prawda czasem jego twarz wykrzywi się w grymasie przestrachu lub zdziwienia, lecz zaraz potem wzruszy ramionami i powróci do zwyczajnego trwania, którego odmienić nie może nawet i niezwyczajne.

Garwol i Lipczyński pracowali już ze sobą przy kilku projektach artystycznych, lecz „Bez końca” jest ich pierwszym komiksem – i oby nie ostatnim, bowiem to jedna z najciekawszych propozycji ostatnich miesięcy. Widoczne są tutaj inspiracje dorobkiem surrealistów, już na stronie tytułowej twórcy puszczają oko, trawestując René Magritte'a, a niektórych kadrów nie powstydziłby się pewnie i sam Luis Buñuel. A jednak owe nawiązania nie przysłaniają unikalnej, kompletnej i spójnej wizji autorskiej.

Opracowane przez Garwola scenariusze Lipczyńskiego zmieściły się na stu czterdziestu stronach, które w większości zajmują starannie skomponowane kadry – komiksowych dymków próżno tutaj szukać, cała objętość zawartego w „Bez końca” tekstu nie przekracza kilkunastu zdań. To komiks wyrażający swoją istotę gęstym, czarno-białym obrazem.

Bezdomne wampiry (7/10)

Bezdomne wampiry” wraz z wydanym kilka lat temu tomem „O zmroku” tworzą kompletny zbiór przygód dwóch groteskowych wielbicieli hemoglobiny, których ojcem jest kultowy już rysownik i scenarzysta komiksowy Tadeusz Baranowski. Kilkudziesięciostronicowy album zawiera siedem historyjek, cztery z roku 1985 i trzy datowane na 2009, oraz galerię ilustracji nakreślonych rękoma polskich autorów – Karola Kalinowskiego, Michała Śledzińskiego czy Jakuba Rebelki. 

Tytułowe wampiry zwą się Szlurp i Burp – ich imiona to onomatopeje kojarzące się z odgłosami wydawanymi przez burczący brzuch. Zresztą skojarzenie to nieprzypadkowe, bowiem ci dwaj delikwenci to wiecznie głodne zakały wampirzego rodu, które zupełnie nie radzą sobie z rzeczywistością Polsylwanii – najpierw, za czasów socjalizmu, muszą ratować się krwią pijaczka, doznając przy tym zatrucia, zaś potem, już po przemianie ustrojowej, użerają się z Narodowym Funduszem Zdrowia, show businessem i, a jakże, łowcą wampirów.

Pierwsze historyjki, stworzone przez Baranowskiego przed bez mała trzydziestoma laty to czysty slapstick i komedia pomyłek. Budzący w czytelniku sympatię swoją nieporadnością dwaj towarzysze z jednych tarapatów wpadają w drugie, na swojej drodze spotykając nawet Thorgala ze słynnej serii komiksowej Grzegorza Rosińskiego. Druga połowa tomu, zawierająca nowelki z ostatnich lat, utrzymana jest w nieco innym klimacie, bowiem autor celuje tutaj niekiedy w lekką, społeczno-polityczną satyrę, nie tracąc jednak z oczu komediowego potencjału wampirycznego Flipa i Flapa.

Obie recenzje ukazały się w "Dzienniku" (20.04.2012).

piątek, 20 kwietnia 2012

Tydzień w kinie - "Wichrowe wzgórza"

Wichrowe wzgórza (4/10)

Film Andrei Arnold ciężko rozpatrywać w kategoriach adaptacji, bowiem ze słynnej powieści wiktoriańskiej autorstwa Emily Brontë nie zostało na ekranie wiele, to niemalże w pełni odautorska historia – tak więc miłośników klasycznych ekranizacji spodziewających się niskiego ukłonu względem literackiego pierwowzoru czeka rozczarowanie. Angielska reżyserka jest co prawda zainteresowana wątkiem miłosnym, lecz nie pełni on w jej dziele roli nadrzędnej; i w tym cały szkopuł, gdyż nie sposób orzec, co właściwie ją pełni. „Wichrowe wzgórza” w wydaniu Arnold to widowisko wizualnie może i momentami zachwycające, lecz rozmyte przez brak dyscypliny formalnej i pretensjonalność przyjętej metaforyki.

Fabularny rdzeń pozostaje praktycznie niezmieniony w stosunku do oryginału Brontë – pewnego deszczowego wieczoru na farmę Earnshawów z wyprawy do Liverpoolu powraca głowa rodziny wraz z ciemnoskórym chłopcem pod pachą; pan domu nadaje mu imię Heathcliff, oferuje kąt do spania i wikt. Sierota nie zyskuje aprobaty w oczach syna starego Earnshawa, Hindleya, który od pierwszego dnia szykanuje przybłędę – oczywiście Arnold, autorka filmów zaangażowanych społecznie, nie byłaby sobą, gdyby nie umotywowała niechęci uprzedzeniem rasowym; zresztą sam Hindley wygląda i zachowuje się zupełnie jak stereotypowy skinhead z angielskiego przedmieścia. Przychylna znajdzie jest za to Catherine, córka Earnshawa. Pomiędzy dziećmi rodzi się uczucie. I to właśnie wyabstrahowane z całości kadry, w których zamykają się niewprawne gesty manifestujące narodziny niedojrzałej jeszcze miłości, przedstawionej jako jeden z nieposkromionych żywiołów natury – akcja dzieje się przecież na wrzosowiskach Yorkshire, gdzie wiatr nieustannie smaga ciągnące się po horyzont pola, a deszcz nie przestaje siąpić – są prawdziwym, i chyba niestety jedynym, atutem filmu Arnold. Znakomite zdjęcia Robbie'ego Ryana potrafią wprawić w podziw, lecz reżyserka nie bardzo wie, jak wykorzystać talent swojego operatora, popada w manieryczną monotonię. Do tego budzić wątpliwości może sama struktura filmu, jego zaburzona chronologia oraz niejaka toporność i rozwlekłość. Dopóki Arnold gra nastrojem, próbuje za pomocą obrazu opisać nienazwane jeszcze uczucie, kiełkujące pomiędzy Heathcliffem i Catherine, „Wichrowe wzgórza” mogą urzec swoim smutnym, szarym i dyskretnym pięknem, ale samo opowiedzenie klarownej historii przychodzi jej z trudem. Reżyserka rozpaczliwie próbuje wstrząsnąć widzem za pomocą budzących wątpliwości środków, epatując pustym szokiem – wplatając w to wszystko, prócz wątku rasistowskiego, jeszcze inne patologie, włącznie z nekrofilią oraz drastycznymi scenami okrucieństwa wobec zwierząt. Składa się to na szereg łatwych do odczytania metafor, co jest poważną rysą na całej twórczości Arnold, która już wcześniej przejawiała ciągoty do afektowanych przenośni.

Intencje stojące za porywaniem się właśnie na „Wichrowe wzgórza” pozostają po seansie niejasne; odniesienia do powieści Brontë wydają się bezzasadne i liche. Niby nie ma co porównywać obu tych dzieł z uwagi na drastyczne zmiany wprowadzone przez Arnold i zupełnie różne rozłożenie akcentów, lecz nie sposób uciec od konstatacji, że dzieląca je przepaść jest ogromna.


Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

środa, 18 kwietnia 2012

Tymczasem w księgarniach - "Elizabeth Taylor. Dama, legenda, kochanka"


Elizabeth Taylor. Dama, kochanka, legenda (7/10)

David Bret swoją profesją uczynił hurtowe spisywanie biografii gwiazd filmu i muzyki, co praktykuje nieprzerwanie od przeszło dwudziestu lat. Po lekturze wydanej niedawno książki "Elizabeth Taylor. Dama, legenda, kochanka" skłonny jestem wysnuć wniosek, że mało interesuje go faktyczny dorobek artystów, o których pisze; woli skandaliki i anegdotki związane z życiem gwiazd, zarówno tym w świetle reflektorów, jak i poza nim. Nie jest jednak moim zamiarem formułowanie z powyższych słów zarzutu - ot, taki profil książki i kto po nią sięga, zapewne ma świadomość tego, że będzie miał do czynienia ze starannie napisaną, schludnie zorganizowaną i nieźle zreaserchowaną biografią jednej z wielkich muz ekranu, a nie akademicką analizą jej filmografii. Bo choć Breta zajmuje to, co w życiu Liz Taylor najbardziej krzykliwe, kolorowe i na pokaz, stroni od blichtru i ewidentnej taniochy rodem z tabloidu. Ba, chwilami wręcz podejmuje się krytyki panujących niegdyś w mediach tendencji do rozdmuchiwania błahostek i żerowania na skandalu (uwaga na marginesie: ze słów Breta wynika, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu artykuły sponsorowane były na porządku dziennym) i ma wyraźnie sceptyczny stosunek do talentu pani Taylor, co daje czytelnikowi interesującą perspektywę. Nie poświęca zaś wiele miejsca samym filmom, skupiając się raczej na fochach bohaterki książki związanych z intratnymi kontraktami, przygotowaniami do zdjęć i kolejnymi małżeństwami - w tym oczywiście legendarnym związku z Richardem Burtonem, opartym na swoistej mieszance miłości i nienawiści. Z omawianej pozycji wyłania się może niejednoznacznie, ale jednak niekorzystny portret Elizabeth Taylor, kobiety najpierw omamionej przez zaborczą matkę, potem zniszczonej przez swoją słabość do nieodpowiednich mężczyzn, mocnych trunków i patologicznej rozrzutności. Summa summarum, "Elizabeth Taylor. Dama, kochanka, legenda" to lektura przyjemna i lekka, aczkolwiek zastanawia mnie jedno - Bret nie odpuszcza żadnej okazji, aby wspomnieć, kto w środowisku Hollywood był homoseksualistą, a kto nie (czasem rzuca dziwaczne komentarze w nawiasach typu a może byli kochankami?), jakby miało to jakiekolwiek znaczenie. Tak czy inaczej - książkę polecam.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Tydzień w kinie - "Piraci!", "American Pie: Zjazd absolwentów" + konkurs z "Nocą europejskiego kina grozy"!

Na ekranach gości nowa animacja ze studia Aardman oraz kolejna część serii "American Pie" (7/10), więc poniżej przeczytacie tekst o "Piratach!" (8/10) oraz artykuł na temat high school comedy z naciskiem na Johna Hughesa. Na deser zaś konkurs - do wygania bilet na ENEMEF: Noc Europejskiego Kina Grozy, podczas której zobaczycie kilka głośnych horrorów z ostatnich lat, w tym nowiutkie "[REC]3".

Kolos na glinianych nogach

Tona gliny i dużo więcej niż szczypta talentu – oto gotowy przepis na parę Oscarów i kilkadziesiąt świetnych animacji, na których wychowuje się kolejne już pokolenie.

Do kinowego abordażu szykuje się właśnie banda morskich rabusiów z nowego filmu pełnometrażowego od studia Aardman Animations, odpowiedzialnego między innymi za słynną serię o naiwnym wynalazcy Wallace' i jego inteligentnym psie Gromicie w reżyserii Nicka Parksa, która przyniosła firmie aż trzy nagrody Akademii. „Piraci!” to pierwszy film w historii wytwórni zrealizowany jednocześnie w trójwymiarze i techniką animacji poklatkowej, a także powrót po siedmiu latach do taplania się w glinie na potrzeby dużego ekranu.

Piraci z odzysku


Charakterystyczne gliniane modele naniesiono na scenografię wygenerowaną komputerowo, przez co bogactwo wizualne filmu cieszy oko. Zresztą brytyjskie studio już w zeszłych latach udowodniło swoje mistrzostwo w zakresie animacji komputerowej w wyprodukowanym wspólnie z DreamWorks „Wpuszczonym w kanał” (2006) oraz trójwymiarowym „Artur ratuje Gwiazdkę” (2011). Ich nowy film, pod którym podpisał się reżyser „Uciekających kurczaków”, Peter Lord, zbiera za granicą znakomite recenzje, choć nie obyło się bez skandalu. Na ostatnim zwiastunie zaprezentowano żart według organizacji zrzeszającej chorych na trąd obraźliwy – w puencie jedna z postaci dosłownie rozpada się na naszych oczach. Dlatego też w wersji kinowej załogę feralnego statku toczy nieznana choroba, a nie, jak przewidywał pierwotny scenariusz, właśnie trąd.

Same postacie i fabułę zaczerpnięto z serii powieści autorstwa brytyjskiego pisarza Gideona Defoe, który, według słów wydawcy, zasiadł do historii o piratach, aby zaimponować pewnej dziewczynie – jednak wieść niesie, że misterny plan nie poskutkował. Czterotomowa saga Defoe (piąta książka z cyklu zapowiedziana jest na na ten rok) nie była przeznaczona wyłącznie dla dzieci, z uwagi na ironiczny humor oraz nawiązania historyczne i kulturowe czytelne jedynie dla nieco starszego odbiorcy (dodatkowo książki zawierają przypisy wyjaśniające ważne dla fabuły tropy). Ciekawym zabiegiem jest pozbawienie całej pirackiej załogi imion; wszyscy bohaterowie definiowani są albo przez sprawowaną funkcję, albo jakąś cechę wyglądu – a więc mamy Kapitana, Pirata z szalikiem czy... Zaskakująco androgenicznego pirata. Komizm oparty jest na przemodelowaniu charakterystycznych dla opowieści pirackich portretów charakterologicznych – wspomniany Kapitan (któremu w oryginalnej wersji głosu użyczył Hugh Grant) to niekompetentny, acz pogodny i dobroduszny towarzysz podróży, zaś jego załoganci to klasyczni nieudacznicy.

Aardman nie próżnuje


Scenariusz czerpie z dwóch pierwszych książek z serii, więc także i w filmie piraci w pogoni za tytułem Pirata Roku spotkają młodego Charlesa Darwina i małpę Bobo, komunikującą się za pomocą zapisanych kartek. Wydaje się, że „Piraci!” będą kolejnym tryumfem studia Aardman Animations, które pracuje już nad następnymi projektami – pełnometrażową wersją przygód baranka Shauna, filmem w reżyserii Nicka Parksa oraz „The Cat Burglars” Steve'a Boxa, opowiadającym o bandzie kocich złodziei planujących skok na transport mleka, który nawiązywać ma do tradycji kina sensacyjnego w wydaniu Quentina Tarantino i heist movies, czyli filmów o przekrętach i skokach, takich jak „Ocean's Eleven”. Zapowiedzi szumne, lecz w przypadku Aardman Animations nie sposób nie dać im wiary.

Tekst ukazał się w "Dzienniku" (13.04.2012)
Dziś trzydzieści, jutro osiemnaście

Zbliża się moment spotkania ze starymi znajomymi. Nastolatki, które przed trzynastoma laty zasiadły w kinowym fotelu albo przed telewizorem, aby obejrzeć pierwsze "American Pie", mają dzisiaj około trzydziestki – mniej więcej tyle, ile bohaterowie czwartej odsłony słynnej amerykańskiej serii komediowej, która właśnie wchodzi na ekrany.

Jim, Stifler, Oz, Finch i Kevin zajęci są już, tak jak ich niegdysiejsi fani, sprawami ważniejszymi niż nieustanne randkowanie i imprezy – mają stałą pracę i rodzinę, nie w głowie im balangi i licealistki w bikini. Czy jednak aby na pewno? To właśnie młodzieńczej energii brak im w dorosłym życiu; zgnuśnieli i znudzili się szarym życiem kanapowego mieszczucha. Szkolny zjazd będzie doskonałą okazją, aby odszukać w sobie napalonego studenta; no i przypomnieć widzom, dlaczego w 1999 roku chętnie wydawali na bilety swoje kieszonkowe.

Szarlotka jeszcze nie wystygła

Seria "American Pie" to dzisiaj jeden z wyrazistych symboli amerykańskiej popkultury; cykl, który zrodził dziesiątki naśladowców i na nowo rozbudził zainteresowanie nurtem high school comedy, czyli po naszemu komedią licealną. Swojego czasu skandalizujący i obrazoburczy, obejrzany powtórnie po latach, wyreżyserowany przez braci Weitz pierwszy film z serii może wydać się uroczy i ugrzeczniony w stosunku do tego, co obecnie serwuje nam kino i telewizja, ale to wcale nie ujmuje mu wartości komicznej. Obyczajowo odważniejsze były dwie późniejsze części, kręcone w dwuletnich odstępach – cykl dorobił się jeszcze kilku spin-offów wydanych od razu na płytach DVD – które również zgromadziły wcale niemałą publiczność, rozwijając i tak już bogaty świat liceum i uniwersytetu w krzywym zwierciadle, choć w kadrze rzadko pojawiają się szare korytarze edukacyjnych przybytków. A jednak "American Pie" jest głęboko osadzone w amerykańskiej tradycji filmów szkolnych, której nowożytna era rozpoczęła się w latach osiemdziesiątych wraz z karierą scenarzysty i reżysera Johna Hughesa – jego filmy raz na zawsze zmieniły oblicze tamtejszej high school comedy. Aby więc w pełni zrozumieć fenomen ciepłej szarlotki, wypada powrócić na chwilę do przeszłości.

Dalszy ciąg artykułu w portalu Onet.pl.


Konkurs z Nocą Europejskiego Kina Grozy
  
A teraz konkurs błyskawiczny - możecie zgarnąć podwójne zaproszenia na piątkowy ENEMEF, na którym zostaną pokazane filmy "Łowca trolli", "Kobieta w czerni", "Oczy Julii" oraz "[REC]3". Aby przytulić bilety, wystarczy przesłać do mnie mailem odpowiedź na poniższe pytanie (mój adres znajduje się po prawej stronie) i koniecznie sprecyzować, w którym z kin chcecie uczestniczyć w maratonie - do wyboru macie Warszawę (Multikina Ursynów i Złote Tarasy), Multikino Gdańsk oraz Poznań (Multikino Malta).

Jaki tytuł nosił amerykański remake filmu "[REC]"?

Konkurs trwa do jutra włącznie (termin nadsyłania maili mija o północy), a w środę rano powiadomię zwycięzców mailem. Powodzenia!

piątek, 13 kwietnia 2012

Tydzień w kinie - "Nietykalni", "Titanic", "Ghost Rider 2"

Po weekendzie opublikuję co nieco o "American Pie: Zjeździe absolwentów" oraz "Piratach!", a dzisiaj niepopularna opinia na temat "Nietykalnych" oraz krótkie wpisy o "Titanicu" i drugim "Ghost Riderze".

Nietykalni (6/10)

Ponoć we Francji skali fenomenu „Nietykalnych” nie da się zmierzyć tylko i wyłącznie liczbą sprzedanych biletów – zresztą imponującą, bowiem film zobaczyło tam ponad dwadzieścia milionów widzów – to wydarzenie wychodzące dalece poza kinową salę. Zadziwiające więc, że obraz okrzyknięty przez frankofoński świat wydarzeniem kulturalnym minionego roku, choć wypełnia swoje podstawowe zadanie wpisane w ramy kina gatunkowego, jest ideologicznie wątpliwy i mętny, a efekt komiczny zostaje osiągnięty schematycznymi półśrodkami.

Owszem, film potrafi rozbawić i komedia to momentami pierwszorzędna, choć scenariusz bazuje na ogranych, lecz bądź co bądź skutecznych chwytach. Do tego „Nietykalni” sprawnie grają na emocjonalnej strunie i nie popadają w pretensjonalny sentymentalizm; chyba nie sposób się choćby odrobinę na tym filmie nie wzruszyć. To jednak efemeryczne katharsis, przeżywane już wcześniej na niezliczonych feel good movies. Dzieło duetu Olivier Nakache i Éric Toledano porusza się w stosunkowo mało skomplikowanej przestrzeni, opierając humor na znanym już z amerykańskich buddy films z lat osiemdziesiątych kontraście charakterów – czarnoskórego prostaczka o imieniu Driss i bogatego, sparaliżowanego od szyi w dół Philippe'a, nad którym chłopak w wyniku serii zbiegów okoliczności ma sprawować pełnoetatową opiekę.

Film traktować miał o potędze przyjaźni zdolnej przestąpić pozornie nieprzekraczalną barierę klasową i materialną, ale to tylko ułuda – faktycznie Driss ma wstęp na salony wyłącznie dlatego, że pozwala mu na to Philippe; on sam pozostaje przy tym do samego końca dobrodusznym i pogodnym, ale niereformowalnym typem Elizy Doolittle. To raczej biały milioner czerpie z tej znajomości, odnajdując w swoim opiekunie młodzieńczą energię i otwierając się na czystą, ludzką życzliwość. Aspekt humanistyczny jest tutaj mocno zaakcentowany i nie brak mu szczerości, lecz film, prawdopodobnie zupełnie nieświadomie, pielęgnuje mit poczciwego, ale mało rozgarniętego czarnoskórego z „Chaty wuja Toma”. Biorąc pod uwagę pozafilmowy kontekst społeczny i polityczny, panujące obecnie we Francji nastroje i sytuację tamtejszych imigrantów, trudno uciec od wniosku, że jest to spektakl obliczony na uspokojenie sumienia francuskiej publiki. Wydźwięk filmu można więc przyrównać do niedawnych „Służących”, lecz zapewne zostanie on przez publikę po prostu zignorowany.

Titanic (8+/10)

Mija sto lat od dziewiczego, przerwanego rejsu gigantycznego statku RMS Titanic, który zatonął na Atlantyku, ciągnąc za sobą na dno półtora tysiąca pasażerów i członków załogi. Rocznica tragicznego zdarzenia zbiega się, zresztą nieprzypadkowo, z ponownym wprowadzeniem na ekrany epickiego hitu Jamesa Camerona z 1997 roku – tym razem w trójwymiarze. Ponad trzygodzinne widowisko to kino najwyższej próby; perfekcyjnie zrealizowane, świetnie obsadzone i poruszające niczym wytrawny, staroświecki melodramat. I to właśnie połączenie klasycznego w duchu scenariusza z nowoczesnymi efektami specjalnymi zadecydowało swojego czasu o sukcesie „Titanica”, który do tej pory zarobił astronomiczną sumę blisko dwóch miliardów dolarów i zdobył aż jedenaście Oscarów. Zgodnie z wykładnią wielkich, hollywoodzkich romansów, prawdziwa miłość przezwycięża nawet śmierć – i zdaje się to potwierdzać samo życie, bowiem film został, jak wieść niesie, zainspirowany autentyczną historią.

Ghost Rider 2 (3/10)

Johnny Blaze, kaskader, który zawarł pakt z demonem, ponownie wskakuje na płonący motocykl jako Ghost Rider, mściciel z piekła rodem. Tym razem ma ustrzec młodziutkiego Danny'ego przed zakusami Mefistofelesa – chłopiec jest kluczowym narzędziem w diabelskim planie przejęcia władzy nad światem. Blaze ma zostać sowicie wynagrodzony za swoje usługi; ksiądz Moreau obiecuje zdjąć ciążącą na nim klątwę i odebrać mu przeklętą moc. Z początku druga część „Ghost Ridera” zapowiada się na swoisty pastisz komiksowych konwencji, ale po kilkunastu minutach okazuje się, że ta hucpa jest na serio. Nicolas Cage jako na wpół oszalały, sterany życiem facet wypada już nawet nie komicznie, a smutno, zaś przerażająco słabej i bzdurnej fabuły nie są w stanie zamaskować całkiem znośne efekty specjalne. Niby cała opisana powyżej intryga jest pretekstem, aby Ghost Rider mógł wreszcie zaakceptować ciążącą na nim odpowiedzialność i przytulić do serca wewnętrznego upiora, lecz wszelaka ambicja została zdławiona już na etapie scenariusza.

Powyższe recenzje pochodzą z dzisiejszego wydania "Dziennika".

środa, 11 kwietnia 2012

Z dużej chmury mały deszcz - o grze "Silent Hill: Downpour"

Trzynaście lat temu, kiedy wrzucałem do konsoli płytkę z pierwszą częścią "Silent Hill", nie miałem jeszcze pojęcia, że za chwilę stanę się świadkiem czegoś naprawdę wyjątkowego; gra, po której nie spodziewałem się wiele - wszak nie miałem jeszcze w domu internetu, a co za tym idzie dostępu do świeżych nowinek ze świata elektronicznej rozrywki, i nie wiedziałem za dobrze, z czym dokładnie przyjdzie mi obcować - okazała się prawdziwą perłą. "Silent Hill" całkowicie zrewolucjonizowało gatunek; narzędzia, którymi operowała wówczas konsolowa groza, ograniczały się w dużej mierze do zapożyczonych z filmów jump scares, zaś japońska produkcja oferowała zupełnie nowe, kompletne horror experience.

Silent Hill: Downpour (6+/10)

Jeszcze ciepłe "Silent Hill: Downpour" jest na swój sposób produktem syntetycznym, w którym gracze zaznajomieni z cyklem bez problemu rozpoznają elementy zapożyczone z kilku poprzednich części - choćby "Shattered Memories" (sekwencje biegane) czy "The Room" (model walki). Zachowano oczywiście charakterystyczną latarkę rozświetlającą egipskie ciemności panujące w tytułowym, pogrążonym we mgle miasteczku-widmie, lecz zrezygnowano z szumiącego, przenośnego radyjka, które ostrzegało przed nadchodzącym niebezpieczeństwem.

W grze kierujemy poczynaniami Murphy'ego Pendletona, na oko trzydziestokilkuletniego skazańca, który ma zostać przetransportowany do zakładu karnego o zaostrzonym rygorze. Autobus więzienny wypada jednak z drogi tuż przy Silent Hill, a nasz bohater decyduje się na ucieczkę; i to my musimy pomóc mu wpierw dostać się do upiornego miasteczka, a potem, gdy Murphy zobaczy, co dzieje się w tym przedsionku piekła, uciec stamtąd czym prędzej. Jak w każdej części cyklu, także i tutaj przyjdzie nam pogrzebać nieco w mrocznej przeszłości sterowanej przez nas postaci.

"Silent Hill: Downpour" zapowiada się nieźle - pusta autostrada, siąpiący deszcz, gdzieś w oddali mruga do nas stary neon popadającej w ruinę stacji benzynowej... Dobrego wrażenia nie jest w stanie zepsuć nawet koszmarny design pojawiających się tu i ówdzie stworów, które wyglądają, jakby urwały się z jakiegoś animowanego show dla dzieci, oraz toporny, pokraczny model walki nieprzystający do gier nowej generacji. Do czasu. Wydaje się bowiem, że seria idzie w stronę gier zręcznościowych, co skutecznie zabija klimat rozgrywki, zagadki schodzą na dalszy plan, a ważniejsze staje się bieganie uliczkami i naparzanie na oślep łopatą. Nadal są tutaj naprawdę świetne sekwencje (wizyta w starym kinie przyprawić może o prawdziwe dreszcze), ale całość podzielona jest na zbyt wyraźnie oderwane od siebie etapy, układające się w ciąg mało powiązanych ze sobą epizodów, przez co gra stwarza wrażenie przypadkowości, a jej konstrukcja jest nad wyraz prosta i mało przemyślana. "Silent Hill: Downpour" da się ukończyć bez większych trudności w zaledwie kilka godzin, gra prowadzi nas po sznurku, wystarczy biec przed siebie. Może jestem zbyt surowy, lecz teraz, kiedy już wiem, z jaką serią mam do czynienia, moje wymagania są o wiele większe niż przed trzynastoma laty. Równolegle z opisywanym tytułem na półki trafiło "Silent Hill HD Collection", pakiet zawierający drugą i trzecią część serii, warto więc zastanowić się nad małym powrotem do przeszłości.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Tymczasem w księgarniach - "Lokatorka Wildfell Hall", "Panie z Cranford"

Świąteczny weekend odarł nas z kinowych premier, a więc dzisiaj co nieco o literaturze wiktoriańskiej.


"Panie z Cranford" / "Powrót do Cranford" (8/10)

Wydane w pakiecie "Panie z Cranford" i "Powrót do Cranford" to kolejna świetna produkcja firmowana logiem telewizji BBC, niejako specjalizującej się w adaptacjach literatury dziewiętnastowiecznej, stanowiącej przecież niebagatelną część kulturowego dziedzictwa Wielkiej Brytanii. Siedmioodcinkowy serial jest ekranizacją powieści wiktoriańskiej pisarki Elizabeth Gaskell, autorki "Północy i południa", "Żon i córek", słynnej biografii koleżanki po piórze, Charlotte Brontë, oraz utrzymanych w tradycji gotyckiej historii o duchach, publikowanych swojego czasu przez samego Charlesa Dickensa. I choć proza Gaskell funkcjonowała w obrębie obowiązujących wówczas konwenansów, w swoich dziełach chętnie podejmowała się krytyki negatywnych jej zdaniem postaw, szczególnie wobec sfer niższych i klasy pracującej. 

Simon Curtis, znany u nas z "Mojego tygodnia z Marilyn" uchwycił klimat i wymowę jej prozy - filmowe "Cranford" to zarazem zabawna, ale i refleksyjna, i często gorzka opowieść. Poza klasycznymi dla angielskiej prowincji problemami zamążpójścia i ciągłego miotania się pomiędzy dumą a wstydem wynikającym z wiejskiego pochodzenia, naczelną kwestią jest tutaj reakcja cranfordzkiej wspólnoty na zmiany technologiczne, które przyniosła industrialna rewolucja - do Cranford wkracza kolej. Mocna obsada - Judi Dench, Imelda Staunton, Eileen Atkins i pojawiający się w epizodzie Tim Curry - i doskonale skonstruowany, wielowątkowy scenariusz to niezbywalne atuty serialu. Naprawdę trudno się oprzeć urokowi brytyjskiej wsi.


Lokatorka Wildfell Hall - Anne Brontë (8/10)

"Lokatorka Wildfell Hall" to druga i ostatnia powieść trzeciej z sióstr Brontë, Anne i, jak na tamte czasy, szokująca - w dużym uproszczeniu jest to książka traktująca o małżeńskiej zdradzie motywowanej jednak moralnym prawem żony do opuszczenia męża pijaka. Anne Brontë uważa się za prekursorkę literatury feministycznej; jej powieść odbiła się tak szerokich echem, że wszystkie egzemplarze pierwszego wydania wyprzedano zaledwie w ciągu sześciu tygodni. Po śmierci autorki dodruki zablokowała jej siostra, Charlotte, zniesmaczona – jej zdaniem – ideologicznie podłym i odrażającym wydźwiękiem książki. Anne Brontë czerpała zresztą z własnego doświadczenia – jej brat Branwell pił i brał narkotyki na potęgę, wprowadzając w domu rodzinnym istną degrengoladę.

"Lokatorka z Wildfell Hall", choć niepozbawiona moralizatorskich wstawek bogobojnej Anne, napisana jest ironicznym językiem (uznanym zresztą przez współczesnych pisarce za wulgarny); to proza wartka, realistyczna, odmienna od romantycznych, mrocznych powieści jej sióstr. Zresztą wydaje się, że twórczość każdej z nich jest idealnym odzwierciedleniem ich faktycznych charakterów, można więc podczas czytania pokusić się o interesującą obserwację. Opisywana książka to w gruncie rzeczy must have, żelazny klasyk brytyjskiej literatury - szczególnie, że właśnie wydano ją u nas po raz pierwszy.

środa, 4 kwietnia 2012

Piach w silniku - o grze "DiRT 3"

To chyba pierwszy wpis na Kill All Movies traktujący o grach. I tak, będzie ich więcej, od czasu do czasu pozwolę sobie na skrobnięcie paru słów na temat nowości na konsolę Xbox 360. Na pierwszy ogień idzie kompletna edycja "DiRT 3", która na sklepowych półkach stoi od miesiąca - różni się ona od podstawowej tym, że na płytkę wrzucono dodatkowo DLC o łącznej wartości, jak informuje internet, dwudziestu pięciu euro, czyli nieco ponad stu złotych.

DiRT 3 (8/10)

Mimo że uwielbiam kino samochodowe i łączę się z kierowcami w bólach, patrząc na ceny benzyny, to nie posiadam prawa jazdy, a sama idea prowadzenia auta wydaje mi się abstrakcyjna i wolę przysiąść z książką albo ze słuchawkami na uszach na fotelu pasażera i gapić się w okno. Z konsolowymi wyścigami też nie było mi specjalnie po drodze, wolałem raczej jakieś arcade'owe hybrydy, gdzie można wystawić za okno karabin maszynowy i wywalić serię we wraże auto (ach, moje ukochane "Vigilante 8" na pierwsze Playstation), tolerowałem więc chyba tylko okazjonalne partyjki w gry z serii "Colin McRae Rally". Żadne tam nudne asfaltowe tory czy miejskie przejażdżki - potężne auta śmigały po szutrze, aż kamyki z ekranu leciały, a kurz lepił się do przedniej szyby. "DiRT 3" to kolejna odsłona tego cyklu, choć w tytule próżno szukać nazwiska tragicznie zmarłego, szkockiego mistrza kierownicy. Tak czy inaczej, gra wstydu swojemu patronowi nie przynosi.

"DiRT 3" może przekonać do siebie nawet sceptyków niechętnie zasiadających za kółkiem/padem. Model jazdy jest doskonały, auta prowadzi się intuicyjnie, do tego można przed wyścigiem nieco pogrzebać przy sprzęcie i dostosować samochód do panujących na drodze warunków. Jak na mój gust, mogłoby być tego majstrowania przy silniku trochę więcej - co może brzmieć dziwnie, bo przed chwilą opowiadałem się po stronie gier arcade'owych - lecz tę wyimaginowaną przeze mnie niedogodność rekompensuje z nawiązką wielość trybów rozgrywki. Prócz standardowego pomykania po bezdrożach i wygrywania wyścigów, za które otrzymujemy punkty reputacji umożliwiające otwarcie dalszych tras, "DiRT 3" oferuje także tryb gymkhana, polegający na efektownej, a nawet efekciarskiej jeździe autem - czyli skaczemy, palimy gumę i kręcimy bączki. Urozmaicenie jest atrakcyjnym dopełnieniem nieco monotonnego i schematycznego trybu kariery, lecz kto nie grał w poprzednie części, będzie bawił się świetnie, po prostu zaliczając kolejne odcinki specjalne. Na koniec dorzucę tylko, że "DiRT 3" ma naprawdę znakomitą oprawę graficzną (jazda w deszczu czy śniegu może zachwycić), a komu znudzą się sportowe pojazdy, może przesiąść się nawet do ciężarówki albo buggie. Nie testowałem multiplayera, lecz znalazłem informację, że dostępne są także rozgrywki imprezowe jak capture the flag, rozwalanie przeszkód oraz... zombie infection, gdzie jedno "zarażone" auto musi dopaść kolegów. Z czystym serduchem polecam.

Archiwum bloga