piątek, 30 marca 2012

Tydzień w kinie - "Gra o tron", "Koń turyński", "Skowyt"

Zapowiada się naprawdę atrakcyjny tydzień dla kinomanów - na dużym ekranie świetny "Koń turyński" oraz niezły "Skowyt" (recenzje obu filmów poniżej), a już w poniedziałek w telewizji wyemitowany zostanie pierwszy odcinek drugiego sezonu "Gry o tron". Przed miesiącem miałem okazję nakręcić kilka wywiadów ze scenarzystami i obsadą serialu - materiał znajdziecie w portalu Onet.pl. Skrobnąłem też parę słów na temat premierowego odcinka, który wyświetlono na specjalnym pokazie dla prasy - ciekawskich odsyłam tutaj. Ponadto na moim blogu w portalu natemat.pl wisi felieton na temat fenomenu "Gry o tron". To tyle jeśli chodzi o telewizję, zajrzyjmy do kin.

Koń turyński (9/10)

Zgodnie z zapowiedzią „Koń turyński” to ostatni film węgierskiego mistrza Béli Tarra. Reżysera zainspirowała usłyszana niegdyś opowieść o załamaniu nerwowym niemieckiego filozofa Friedricha Nietzschego, który widząc na jednej z ulic włoskiego Turynu konia bitego przez dorożkarza, rzucił się zwierzęciu na szyję. Pomysł na film wykiełkował już w latach osiemdziesiątych, lecz minęły przeszło dwie dekady, zanim doszło do realizacji. Tarr z napisanej wspólnie z László Krasznahorkaiem historii stworzył swoje opus magnum, wieńczące jego wieloletnią karierę reżyserską.

„Koń turyński” nie posiada tradycyjnego scenariusza, nakręcono go według luźnych notatek, to film nastroju, film obrazu, a nie słowa. Składa się na niego ledwie trzydzieści długich ujęć w czerni i bieli autorstwa Freda Kelemena, który współpracował z Tarrem już wcześniej przy kilku innych projektach. Sfotografowany przez niego świat ogranicza się jedynie do murowanej chaty i studni, do której codziennie odbywają pielgrzymkę mieszkający na odludziu dorożkarz i jego córka. Ich rutynowe zajęcia wyznaczają rytm każdego monotonnego dnia – ciężar zwyczajnej egzystencji przygniata oboje do samej ziemi. Złowieszczy nastrój filmu, podkreślany wspaniałą muzyką autorstwa Mihály'ego Víga, nawiązujący do poetyki kina niemego, przywodzi na myśl chwilę przed kataklizmem; dom z kamienia to miejsce gdzieś na krańcu świata, wręcz poza światem, tworzy odrębny mikrokosmos.

Dorożkarz zamienia z córką przez te parę dni, w ciągu których dzieje się akcja filmu, jedynie kilka zdań; pogrążeni są w nieustannym oczekiwaniu na nieuchronny koniec wszystkiego, a jednak pchani niewidzialną siłą poruszają codziennie trybiki rzeczywistości. Poprzez przybysza odwiedzającego samotne domostwo Tarr zdaje się mówić, że ów marazm to nie wyłączna wina Boga czy jakiejkolwiek wyższej siły, ale i samego człowieka, który pracuje na swoją własną apokalipsę.

Węgierski reżyser zrealizował dzieło pełne i kompletne, hipnotyzujące, do tego wielce zastanawiające – lekturze „Konia turyńskiego” towarzyszy refleksja, iż właśnie byliśmy świadkami niewytłumaczalnego, tajemniczego spektaklu, który usiłuje zamknąć w sobie ogół przemyśleń na temat kresu istnienia. Zresztą seans przynosi pewną paradoksalną, niewygodną ulgę, bowiem okazuje się, że świat może się skończyć w ciszy, bez błyskawicy i grzmotu. Zgasnąć tak, jak gaśnie naftowa lampa.

Skowyt (7/10)

Trzeba było mieć sporo odwagi, żeby zrobić to, co zrobił Allen Ginsberg. Odczytany przez niego po raz pierwszy w październiku 1955 roku w Six Gallery w San Francisco rewolucyjny wiersz „Skowyt” wywołał niemały skandal obyczajowy. Poeta w niewybrednych słowach pisał między innymi o swoich doświadczeniach homoseksualnych i narkotykowych tripach, a przecież był to czas, kiedy za podobne wyznania można było trafić za kraty. O więzienie otarł się zresztą wydawca tomiku wierszy autorstwa Ginsberga, Lawrence Ferlinghetti, zaś „Skowytu” przez jakiś czas nie wolno było dystrybuować, konfiskowano nawet egzemplarze przemycane zza granicy.

Odpowiedzialni za opisywany tutaj film reżyserzy i scenarzyści, Rob Epstein i Jeffrey Friedman, próbują uchwycić ten gorączkowy moment właściwych narodzin pokolenia bitników, bazując na archiwalnym wywiadzie z Ginsbergiem, transkrypcjach z sali sądowej oraz, oczywiście, samym wierszu, z którego zapożyczyli tytuł. W efekcie powstaje nietypowy obraz biograficzny; dość niekonwencjonalny, bo poetę pokazuje niemal wyłącznie przez pryzmat jego sztuki. „Skowyt” unika pułapki hagiograficznej, film Epsteina i Friedmana abstrahuje od tego, kim ich bohater stał się po sukcesie swojego flagowego wiersza, istotny jest moment przed, a może raczej w trakcie. Teza wydaje się brzmieć następująco – Ginsberg wykluł się z mieszczańskiego kokonu i odetchnął pełną piersią dopiero po przeczytaniu pierwszego wersu „Skowytu” w Six Gallery. Poezja wyzwoliła poetę.

„Skowyt” ma nielinearną fabułę, dzieli się na trzy płaszczyzny czasowe – pierwsza to rzeczony wywiad z Ginsbergiem, podczas którego poeta opowiada o sztuce, życiu ze swoim partnerem Peterem Orlovskym oraz znajomości z Jackiem Kerouakiem; na drugą składa się proces oskarżonego o propagowanie obscenicznych treści wydawcy Lawrence'a Ferlinghettiego, który odbył się w 1957; i wreszcie trzecia, czyli istna analiza czytanego przez Ginsberga „Skowytu”, wsparta sekwencjami animowanymi. I właśnie ten element krytycznoliteracki jest w filmie chyba najmniej przekonujący, bowiem owe wstawki nie oddają głębi czytanych wersów, narzucają pewną ikonografię, a co za tym idzie – interpretację. Same w sobie są dość interesujące, oddają opętańczą atmosferę tamtych czasów oraz energię poezji Ginsberga i sprawdzają się jako graficzna oprawa wiersza, lecz ambicje twórców sięgają jednak dalej.

„Skowyt” nie jest filmem o Ginsbergu per se, a o jego wierszu, to istna oda do poezji, żywiołowy, filmowy esej o literaturze, w której cieniu siedzi jej twórca. Może nieco hermetyczny, bowiem bez choćby podstawowej wiedzy na temat amerykańskiej kontrkultury trudno będzie widzowi zrozumieć skalę fenomenu Ginsberga. Na koniec warto pochwalić Jamesa Franco – jego Ginsberg to człowiek na początku swojej drogi artystycznej i życiowej, to ktoś niepewny siebie. Zresztą jak sam mówi w wywiadzie, pisał do szuflady, bo nie chciał, aby jego ojciec przeczytał tworzone przez niego wiersze; w dorosłość ma dopiero wkroczyć wraz z przestąpieniem progu Six Gallery w San Francisco.

Obie recenzje ukazały się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

środa, 28 marca 2012

Upadek kultury w świecie przyszłości

Według popkulturowych proroków postapokalipsy, kolejna wojna, bezsprzecznie atomowa, tudzież globalny kataklizm przyniosą również nieuchronny zmierzch sztuki wszelakiej.
Mieszkańcy Kapitolu w oczekiwaniu na krwawą jatkę. Kadr z filmu "Igrzyska śmierci"
Jeśli wierzyć kinu science-fiction, wydaje się, że człowiek przyszłości zatracił potrzebę obcowania z kulturą - co więcej, uwstecznił się; w futurystycznym świecie zachodzi nieustający proces wtórnego analfabetyzmu. Jedyną rozrywką jest mdła telewizja, wirtualna rzeczywistość albo brutalne zawody, kończące się obowiązkowo śmiercią któregoś z zawodników. Zastanawia mnie, czy człowiek jest w stanie wyrugować zupełnie kulturę ze swojego krwiobiegu, wyrwać ją z korzeniami, zaprzedać się pustej rozrywce i czy jutro faktycznie przyniesie całkowite zidiocenie. Bo jeśli odpowiedź brzmi twierdząco, to znaczy, że proces ten już się rozpoczął, a kastowe społeczeństwo przepowiedziane przez twórców rozmaitych antyutopijnych historii jest faktem - tyle że barierą nie jest stan majątkowy, ale chęć intelektualnego rozwoju, przy czym obie sfery nie muszą na siebie nachodzić, wszak kultura wcale nie jest dobrem luksusowym, produktem dla wybranych.

Zadziwiające, jak wiele osób już dzisiaj wybiera bzdurne programy wcale nie różniące się od odmóżdżonych rozrywek postapokaliptycznej gawiedzi, gdyż kultura jest podobno zbyt trudna. Bo po co komu ten nieszczęsny Bergman, którym wycierają sobie gębę komentujący artykuły i recenzje w portalach internetowych; po co nudziarz Dostojewski; po co iść do teatru czy na koncert, przecież dzisiaj wszystko można ściągnąć z netu. I właśnie dysponując globalną siecią zapewniającą niemal nieograniczony dostęp do dóbr kultury, często wybiera się film z wielkimi robotami czy książkę o pierdołach. Nie chcę być tutaj hipokrytą, bo jestem ostatnią osobą, która rzuci kamieniem w Johna Rambo, tkwię w popkulturze po same uszy, oglądam i czytam masę śmieci, lecz liczy się nie tylko, z czym ma się kontakt, ale jaki, co się z tego wynosi, ważna jest świadomość odbiorcy. Bowiem da się przecież obejrzeć bez emocji "Powiększenie" czy "Na wschód do Edenu", można wzruszyć ramionami na widok obrazu Millaisa, skrzywić się słuchając Prokofjewa, a w wyrwane z tomiku wierszy Wordswortha kartki zawinąć rybę. Zdajemy się zapominać jednak, że to odbiorca powinien dopasować się do arcydzieła, nigdy odwrotnie. To widz, czytelnik, słuchacz musi znaleźć w sobie iskrę - nikt nie powiedział, że obcowanie z kulturą należy do łatwych, co więcej, łatwe być nie powinno, to intelektualne wyzwanie. Dlatego sam traktuję popkulturę najzupełniej poważnie, gdyż chodzi w tym wszystkim o mentalność konsumencką: miłość do "Commando" nie wyklucza miłości do "Dersu Uzały" i nie ma nic zdrożnego w tym, jeśli po lekturze "Krwawego południka" sięgnie się po "Zew krabów". Zdaję sobie sprawę, że jedynie zasygnalizowałem tutaj większy problem i może uznasz to, co przeczytałaś/przeczytałeś za truizm - ba, będę się cieszył, jeśli tak się stanie, bowiem oznacza to, że się ze mną zgadzasz. A miałem pisać o czymś zupełnie innym...

piątek, 23 marca 2012

Tydzień w kinie - Liam Neeson i "Przetrwanie"


Dzisiaj sylwetka Liama Neesona oraz recenzja z filmu "Przetrwanie".

Ostatni bohater kina akcji?

Różnorodność filmografii Liama Neesona nie pozwala na zaszufladkowanie irlandzkiego aktora. Z kameralnymi produkcjami sąsiadują wysokobudżetowe blockbustery, zaś dynamiczne, acz proste sensacje przeplatają się z ambitniejszymi fabułami.
Liam Neeson jako Darkman
Liam Neeson nie musi już nic nikomu udowadniać – grał u Stevena Spielberga, Atoma Egoyana, Ridleya Scotta i Christophera Nolana, stworzył ikoniczną dla wielu miłośników kina rozrywkowego postać Qui-Gon Jinna w „Gwiezdnych Wojnach” George'a Lucasa, a teraz z powodzeniem występuje w popularnych filmach sensacyjnych. Za rok stuknie mu sześćdziesiątka i jest żywym dowodem na to, iż kino akcji polegające na rosłych mięśniakach w typie atletycznego wyczynowca odeszło do lamusa. I choć Neeson poważany jest głównie za swoje role dramatyczne, niejako na przekór charakterystycznej dla kina akcji typowości, doskonale sprawdza się jako ekranowy twardziel, bohater schematycznych, rozhukanych fabuł z eksplozjami na pierwszym planie – nie od dziś.

Karierę zaczynał pod koniec lat siedemdziesiątych w Wielkiej Brytanii, partnerując słynniejszym kolegom – najpierw Melowi Gibsonowi i Anthony'emu Hopkinsowi w „Buncie na Bounty” (1984), a potem Robertowi De Niro i Jeremy'emu Ironsowi w „Misji” (1986). Rok po premierze drugiego z filmów wyjechał do Hollywood, gdzie zagrał chociażby w „Puli śmierci” (1988), ostatniej odsłonie cyklu o Brudnym Harrym z Clintem Eastwoodem. Przełomową rolę otrzymał jednak dopiero dwa lata później, u młodego reżysera, opromienionego sławą „Martwego zła” Sama Raimiego, który realizował wtedy swój pierwszy hollywoodzki film – „Człowiek ciemności”. Był to swoisty hołd dla starych horrorów ze studia Universal połączony z klasyczną opowieścią o komiksowym superbohaterze. Neeson wcielił się w oszpeconego przez gangsterów naukowca, który poszukuje formuły potrzebnej do stworzenia syntetycznej skóry. A ponieważ pozbawiony zakończeń nerwowych nie czuje bólu – wypowiada wojnę półświatkowi przestępczemu.

Człowiek ciemności” dzisiaj uznawany jest za dzieło kultowe, a rola Neesona niezmiennie fascynuje. Kreacja wzorowanego po trosze na niewidzialnym mężczyźnie ze starego filmu Jamesa Whale'a, ukrywającego się pod bandażami superherosa o pseudonimie Darkman, wymagała wyjątkowego magnetyzmu i charyzmy – pozbawiony mimiki aktor musiał swoją rolę oprzeć w sporej mierze na głosie. Kolejny przełom w karierze przyszedł wraz z rokiem 1993 i filmem „Lista Schindlera” w reżyserii Stevena Spielberga; aktor otrzymał wtedy nominację do Oscara za główną rolę męską, co pociągnęło za sobą kolejne interesujące propozycje – od twórców „Rob Roya” i „Michaela Collinsa”.

Od tamtej pory Liam Neeson nie zwolnił tempa i jest obecnie jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów w Hollywood. Od kilku lat występuje głównie w głośnych filmach z potencjałem na finansowy hit, choć nie rezygnuje z mniejszych ról, jak chociażby w niskobudżetowych thrillerach „Chloe” (2009) czy też „After.Life” (2009). I choć pojawiał się już wcześniej w filmach akcji, to chyba dopiero „Uprowadzona” z 2008 roku w pewnym sensie przepisała jego emploi. Połączył tam dwie, wydawałoby się nieprzystające do siebie role – troskliwego ojca w średnim wieku oraz zimnego mordercy, co udało mu się wyśmienicie i żadna z tych ekranowych póz nie dominuje. Podobną kreację stworzył też w „Tożsamości” (2011), gdzie wcielił się w człowieka, któremu skradziono nazwisko. Z początku fajtłapowaty, stopniowo przypomina sobie zablokowane przez jego umysł wspomnienia, odkrywając w sobie gniew i skłonność do bezwzględnej przemocy. Neeson doskonale zdaje sobie sprawę z własnego potencjału i rozpiętości swojego talentu, dobiera więc role nieprzypadkowo, wykorzystując image poczciwca nawet w rolach bohaterów z rysą.

Neeson jako jeden z topowych aktorów kojarzonych obecnie z filmami sensacyjnymi wybija się przed szereg – udowadnia, że akcyjniaki zmieniły drastycznie swoje oblicze, oddaliły się od kultu macho. Staje jednak przed wcale niełatwym momentem w karierze, bowiem w tym roku postawił tylko i wyłącznie na kino rozrywkowe, niekoniecznie najwyższych lotów. Oby faktycznie nie stał się ostatnim bohaterem kina akcji swojego pokolenia.

Przetrwanie (6+/10)

Konfrontacji człowieka z naturą ciąg dalszy. Tym razem jednak wydaje się, że uwięzieni pośród bezkresnych śniegów Alaski rozbitkowie nie mają szans na przetrwanie. Limit szczęścia wyczerpali, gdy udało im ujść z życiem z katastrofy samolotu, który miał zabrać grupę pracujących w rafinerii naftowej mężczyzn do domów. Przywódcą zagubionych w niekończącej się nicości robotników zostaje John Ottway, myśliwy i ekspert od survivalu. Jeszcze niedawno myślał o samobójstwie; teraz ciąży na nim odpowiedzialność za los kolegów. Swoją powinność przyjmuje niechętnie, lecz instynkt każe mu walczyć o życie, którego chciał się przecież pozbawić. Jednak przywilejem człowieka wolnego, zdaje się niezachwianie wierzyć Ottway, pozostaje decyzja o tym kiedy i jak umrze – oby z podniesionym czołem.

W „Przetrwaniu”, poza wątkami czysto przygodowymi, charakterystycznymi dla widowiskowej przeprawy przez śniegi, reżyser Joe Carnahan rozwija tematykę egzystencjalną. Swoim bohaterom każe zastanawiać się nad sensem istnienia i obecnością Boga, zaś same zmagania z ekstremalnymi warunkami pogodowymi i czającymi się na mężczyzn stadami wilków, jawiących się tutaj niczym diabelskie demony, przypominają pokutną podróż przez Czyściec. Film nie nosi jednak znamion filozoficznej rozprawki, bowiem jego esencją pozostaje walka z żywiołem natury – prócz wyłaniających się z mroku wilków, ciągle depczących bohaterom po piętach niczym widmo śmierci, mężczyźni muszą zmierzyć się z własnymi, czysto fizycznymi ograniczeniami. Wyczerpani, zziębnięci, pozbawieni wsparcia milczącego Boga, nie składają broni. Motto filmu mogłoby brzmieć: tylko sam człowiek może wytyczyć granice swoich możliwości.

Powyższe teksty ukazały się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika".

wtorek, 20 marca 2012

Alan Moore, Brian Bolland "Zabójczy żart" - recenzja

„Zabójczy żart” to tytuł, który już w momencie swojej premiery w 1988 roku dorobił się statusu instant classic, obrósł legendą i odcisnął niezatarte piętno na komiksowym uniwersum Batmana. Aby uświadomić sobie wagę tej pozycji, warto wiedzieć, że dzieło Alana Moore'a i Briana Bollanda jest nieprzerwanie drukowane od ponad dwudziestu lat i zasila biblioteczki kolejnych pokoleń miłośników kolorowych zeszytów. To komiks ważny nie tylko dlatego, iż to w nim zostaje okaleczona i zesłana na wózek inwalidzki córka komisarza Gordona (wiernego sojusznika zakapturzonego mściciela z Gotham City), która później zostanie Oracle, istnym Google z krwi i kości, specjalistką od wyszukiwania tego, co niemożliwe do znalezienia. Otóż w „Zabójczym żarcie” przypatrujemy się działającej na zasadzie lustrzanego odbicia relacji pomiędzy Batmanem a jego odwiecznym adwersarzem Jokerem – może nie po raz pierwszy, lecz chyba nigdy wcześniej nie została ona pokazana tak dobitnie.


Zielonowłosy psychopata porywa komisarza Gordona i poprzez wymyślne, sadystyczne tortury próbuje złamać jego ducha, udowodnić policjantowi, jak cienka granica dzieli normalność i szaleństwo. Według wykładni Jokera wystarczy jeden zły dzień w pracy czy domu, aby zwyczajny facet stał się psychopatą, bowiem wariactwo to stan nabyty. Z retrospektyw dowiadujemy się, co takiego sprawiło, że on sam zwrócił się ku zbrodni, choć rewelacje patologicznego kłamcy trzeba oczywiście filtrować. Ale w tym świetle i Batman jawi się jako ktoś, kto przeszedł całkowitą przemianę spowodowaną traumą jednego feralnym wieczoru, co daje do myślenia. Sęk w tym, że on i jego nemezis to dwa przeciwległe bieguny – Bruce Wayne próbuje odnaleźć w swojej tragedii sens; Joker odzwierciedla to, co w życiu absurdalne i przypadkowe.

Opisywanie wydanie „Zabójczego żartu” ma zmienioną, w stosunku do oryginalnej edycji, kolorystykę – autor rysunków Brian Bolland po latach sam zajął się nałożeniem barw. Scenariusz oczywiście pozostał ten sam, choć Alan Moore przy wielu okazjach dyskredytował opowiedzianą przez siebie historię, oskarżaną zresztą o mizoginię, twierdząc, że brak „Zabójczemu żartowi” wymiaru ludzkiego, że to nadal tylko komiks. Możliwe, lecz rzecz trzeba raczej, że to komiks i jedna z tych wielkich fabuł o Batmanie, która zmieniła bieg komiksowej historii.

Recenzja ukaże się w piątkowym wydaniu "Dziennika".

piątek, 16 marca 2012

Konkursowy tydzień w kinie - "Demony", "Kupiliśmy zoo", "Wszystkie odloty Cheyenne'a"

Demony (1+/10)

Na dowód tego, że konwencja mockumentary nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, przywołać można wchodzące do kin „Demony”. Film miał swoją premierę w Stanach Zjednoczonych na początku roku i w pierwszym tygodniu wyświetlania zarobił grube miliony. Potem ukazały się recenzje prasowe, a widzowie opowiedzieli znajomym o koszmarnej chałturze, jaką mieli nieszczęście zobaczyć. Istnieje więc szansa, że udało się ostrzec tych, którym przez myśl przeszło zakupienie biletu na seans.

„Demony” to pierwszy z serii mikrobudżetowych filmów wyprodukowanych przez specjalnie oddelegowaną w tym celu komórkę studia Paramount. Prawda – aby zrealizować podobny obraz wcale nie potrzeba ogromnych nakładów finansowych, lecz choćby odrobina talentu wydaje się nieodzowna. A film Williama Brenta Bella to prawdziwa katorga nawet dla najwytrwalszych wielbicieli gatunku. Fałszywe dokumenty połykają każdą odmianę horroru, aby ją przeżuć i wypluć – tylko w nielicznych przypadkach udało się w ten sposób odświeżyć stetryczałe rozwiązania fabularne. Żenujący scenariusz „Demonów” nie pozwolił zaś na wiele.

Isabella, córka kobiety, która podczas egzorcyzmów zamordowała trzy osoby, próbuje dociec prawdy o swojej matce, wplątując się w okultystyczną intrygę. Dziewczyna wędruje po Rzymie w towarzystwie dwóch księży, tropiąc diabelskie opętania – każdy przypadek jest pretekstem, aby wykorzystać ubogie środki straszące, polegające na nagłym łupnięciu z głośników, reumatycznym trzęsieniu kamerą lub akrobatycznych wygibasach egzorcyzmowanego nieszczęśnika. Tych, którzy wytrzymają do końca spektaklu, czeka nagroda w postaci jednego z najgorszych zakończeń, jakie kiedykolwiek zobaczą. Tego filmu powinno się unikać jak diabeł wody święconej.

Kupiliśmy zoo (6/10)

Cameron Crowe w swoim nowym filmie kusi wizją biblijnego królestwa pokoju, w którym obok siebie, w doskonałej harmonii, żyją wszystkie boskie stworzenia. Amerykański reżyser przez dwie godziny seansu snuje bajkową historię, mającą w dodatku pokrycie w rzeczywistości pozafilmowej – a przynajmniej częściowe. „Kupiliśmy zoo” to luźna adaptacja wycinka z życiorysu brytyjskiego dziennikarza, którego pamiętniki posłużyły za temat przedstawionej na ekranie opowieści. I choć różnice pomiędzy materiałem wyjściowym a scenariuszem są znaczące, nie o wierność faktom tutaj chodzi.

Filmowy Benjamin Mee to osobowość telewizyjna; ryzykant, który dla dobra reportażu skłonny jest bez większego wahania rzucić się do basenu z rekinami albo wskoczyć w oko cyklonu. Po śmierci żony przewartościowuje swoje życie, rzuca pracę i ku uciesze młodszej córki, a rozczarowaniu nastoletniego syna, decyduje się na kupno domu przylegającego do popadającego w ruinę zoo. Na jego barkach ciąży odpowiedzialność za doprowadzenie zaniedbanego miejsca do porządku – od niego zależy teraz zarówno los zwierząt, jak i zatrudnionych w zoo pracowników.

Chciałoby się powiedzieć, że pierwszy od siedmiu lat pełnometrażowy film cenionego przecież reżysera to dzieło udane, lecz byłoby to stwierdzenie prawdziwe tylko połowicznie. Bolączką „Kupiliśmy zoo” jest bowiem wtórność scenariusza, który gładko i bezboleśnie sunie dobrze nam znanym torem. Brak tutaj wyrazistego wątku pobocznego – konflikt na linii ojciec i syn jest ledwie zarysowany, do tego wpisuje się w ograny schemat – zaś hurra optymistyczne obrazki składające się na główną linię fabularną wprawiają w niejaki dyskomfort swoim infantylizmem i idealistyczną naiwnością. Ale taka ocena byłaby jednoznaczna, niepełna i jakkolwiek niesprawiedliwa, gdyż z drugiej strony film Crowe'a, podparty mocnym aktorstwem Matta Damona, znakomicie sprawdza się jako reprezentant swojego gatunku. To w końcu opowieść w rodzaju serce roście, w której prawdziwość uwierzyć może i nie sposób, lecz posiadająca niezaprzeczalny czar; film w typie tych, które ciężko oglądać tylko rozumem.

Bo nie można odmówić tej opowiastce szczególnego uroku, przesyconego pozbawioną cynizmu wiarą w człowieka i jego dobroć – nawet inspektor rzucający kłody pod nogi Benjamina, wydając wreszcie odpowiedni dokument umożliwiający ponowne otwarcie zoo, obejrzy się przez ramię, uśmiechnie i pokiwa z niedowierzaniem głową, patrząc na radujących się pracowników. Cameron Crowe udowadnia tym samym, że nie zatracił nic ze swojej humanistycznej wrażliwości.

Wszystkie odloty Cheyenne'a (7/10)

Nie próbuję odnaleźć siebie, przecież jestem w Nowym Meksyku, a nie w Indiach – mówi żonie podczas rozmowy telefonicznej Cheyenne, emerytowany rockman, główny bohater filmu w reżyserii Paola Sorrentino. Słowa to znamienne, bowiem w nich zawiera się w pewnym sensie cała jego postawa; wobec siebie, wobec świata. Znudzony i umęczony przewidywalnością życia, zostawił estradę, gdy po wysłuchaniu jednej z jego piosenek dwóch nastolatków popełniło samobójstwo. Trudno mu wykrzesać z siebie energię nawet na kurtuazyjną pogawędkę, prosto z mostu, apatycznie, wali rozmówcy prawdę w oczy.

Sorrentino, miłośnik zespołu The Cure, ucharakteryzował Seana Penna na lidera słynnej brytyjskiej grupy, Roberta Smitha. Cheyenne nie pokazuje się bez makijażu nawet swojej żonie; nie stanowi on elementu scenicznego wizerunku, ale określa jego umiejscowioną w gwiazdorskiej przeszłości osobowość. Stary rockman nie czuje się jednak przytłoczony rzeczywistością, po prostu uparcie odmawia partycypacji w codzienności. Do czasu. Gdy otrzymuje wiadomość, że jego ojciec leży na łożu śmierci, Cheyenne, czujący paniczny lęk przed lataniem, wyprawia się z Dublina do Stanów Zjednoczonych statkiem, przez co przybywa na miejsce zbyt późno. Przyjaciel zmarłego, zajmujący się tropieniem nazistowskich zbrodniarzy, odkrywa przed Cheyennem ogrom nieszczęść, jakich jego ojciec zaznał z rąk oficera SS w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Muzyk poprzysięga odnaleźć hitlerowca ukrywającego się gdzieś w USA i wykonać na nim wyrok. Podróż, którą odbędzie, pomoże mu przedefiniować swój stosunek do zwyczajności.

„Wszystkie odloty Cheyenne'a” skonstruowane są w stylu charakterystycznym dla kina drogi, gdzie kolejne odwiedzane przez bohatera miejsca i spotykani ludzie przyczyniają się do obrania przez niego nowego kursu. I choć nie ma nic żałosnego w pokrytej pudrem i szminką twarzy Seana Penna, nad filmem wisi pytanie, czy Cheyenne odważy się wreszcie zmyć make-up i stanąć przed innymi nie jako rockman, ale po prostu jako pan Smith.

Wszystkie trzy recenzje ukazały się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika"

I na koniec konkurs. Mam do rozdania kilka podwójnych zaproszeń na ENEMEF, czyli nocny maraton filmowy w Multikinie, na którym zostanie pokazanych parę hitów science-fiction z ostatnich lat, a wśród nich (premierowo) "Igrzyska śmierci". Jeśli więc chcecie zobaczyć kilka fajnych filmów w Multikinach Warszawa Targówek, Wrocław Pasaż, Poznań 51 lub Szczecin, zerknijcie na plakat reklamujący imprezę i odpowiedzcie na pytanie:


Jak nazywa się ptak, który widnieje na okładkach książek z serii "Igrzyska śmierci"?

Odpowiedzi przesyłajcie na mój adres mailowy (widoczny po prawej) i pamiętajcie o podaniu swojego imienia, nazwiska oraz wybranego kina. Konkurs potrwa do najbliższej środy włącznie.

wtorek, 13 marca 2012

Tydzień w kinie - "John Carter"

Hollywood hucznie obchodzi setne urodziny Johna Cartera, byłego żołnierza Konfederacji i wybawiciela Czerwonej Planety, zrodzonego w wyobraźni Edgara Rice'a Burroughsa. Disney na produkcję swojego nowego blockbustera, za którego scenariusz posłużyła pierwotnie publikowana w odcinkach powieść „Księżniczka z Marsa”, wyłożył podobno około trzystu milionów dolarów, co przewyższa budżet trzech części „Władcy pierścieni” razem wziętych.

John Carter (6-/10)

John Carter to facet, który na wojnie stracił wszystko; nie ma domu, rodziny, wyrwano mu moralny kręgosłup. To wrak człowieka, utracjusz goniący za mrzonką. A jednak po latach poszukiwań znajduje wreszcie mityczną jaskinię ze złota, lecz zanim położy rękę na skale i zaanektuje dla siebie jaśniejącą grotę, medalion o specjalnych właściwościach przetransportuje go na Marsa. Jako swój wśród obcych, obdarowany zostanie nadludzką siłą i sprawnością fizyczną umożliwiającą mu akrobatyczne fikołki. Popkultura nauczyła nas, że z wielką mocą idzie w parze niemała odpowiedzialność, tak więc John Carter, korzystając z nabytych zdolności, wyjścia nie ma - musi stanąć po stronie pokrzywdzonych mieszkańców miasta-państwa Helium, które czeka zagłada z rąk żołnierzy Zodangi, pożerającej inne osiedla marsjańskie, pasożytniczej kolonii.

Fabuła jest więc dobrze znana - to istny konglomerat pomysłów, na których kino rozrywkowe jedzie od lat. Scenariusz "Johna Cartera" syntetyzuje bodaj wszystko to, co już na ekranach widzieliśmy, a więc pogrzebano szanse na stworzenie prawdziwie rewolucyjnej, filmowej baśni. Ponoć jednak lubimy te piosenki, które już znamy, i powiedzenie to pasuje jak ulał do opisywanego obrazu. Bo pomysły, choć lekko już przejrzałe, podano tutaj z zapałem godnym debiutanta. Andrew Stanton stąpa więc po bezpiecznym, sprawdzonym już gruncie, a trochę szkoda, gdyż dysponował narzędziami, dzięki którym mógł zrealizować istną überprzygodę. A tak pozostaje pozachwycać się doskonale wykreowanym światem. Barsoom, jak tubylcy nazywają Czerwoną Planetę, to kompletne, pieczołowicie skonstruowane, filmowe uniwersum, które bardzo chciałbym zobaczyć powtórnie, bowiem "John Carter" wydał mi się jedynie preludium do czegoś znacznie większego. Być może jest początkiem sagi godnej XXI wieku, na którą czekam już ponad dziesięć lat. Innymi słowy: I want to believe.

piątek, 9 marca 2012

Tydzień w kinie - "Terytorium wroga"

O "Johnie Carterze" też napiszę, lecz dopiero po weekendzie, dzisiaj mogę zaproponować swój tekst okołofilmowy, traktujący o powieściach groszowych i literaturze śmieciowej, który opublikowałem tutaj. A teraz przejdźmy do recenzji "Terytorium wroga".

Terytorium wroga (4-/10)

Żurnalowe kino militarystyczne Stéphane'a Rybojada portretuje wojnę jako efektowną rozrywkę dla dużych chłopców, którym znudziło się ślęczenie przed ekranem z kontrolerem do konsoli w ręce. Na froncie wszystko okazuje się sterylne i wygląda, jakby zostało starannie zaprojektowane niczym komputerowe tekstury, a tym samym sztuczne oraz pełne intelektualnych, politycznych i kulturowych uproszczeń. Co najważniejsze, zabrakło też w „Terytorium wroga” nawet śladowej refleksji na temat zasadności podjętych działań wojskowych, to istna propagandówka krzycząca aż do zdarcia gardła o bezdyskusyjnej słuszności przyjętej formy walki z terrorem – przecież pokój nie wywalczy się sam. Punktem wyjścia wydaje się być tutaj założenie o niezaprzeczalnej racji, którą ma jedynie lufa karabinu zdolna wskazać odpowiedzi na wszelakie pytania. I nawet wrzucona w wir zbrojnego konfliktu pacyfistka, dziennikarka Elsa Casanova (w tej roli jak zwykle magnetyzująca Diane Kruger), którą porywają talibowie, ucieknie pod opiekę dziarskich wojaków, rewidując swoje poglądy na temat zasadności użycia brutalnej siły. To właśnie wokół niej orbituje fabuła „Terytorium wroga” – na terenie opanowanym przez Pakistańczyków odbicie reporterki z rąk wrażych bojowników staje się nadrzędnym zadaniem grupy komandosów, uprzednio wysłanych, aby unieszkodliwić zbrodniarza wojennego. I nawet gdy już powiedzie im się ta trudna sztuka, a misja niemożliwa zostanie wykonana, trzeba będzie przedrzeć się przez kilometry nieprzystępnych piasków i skał.

Rybojad ani przez chwilę nie poddaje w wątpliwość, iż chłopaki z francuskich oddziałów specjalnych to chodzące statuy z brązu – każdy z nich jest wyidealizowanym obrazem żołnierza, który, zestawiony z szeregami bezbarwnych terrorystów, rysuje się niczym antyczny heros z plakatu rekrutacyjnego. Postaci zredukowano tym samym do prostych i mało wiarygodnych schematów charakterologicznych, co odpowiada właśnie specyfice konstrukcji fabuły i bohaterów z gier strzelanych – liczy się przede wszystkim wizualna atrakcyjność spektaklu. Elektroniczna rozrywka ma jednak to do siebie, że jest interaktywna; Rybojad, czerpiąc niezaprzeczalnie z motoryki i mechanizmów rozwoju akcji podpatrzonych podczas seansów z flagowymi produktami konsolowej zabawy jak „Call of Duty” czy „Battlefield”, dostarcza pełnometrażową cut scene, sekwencję przerywnikową, podczas której gracz ma okazję odsapnąć od koszenia zastępów wroga seriami z karabinu maszynowego. Ze świecą jednak szukać takiego, co chciałby wpatrywać się bezczynnie w ekran przez bite dwie godziny.

„Terytorium wroga” to nic więcej, jak marzenie militarnych fetyszystów – pełno tutaj ujęć celebrujących potęgę francuskiej armii; Rybojad z zachwytem przypatruje się statkom, samolotom i karabinom snajperskim, to istna zachęta dla przyszłych rekrutów. Dodajmy do tego patetyczne zadęcie całości, uwidaczniające się szczególnie podczas finałowej przeprawy przez górskie szczyty, a otrzymamy nieznośną apoteozę wojny jako areny zmagań bandy szarmanckich macho.

Tekst pochodzi z dzisiejszego wydania "Dziennika" (9.03.2012)

środa, 7 marca 2012

Tymczasem w księgarniach - "Conan i pradawni bogowie", "Musimy porozmawiać o Kevinie", "Potwory. Bestiariusz"

Dzisiaj kilka słów o ostatnio przeczytanych, całkiem świeżych premierach książkowych.


Conan i pradawni bogowie - Robert E. Howard (9/10)

Mało kto wydaje u nas książki tak starannie jak Rebis. Stosunkowo rzadko zwracam uwagę na stronę edytorską tego, co czytam, bo i nie ma specjalnie na co, ot takie tam zwyczajności. Za to tomiszcza, które przychodzą do mnie z poznańskiego wydawnictwa, naprawdę mogą zachwycić - twarde oprawy, obwoluty, żadnych błędów interpunkcyjnych na okładkach, a w środku staranny druk, przyjemny w dotyku papier oraz kawał dobrej roboty tłumacza i redaktora. Nie inaczej jest w przypadku "Conana i pradawnych bogów" - opasła księga przyciąga wzrok stylizowanymi na pulp art ilustracjami. Innymi słowy: odpowiedni klimat jest. A to ważne, bowiem dotychczas Conan nie miał w Polsce szczęścia, choć swego czasu półki księgarń uginały się od czarnych tomów z przygodami pierwszego barbarzyńcy popkultury, w kioskach można było nabyć komiksy, zaś w wypożyczalniach stały kasety wideo ze słynnymi filmami ze Schwarzeneggerem. Piszę o braku szczęścia, gdyż obraz Conana spreparowany przez naśladowców Howarda jest nieco wykoślawiony i w rzeczywistości niewielu może powiedzieć, że czytało, zna i lubi opowieści o rosłym Cimmeryjczyku, które wyszły spod ręki jego twórcy. Rebis dostarcza dzieło kompleksowe, bo prócz samych opowiadań (poukładanych chronologicznie, według dat oryginalnych publikacji) zapewnia odpowiedni kontekst - w książce pełno dodatków, niczym na płycie z filmem: wstęp, wprowadzenie, szkice, eseje, mapki, adnotacje... To istne kompendium wiedzy na temat Conana i Howarda, jakiego jeszcze w Polsce nie było. Zaś jeśli chodzi o treść... no cóż, trzeba bez ogródek powiedzieć, że proza Howarda to mieszanina zaprawdę magicznego talentu storytellera z niewprawną grafomanią. Potrzeba chwili, aby oswoić się z bujnym, kwiecistym stylem amerykańskiego pisarza, aby wsiąknąć w ten świat klasycznych, pulpowych fabuł, na których stoi dzisiejsze heroic-fantasy, niezliczone gry wideo i tuziny filmów. Akurat mnie Howard oczarował, choć pamiętam, że jeszcze kilka lat temu wolałem czytać jego drugoligowych epigonów. "Conan i pradawni bogowie" zmienili moją recepcję jego twórczości, a i o samym barbarzyńcy przyjdzie się czytelnikowi dowiedzieć niemało, bowiem to niepowtarzalna okazja, aby prześledzić drogę, którą przebył - od nędznych, groszowych magazynów do jednego z filarów dzisiejszej kultury fantastycznej.


Musimy porozmawiać o Kevinie - Lionel Shriver (8/10)

Mniej więcej równolegle z wprowadzeniem filmu "Musimy porozmawiać o Kevinie" (który z miejsca okrzyknąłem jednym z moich tegorocznych faworytów) do naszych kin, w sklepach pojawiła się reedycja powieści, na podstawie której Lynne Ramsay nakręciła swój obraz. Nie będę omawiał różnic fabularnych pomiędzy dwoma dziełami, a są one dość istotne w szczegółach, napomknę więc o sposobie narracji - technicznie rzecz biorąc, jest to powieść epistolarna, jej treść zawiera się w listach i mailach pisanych przez Evę do męża. Na ich postawie budowany jest subiektywny obraz matki, która wydała na świat ludzką bestię. I się poniekąd z tym faktem pogodziła - co oczywiście nie znaczy, że zwalnia się tym samym od odpowiedzialności i udziela sobie samej absolucji. Nic z tych rzeczy. To książka o swoistym grzechu pierworodnym, o puszcze Pandory, którą staje się kobiece łono. Powieść ma z horrorem o wiele mniej wspólnego niż znakomity przecież film, to zupełnie odmienne doświadczenie, na innym poziomie emocjonalnym. Może chwilami zbyt patetyczna i wzniośle napisana, przez co narracja cierpi na chorobliwą wręcz metaforozę i przymiotnikozę, ale w warstwie psychologicznej i uczuciowej jest najzupełniej trafna, szczera i... przerażająca. Niejakiej analizy podjąłem się już w swojej recenzji filmu, więc nie chciałbym się powtarzać, zachęcam do przeczytania.


Potwory. Bestiariusz - Christopher Dell (7-/10)

Kolejna świetnie wydana książka - twarda okładka ma fakturę smoczej łuski, przez co wrażenia dotykowe idą w parze z wizualnymi. "Potwory. Bestiariusz" może zachwycić przypadkowego przeglądacza - ilustracje zapierają dech w piersi, zgromadzono ich tutaj grubo ponad setkę, są wśród nich ryciny i malunki przedstawiające każdego stwora, o którym mowa w książce. I to nie byle jakie bohomazy, lecz reprodukcje znanych i mniej znanych prac artystów z każdego zakątka kuli ziemskiej, całe stulecia sztuki zamknięte w pigułce, co daje znakomity obraz kulturowej różnorodności. Niestety, to by było na tyle - strona wizualna książki jest jej ogromną, lecz bodaj jedyną zaletą. Tekściki opisujące poszczególne maszkary to lakoniczne opisy pełne truizmów i banałów, do tego trudno ustalić ich target - ani to dla dzieci, ani dla dorosłych. Szkoda też, że nie postarał się ktoś z trójki tłumacz-redaktor-korektor, gdyż nawet w tych miniaturowych notkach roi się od językowych łamańców, a nawet błędów logicznych, co niejednokrotnie paraliżuje czytanie. Można więc potraktować "Potwory. Bestiariusz" jako album czysto obrazkowy, pooglądać naprawdę wspaniałe ilustracje i zerknąć na przypisy.

poniedziałek, 5 marca 2012

Tydzień w kinie - "Kobieta w czerni"

O "Kobiecie w czerni" mówi się i pisze przede wszystkim ze względu na rolę Daniela Radcliffe'a, wcale utalentowanego młodego brytyjskiego aktora, który przez ostatnie dziesięć lat wcielał się w postać ciekawskiego okularnika obdarzonego mocami magicznymi w serii filmów o Harrym Potterze. Facet w wolnych chwilach grywał jeszcze w teatrze, do tego na golasa, oraz pojawił się w jednym pełnym metrażu, który jednak przeszedł przez kina bez echa. Teraz staje na swoistym rozdrożu, wygaduje więc dziennikarzom różne pierdółki o alkoholowych wojażach i łóżkowych przygodach, aby zerwać z wizerunkiem wiecznie dziwiącego się światu czarodzieja i zademonstrować, że dorósł i wziął się wreszcie za prawdziwe aktorstwo.

Radcliffe'owi w "Kobiecie w czerni" kazano założyć buciory poważnego męża i ojca, praktykującego adwokata, który, niczym niegdyś Jonathan Harker w "Drakuli", rusza na zapadłą wieś, aby załatwić papierologię związaną z nieruchomością należącą do zmarłej lokalnej krezuski. Na miejscu ludzie są tak samo przyjaźni jak menele w jakieś małomiasteczkowej mordowni i chyba tylko cudem udaje się młodemu prawnikowi ujść cało przed wytarzaniem w smole i pierzu, i opuszczeniem tego zapomnianego przez boga wygwizdowa na kopach. "Kobieta w czerni" to klasyczna opowieść o nawiedzonej chałupie (możemy ją także przeczytać, bowiem równolegle z wprowadzeniem filmu do kin opublikowano u nas książkę autorstwa Susan Hill, będącą podstawą scenariusza; zresztą to druga ekranizacja powieści, pierwsza powstała w roku 1989), o interesujących aspiracjach, których, niestety, nie udało się w pełni zrealizować. Wydaje się bowiem, że stylowe horrory są już dzisiaj przeżytkiem, bo po co chować, skoro można pokazywać, szczególnie iż możliwości dzisiejszego kina ogranicza chyba tylko wyobraźnia? Ba, nawet i wielcy mistrzowie grozy musieli wreszcie otworzyć szafę albo pozwolić czytelnikowi czy widzowi zajrzeć pod łóżko, gdy więc reżyser James Watkins (autor niezwykle cenionego przeze mnie "Eden Lake") rozkłada już na stole wszystkie karty, a piony stoją na swoich polach, puszcza w ruch maszynerię i niech się dzieje, co chce. Film ten to całkiem satysfakcjonująca wycieczka po wiktoriańskim domu strachów - dokładnie tak wyobrażałbym sobie wędrówkę po tematycznym parku grozy - Radcliffe łazi od pokoju do pokoju, od drzwi do drzwi, od drzewa do nagrobka i świadkuje nadprzyrodzonemu. Tu coś wyskoczy, tam coś zazgrzyta, a my siedzimy w fotelach i szczerzymy się głupkowato, bo to bardziej fajne i przyjemne niż straszne. "Kobieta w czerni" to przyzwoita robota, acz archaiczna, i wcale się tą swoją staroświeckością niebawiąca, jak to obecnie kino ma w zwyczaju - a szkoda, bo naśladownictwo bez cienia ambicji twórczej spycha ten film gdzieś w rejony szeregowej rozrywki na poziomie jarmarku. Podczas opuszczania kinowej sali zdziwiłem się, że za drzwiami nie czeka ktoś z obsługi, aby wyskoczyć i krzyknąć boo!.

Kobieta w czerni - (6/10)

piątek, 2 marca 2012

Tydzień w kinie - "Kobieta w czerni", "Bóg zemsty" i konkurs z "Zagubionym w La Manchy"

Ponownie zaczynam wpis od małego komunikatu. Od tygodnia mam swojego bloga w portalu Tomasza Lisa natemat.pl (bannerek z podpiętym linkiem znajdziecie po prawej stronie), gdzie raz w tygodniu będę publikował dłuższą notkę - staram się, aby tematyka obu moich blogów za bardzo się nie zazębiała, co wymaga ode mnie wprowadzenia lekkich zmian w funkcjonowaniu Kill All Movies. Wpisy w natemat.pl będą ukazywały się nieregularnie (o każdym poinformuję za pośrednictwem strony Kill All Movies na Facebooku), zaś tutaj nowe treści zamieszczać będę niezmiennie w piątki (głównie recenzje i teksty powiązane z bieżącymi premierami) i w jeden wybrany dzień tygodnia. Uff... to by było na tyle, przejdźmy więc do rzeczy.

Dzisiaj na ekranach "Kobieta w czerni" z Danielem Radcliffem. O samym filmie napiszę szerzej po weekendzie, a tymczasem zachęcam do lektury artykułu na temat tego młodego brytyjskiego aktora oraz zajawki recenzji "Boga zemsty" z Nicolasem Cagem.


Zostawić Hogwart

Trudno orzec, czy kontrowersyjne wypowiedzi Daniela Radcliffe'a, którymi od niedawna z lubością raczy prasę, to jedynie element kampanii reklamowej jego nowego filmu czy też może definitywna próba zerwania z dotychczasowym wizerunkiem.

Dorosłość brytyjskiemu aktorowi nie przychodzi łatwo, bowiem nadal miliony widzów pamiętają go jako jedenastoletniego, niezdarnego, acz ciekawego świata okularnika, któremu przypadła bodaj najbardziej wówczas pożądana w Hollywood rola dziecięca. Radcliffe swój image czarodzieja z filmów dla młodzieży stara się porzucić, dozując mediom pikantne informacje o przygodach łóżkowych z nieznajomymi fankami, alkoholowych eskapadach czy homoerotycznej fascynacji Ryanem Goslingiem. Zapewne sporo w tym wszystkim blagi i czystego marketingu, gdyż ten utalentowany dwudziestodwulatek staje przed trudnym momentem w karierze – do kin wchodzi właśnie jego pierwszy film postpotterowy.

Daniel Radcliffe niezaprzeczalnie zdaje sobie sprawę, że udział w produkowanej przez legendarne angielskie studio Hammer "Kobiecie w czerni" w pewien sposób określi jego dalszą drogę aktorskiego rozwoju. A rola ta jest z pewnością wyborem nieprzypadkowym, gdyż film reżyserowany przez Jamesa Watkinsa, odpowiedzialnego za znakomity horror "Eden Lake", to nieco staromodna opowieść grozy, ghost story na tle typowo angielskiego, gotyckiego pejzażu. Trudno o bardziej radykalne odcięcie się od serii o Harrym Potterze, choć aktor niejednokrotnie przypominał w wywiadach, iż nigdy nie będzie żałował dzieciństwa spędzonego na planie jednej z najpopularniejszych serii filmowych wszech czasów. Dobór kilku poprzednich ról również wskazuje, że Radcliffe chce zmienić obrany wcześniej kierunek, nie godzi się na zamknięcie go w niszy filmów dla młodych odbiorców i burzy obraz siebie jako nastoletniego czarodzieja – "Kobieta w czerni" nie jest pierwszym występem, dzięki któremu angielski aktor odwiesza swój szkolny mundurek z herbem Gryffindoru.

Złe miłego początki

Niewiele brakowało, aby Radcliffe wcale nie musiał walczyć ze swoim lustrzanym odbiciem w okularach i uciekać od czarodziejskiego alter-ego. Mimo że wychowywał się w rodzinie inteligenckiej – ojciec był agentem literackim, matka zaś pracowała przy castingach w telewizji BBC – i rozpoczęcie przygody aktorskiej było niejako naturalną konsekwencją dorastania w sprzyjającym jego dziecięcym jeszcze planom środowisku, rola Pottera wcale nie była na wyciągnięcie ręki.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl.


Bóg zemsty (6-/10)

„Bóg zemsty” to sensacja spod ręki weterana gatunku Rogera Donaldsona, bazująca na popularnym schemacie bogu ducha winnego poczciwca wplątanego w przerastającą go aferę. Pogrążony w smutku, szukający odwetu mąż wpada w łapska organizacji zrzeszającej samozwańczych mścicieli, którzy za pomocą pięści i pistoletu zaprowadzają porządek na ulicach Nowego Orleanu. Miłośnicy szybkiego kina znajdą tutaj coś dla siebie, lecz szkoda, że w „Bogu zemsty” brak jest choćby zalążka refleksji na temat moralnej odpowiedzialności za przedsięwziętą zemstę – zostaje ona zastąpiona rojeniami scenarzysty o wszechobecnym spisku podziemnej siatki nieformalnych egzekutorów prawa.

Pełny tekst recenzji w magazynie "Film".

I na koniec konkurs, w którym do wygrania są trzy płyty z "Zagubionym w La Manchy", słynnym filmem dokumentującym pracę nad legendarnym już opus magnum Terry'ego Gilliama, które nigdy nie powstało.

Pytanie konkursowe brzmi:

Obywatelem jakiego kraju jest obecnie Terry Gilliam?

Odpowiedzi proszę przesyłać na mój adres e-mail widoczny po prawej. Konkurs potrwa do dziewiątego marca bieżącego roku, zwycięzców o wygranej powiadomię za pomocą poczty elektronicznej.

Archiwum bloga