piątek, 24 lutego 2012

Tydzień w kinie: "Ścigana" oraz konkurs z "Podróżą na Tajemniczą Wyspę"

Dzisiaj jedna recenzja oraz konkurs związany z premierą z ubiegłego tygodnia. I informacja - w poniedziałek wybywam do Londynu na przedpremierowy pokaz pierwszego odcinka drugiego sezonu "Gry o tron" i serię wywiadów z obsadą, więc kolejny wpis na blogu pojawi się dopiero w środę, a w nim oczywiście znajdzie się relacja ze stolicy Anglii.

  
Ścigana (7/10)

Sezon na akcyjniaki trwa – drugoligowe fabuły, które zazwyczaj trafiać powinny od razu do obiegu sklepowego, coraz częściej lądują na dużym ekranie. Za dynamiczną sensację wziął się i Steven Soderbergh, reżyser próbujący coraz to nowych gatunków. I podobnie jak w poprzednich filmach bazujących na konwencji dreszczowca, w „Ściganej” także nie próbuje zrewolucjonizować schematów stanowiących o charakterze thrillera. Zajmuje go raczej wykorzystanie do maksimum środków już znajdujących się w obrębie kina sensacyjnego.

Soderbergh podporządkowuje cienką, że aż niemal przezroczystą fabułę scenom akcji z udziałem Giny Carano, dwudziestokilkuletniej a już emerytowanej zawodniczki MMA, czyli mieszanych sztuk walki. Choreografia pojedynków na pięści i atletyczne umiejętności aktorki wzbudzają niezaprzeczalny podziw, ale nie tylko dlatego amerykańskiemu reżyserowi, niegdyś nadziei tamtejszego kina niezależnego, udała się rzadka sztuka zerwania z typowością charakterystyczną dla bohaterek kina sensacyjnego. Nie odziewa swojej heroiny w lateks, nie każe zamierać w wystudiowanych erotycznych pozach ani wykonywać kaskaderskich ewolucji w szpilkach, spódniczce mini i bluzce z głębokim dekoltem. Abstrahuje nie tylko od bezpośredniego, ale nawet sugerowanego seksizmu czy kultu macho, będącego często jedną z niezbędnych części składowych tak zwanego męskiego kina, niemal kompletnie rezygnując w „Ściganej” z opisu postaci warunkowanego ich płcią. Próżno szukać też wątków pobocznych czy charakterologicznej głębi. Film Soderbergha przypomina destylat, esencję tego, co stanowi o dynamicznym, szybkim acz nie pozbawionym autorskiej wrażliwości, naszpikowanym strzelaninami i bijatykami thrillerze akcji.

Dalszy ciąg recenzji na stronie miesięcznika "Kino", a teraz czas na konkurs, w którym do wygrania są trzy T-shirty z "Podróży na Tajemniczą Wyspę", przygodowego filmu dla młodzieży, wyświetlanego od tygodnia w naszych kinach. Koszulki są nie byle jakie, to oficjalny gadżet Warner Bros., do tego świecą w ciemnościach, ha! Oto i one:


Aby zgarnąć jedną sztukę, należy przesłać do mnie odpowiedź (mój mail po prawej stronie) na następujące pytanie:

Kto jest autorem powieści przygodowej, z której "zapożyczono" tytułową wyspę?

Mała podpowiedź: obejrzyjcie zwiastun. Konkurs potrwa do drugiego marca bieżącego roku, a więcej na temat filmu dowiecie się stąd.

środa, 22 lutego 2012

Diabelski deszcz - Misfits w Polsce

Legenda horrorpunka, amerykański zespół Misfits, zagra w niedzielny wieczór w warszawskiej Proximie. Koncert jest częścią światowej trasy promującej nowy krążek grupy, „Devil's Rain”. Będzie to drugi występ Misfits w Polsce.
 
Jerry Only - zdjęcie zrobiłem 05.09.2005 podczas koncertu w londyńskim klubie Underworld
Teksty inspirowane kiepskimi horrorami i tanimi filmami science-fiction, proste, acz chwytliwe melodie, szarpane bez wytchnienia struny, wpadające w ucho refreny, opadający na twarz kucyk zwany devillock i charakterystyczna czaszka  zapożyczona ze starego serialu „The Crimson Ghost”, służąca za logo zespołu – oto Misfits. Założona w 1977 roku przez Glenna Danziga kapela, ochrzczona po ostatnim ukończonym filmie z Marilyn Monroe – „Skłóceni z życiem”, zapoczątkowała specyficzny kierunek w muzyce punkrockowej. Opierająca się na groteskowym, śmieszno-strasznym wizerunku i makabrycznych, ale niepozbawionych czarnego humoru tekstach grupa zainicjowała popularny nurt wśród wyspecjalizowanych w mocniejszej nucie słuchaczy – horrorpunk. I choć dzisiaj w zespole Danziga już nie ma, a w Misfits ostał się tylko jeden członek oryginalnego składu, basista i wokalista Jerry Only, szalone trio nadal potrafi wzniecić na scenie prawdziwy ogień. Obecnie partnerują mu Dez Cadena, były gitarzysta Black Flag, oraz nowy perkusista, Eric „Chupacabra” Arce z grupy Murphy's Law.

Misfits przetrwali ciężkie lata procesów sądowych o prawo do nazwy i muzycznego dorobku, liczne zmiany personalne oraz trudności z nagraniem nowych kawałków i wydaje się, że nareszcie zespół wyszedł na prostą. „Devil's Rain”, ich nowy album, który ukazał się we wrześniu ubiegłego roku, co prawda podzielił fanów, lecz okazał się komercyjnym sukcesem, rozchodząc się w sześciu tysiącach egzemplarzy w ciągu pierwszego tygodnia sprzedaży. To pierwsza od 1999 roku płyta Misfits z całkowicie oryginalnym materiałem. Polska publiczność będzie mogła przekonać się na żywo, czy warto było czekać dwanaście lat.

Tekst pochodzi z piątkowego wydania "Dziennika" (24.02.2012).

poniedziałek, 20 lutego 2012

Seans bez powodu: "Megan Is Missing"

Dzisiaj w seansie bez powodu "Megan Is Missing" - film, o którym mogę powiedzieć: not just another mockumentary.


Tytułowa Megan to rozrywkowa czternastolatka, istny koszmar każdego rodzica, liberalnie podchodząca do spraw seksu i używek. Niewykluczone jednak, że to w dużym stopniu jedynie wymyślona przez nią poza - dziewczyna nie potrafi należycie komunikować się z rzeczywistością; jak bodaj każda nastolatka ma się za skrzywdzoną przez dorosłych jednostkę. Tę swoistą rysę próbuje zakleić, przyjaźniąc się ze swoim całkowitym przeciwieństwem, rok młodszą Amy, "ofiarą" seksualnej wstrzemięźliwości i przedwczesnej dojrzałości emocjonalnej, której beztroskie lata mijają na bezowocnej walce ze szkolnym ostracyzmem. Dziewczyny żyją w idealnej symbiozie, bowiem są od siebie zależne - Megan widzi w Amy koło ratunkowe, którego się chwyta, podświadomie chcąc wydostać z pustego świata rówieśników z podwórka; Amy zaś zdaje sobie sprawę, że tylko znajomość z Megan pomoże jej odbić się od dna szkolnej hierarchii.

"Megan Is Missing" to zapis niekończących się rozmów nierozłącznych koleżanek, rejestrowanych za pośrednictwem telefonów komórkowych i internetowych kamer. Megan i Amy dzielą się wszystkim, rozprawiają o chłopcach i rodzicach - bo do tego, w sporym stopniu, ogranicza się ich nastoletni świat - aż wreszcie to kruche status quo burzy trzecia strona, legitymujący się nickiem "Josh" młody mężczyzna poznany na internetowym czacie. Gdy umówi się na rendez vous z Megan, spełni się proroctwo z tytułu, dziewczyna zniknie, a Amy poświęci się poszukiwaniu zaginionej przyjaciółki.

Pierwsza część filmu buduje psychologiczne tło, dopiero w drugiej połowie "Megan Is Missing" wędruje w rejony charakterystyczne dla kina gatunkowego. Internetowe rozmowy zostają zastąpione przez fragmenty wieczornych wiadomości, w których widz jest informowany o postępach policji, ogląda rekonstrukcję porwania Megan, materiały nagrane przez kamery przemysłowe, a wreszcie film zarejestrowany przez zwyrodnialca polującego na nastolatki. Michael Goi nie stroni od brutalnych obrazów (ze względu na trzyminutową, nakręconą w jednym ujęciu scenę gwałtu film został zakazany w Nowej Zelandii) i momentami posuwa się do sensacyjnej skrajności na rzecz podniesienia atrakcyjności widowiska, lecz "Megan Is Missing" nie traci z pola widzenia opowiadanej historii. A rzecz to wstrząsająca, bo ułuda prawdziwości tego spektaklu jest zainscenizowana niemalże perfekcyjnie. Niech ten film posłuży za, bądź co bądź truistyczną, przestrogę, gdyż w dobie komunikacji elektronicznej nigdy nie można być pewnym, kto siedzi po drugiej stronie monitora. I nie jest to dydaktyzm dla nastolatków ani naśladownictwo naiwnej kampanii społecznej, ale sugestywne wołanie o zdrowy rozsądek.

piątek, 17 lutego 2012

Dennis Lehane i jego neo-noir

Z prozą Dennisa Lehane'a spotkałem się stosunkowo późno, mając już za sobą wszystkie nakręcone do tej pory ekranizacje jego powieści. Ba, oglądając "Wyspę tajemnic", nie skojarzyłem, że ten sam facet odpowiedzialny był za materiał literacki, na podstawie którego Ben Affleck zrealizował "Gdzie jesteś, Amando?". Z gorliwością neofity zgłębiam więc kolejne książki bostońskiego pisarza i aż mi głupio, że zabierając się za lekturę "Ciemności, weź mnie za rękę", nie zorientowałem się, iż mam do czynienia z parą detektywów, którą spotkałem już we wspomnianym filmie Afflecka.


Lehane odniósł niemały sukces za sprawą liczącej sześć tomów serii kryminałów o Patricku Kenziem i Angeli Gennaro, dwójce prywatnych detektywów działających w podejrzanych robotniczych dzielnicach Bostonu. Fabuły rozpisywane przez Amerykanina nie są szczególnie odkrywcze, co jednak wcale nie ujmuje im atrakcyjności. Prawdziwym jego atutem jest bowiem stereotypowa, przerysowana charakterystyka pary bohaterów, która udanie kontrapunktuje poważny ton powieści. Ponadto Lehane nie owija w bawełnę, jego proza opowiada o ludziach, którzy ugrzęźli w mule moralnego dna, a do poruszanych tematów społecznych podchodzi uczciwie. No i nie gra na jednej nucie, jego historie są zróżnicowane - w pierwszym tomie "Wypijmy, zanim zacznie się wojna" mamy do czynienia z wojną gangów na tle rasowym, w "Ciemności, weź mnie za rękę" chodzi o wyjątkowo brutalnego, seryjnego mordercę, a w "Pułapce zza grobu" znika córka zamożnego biznesmena. Niejednokrotnie to fasada, bowiem Lehane prawdziwie zainteresowany jest pytaniami o granicę obywatelskiej wolności czy relatywizm moralny (ciekawostka: w tym kontekście Kenzie przyrównuje jedną z prowadzonych spraw do "Rashomonu" Kurosawy). Dla mnie, jako wielbiciela kina noir, interesująca jest także rozpoznawalna dla każdego miłośnika czarnego kryminału atmosfera tych książek, i tak naprawdę, wbrew temu, co napisałem w tytule wpisu, mało jest w niej neo. I tutaj upatrywałbym wielkości tych książek, gdyż Lehane w wyborny sposób buduje pomost pomiędzy dziedzictwem takich pisarzy jak Raymond Chandler czy Dashiell Hammett, a współczesną, pełną nihilizmu literaturą kryminalną.

środa, 15 lutego 2012

Tydzień w kinie - "Spadkobiercy"

Przedpremierowa edycja tygodnia w kinie - "Spadkobiercy" na ekranach dopiero w piątek, a ja już dzisiaj prezentuję tekst na temat nominowanego do Oscara filmu Alexandra Payne'a.


Spadkobiercy (8/10)

Dotychczas George Clooney częściej rozwiązywał problemy innych – przez wiele lat w telewizji jako doktor Doug Ross w serialu „Ostry dyżur”, potem, już na dużym ekranie, wcielając się w komiksowego superbohatera, żołnierza sił pokojowych czy płatnego zabójcę. Teraz, w „Spadkobiercach” Alexandra Payne'a, musi uporać się z własnymi dylematami.

Matt King, wzięty adwokat w średnim wieku, jest w prostej linii potomkiem jednego z pierwszych białych właścicieli ziemskich na Hawajach. Dziedziczony w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie dziewiczy kawałek wyspy Kauai stanowi atrakcyjny kąsek dla przedsiębiorców chcących wybudować tam nowoczesne centrum hotelowo-rozrywkowe. I choć ostatnie zdanie w temacie sprzedaży należy do Matta, na jego podpisie skorzystają również niezliczeni kuzyni, którzy, pod wodzą natarczywego Hugh, starają się przekonać mężczyznę o słuszności wybranego rozwiązania. Z pozoru łatwa, bo finansowo niezwykle korzystna decyzja spada w hierarchii priorytetów Matta na dalszy plan; mężczyzna boryka się w tym samym czasie z kryzysem osobistym – jego żona Elizabeth, po poważnym wypadku na motorówce, leży w śpiączce. Przez ostatnie lata to ona zajmowała się domem i ich dwiema córkami, nastoletnią Alex i młodszą Scottie. Teraz obowiązek ten spada na Matta, a będzie to ciężki oddech do zgryzienia, gdyż jego więź z dziećmi dawno już osłabła i będzie musiał zbudować ją na nowo.

W filmie Payne'a wszystkie te kwestie są ze sobą nierozerwalnie powiązane i nawet wybory pozornie niemające ze sobą wiele wspólnego muszą być przemyślane, aby wszystko nie runęło jak domek z kart. Matt usilnie poszukuje stałego gruntu, punktów zaczepienia, bo nagle przychodzi mu pożegnać się ze wszystkim, co znał i brał do tej pory za pewnik. Na domiar złego dowiaduje się, że Elizabeth miała romans z miejscowym handlarzem nieruchomości, w którym zdążyła się zadurzyć. Zanim więc odłączy żonę od aparatury podtrzymującej życie, postanowi powiadomić mężczyznę, że ma ostatnią szansę na pożegnanie z kochanką. Matt zaczyna rozumieć relacje rządzące światem, mieszankę przypadków, zbiegów okoliczności i świadomych, rozważnych działań – wszystko ma wpływ na kształtującą nas rzeczywistości. On i jego córki są tytułowymi spadkobiercami, a ich dziedzictwem, łącznikiem ze starymi, niezmiennymi Hawajami, jest przeznaczona na sprzedaż ziemia.

„Spadkobiercy” to dzieło z perfekcyjne napisanym, inteligentnym scenariuszem, pod pozorem prostoty nienachalnie szmuglującym rozbudowane problemy, z którymi mierzą się złożone, wiarygodnie skonstruowane postacie. Wybory, przed którymi staje Matt, nie dzielą się na dobre i złe, tak jak nie ma w filmie czarnych i białych charakterów. Tutaj wszyscy, nawet zdradzający swoją kochającą i dobroduszną żonę Brian Speer, grubiański i niesprawiedliwy w ocenie swojego zięcia ojciec Elizabeth czy Hugh, wspomniany już kuzyn Matta chcący zarobić na sprzedaży ziemi, to zwyczajni ludzie, przytłoczeni przez codzienne problemy. I to właśnie ten ludzki wymiar „Spadkobierców”, emocjonalna bliskość tego spektaklu świadczy o jego szczerości i braku wydumania. Jak przestrzega zresztą sam Matt King, niech nikogo nie zwiedzie hawajski krajobraz, waga pewnych decyzji tak samo przygniata każdego, niezależnie od długości i szerokości geograficznej.

„Spadkobiercy” otrzymali aż pięć oscarowych nominacji, w tym za najlepszy film i reżyserię, oraz główną rolę męską dla George'a Clooneya, o którym mówi się ostatnio głównie ze względu na kontekst polityczny w kilku jego ostatnich filmach. Występ u Payne'a daleki jest od spektakularności, to rola wyciszona i oszczędna. Nietrudno jednak odgadnąć, co mogło kierować Akademią przy wyborze – film potrzebował aktora inteligentnego, który swoją grą będzie w stanie oddać wielość emocji buzujących w bohaterze „Spadkobierców”, a jednocześnie powstrzyma się od szaleńczych szarż, aktora o wielu odcieniach subtelności, aktora powściągliwego. Powszechnie wiadomo, że Akademia lubi nagradzać aktorów, którzy odcinają się od swojego zwyczajowego emploi, a przecież rola Matta Kinga wcale nie kontrastuje znacząco pod kątem warsztatowym z poprzednimi dokonaniami Clooneya. Czy mimo tego jury doceni jego kreację, dowiemy się już w następny weekend, podczas tegorocznej ceremonii rozdania Oscarów.

Recenzja pochodzi z piątkowego wydania "Dziennika" (17.02.2012).

poniedziałek, 13 lutego 2012

"Gwiezdne wojny" po raz trzeci... sprzedane!

„Gwiezdne wojny” to popkulturowy fenomen bez precedensu. I choć w zestawieniu najbardziej kasowych serii filmowych wszech czasów znajduje się dopiero na miejscu trzecim (za ośmioma odcinkami przygód Harry'ego Pottera i cyklem z Jamesem Bondem), trudno chyba o lepszy symbol kinematograficznego kultu. Choć jednak samo pojęcie kina kultowego jest niezwykle elastyczne i wymyka się próbom zdefiniowania, co do wyjątkowego statusu filmów George'a Lucasa wątpliwości mieć nie wolno. Na przestrzeni ponad trzydziestu lat od premiery pierwszej części („Nowa nadzieja” w 1977 roku) zbudowano niekończące się teorie, mniej lub bardziej prawdziwe, na temat charakteru dzieła – szukano, zresztą nie bez słuszności, inspiracji w „Ukrytej fortecy” Kurosawy czy też pracach Josepha Campbella, specjalisty w dziedzinach mitologii i religii komparatywnej, autora teorii monomitu, na podstawie której Lucas miał zbudować fabułę gwiezdnej sagi. 


Dzisiaj wydaje się, że nie ma kąta, do którego obdarzony niezwykłym zmysłem marketingowym George Lucas by nie zajrzał, i odnogi przemysłu mediowego, której by nie opanował – jego „Gwiezdne wojny” dawno już wykroczyły poza kinowe terytorium, a produkty uboczne popularnej serii przyćmiły i zepchnęły na drugi plan produkt podstawowy. Filmy zaczęły pełnić rolę flagowych okrętów rozwijanej i umacnianej przez lata marki; trampolin, dzięki którym stało się możliwe wypromowanie całej gamy towarów z atrakcyjnym logiem. „Gwiezdne wojny” nie funkcjonują już w zbiorowej świadomości jako kinowy cykl, ale potężna machina, która wypluwa z siebie zabawki, książki, komiksy i gry komputerowe. Filmy zaczęły pełnić rolę podrzędną, czysto marketingową, stały się częścią zintegrowanej kampanii promocyjnej, mającej za zadanie wygenerować jak największe zyski ze sprzedaży całej gamy gadżetów. Ale to może nie do końca sprawiedliwy osąd, bo przecież trzy pierwsze filmy w serii składają się na bodaj najpiękniej opowiedzianą baśń w historii kinematografii, niepozbawioną sporej wartości artystycznej.

Dalszy ciąg artykułu w lutowym numerze magazynu "Kino".

piątek, 10 lutego 2012

Tydzień w kinie - "Artysta", "Gwiezdne wojny: Mroczne widmo", "Rammbock"

Dzisiaj na ekrany wchodzi kilka filmów walczących o Oscara, ja recenzuję jeden z nich - mojego osobistego faworyta, "Artystę" Haznaviciusa. Ponadto kilka słów o ponownie wprowadzonych do kin "Gwiezdnych wojnach: części pierwszej" oraz całkiem niezłym zombie movie "Rammbock. Berlin Undead".


Artysta (9/10)

Po premierze "Artysty" w Wielkiej Brytanii sieć kin Odeon otrzymała od kilku oburzonych widzów prośbę o zwrot pieniędzy wydanych na bilet. Powód był prozaiczny – niedzielni kinomani nie byli świadomi, iż film Michaela Haznaviciusa to obraz niemy, czarno-biały i wyświetlany w mniejszym niż standardowy formacie.

Można powyższą sytuację skwitować rozbawionym parsknięciem, ale wolno też zapytać, po co francuski reżyser, w dobie efektów specjalnych ograniczanych chyba tylko przez ludzką wyobraźnię, kręci rzecz na pierwszy rzut oka archaiczną, korzystającą z rozwiązań formalnych dawno już przez kino zarzuconych? Wydawać by się mogło, że to tylko kokieteria, a "Artysta" jest swoistym kuriozum, które ma zwrócić na siebie uwagę, a swój cel realizuje bezbłędnie – film Haznaviciusa zgarnął już trzy Złote Globy i ma szansę na co najmniej kilka Oscarów. Ale to nieprawidłowy wniosek, bowiem "Artysta" nie jest cyniczną błyskotką bezczelnie naśladującą minione, żerującą na nostalgii i sentymentach. To nie żadna kserokopia – film ten nie mógłby bowiem powstać w roku 1927, gdyż jest to kino samoświadome i autotematyczne, dopiero po latach można ocenić wagę i wpływ pewnych przemian w sztuce, i choć o przełomie dźwiękowym, dokonującym się właśnie w okresie, w którym osadzona jest akcja "Artysty", nakręcono już niejedną produkcję, mało komu udało się to z takim kunsztem jak Haznaviciusowi.

Reżyser nieprzypadkowo wybrał konwencję melodramatu – to ona jest bodajże najbardziej reprezentacyjna dla kinematografii amerykańskiej tamtego okresu. Na przestrzeni kilku lat obserwujemy zagmatwane i burzliwe losy pary bohaterów – wielkiej gwiazdy niemych filmów George'a Valentina (charyzmatyczny, dysponujący niesamowitym magnetyzmem aktor Jean Dujardin wystylizowany na króla Hollywoodu Clarka Gable'a) i początkującej aktoreczki Peppy Miller (która z czasem przeistoczy się w pierwszą flapperkę kina). Dla niego jest to powolny zmierzch kariery, bowiem wielkie studia przestawiają się stopniowo na filmy dźwiękowe; dla niej to okazja, aby sięgnąć po wymarzoną sławę. Valentin, podobnie jak niegdyś sam Charlie Chaplin, odmawia pogodzenia się z nieuchronnym, nie chce zaakceptować dokonującej się na jego oczach rewolucji, trwoni swój majątek na produkcję filmu niemego, który ponownie ma wynieść go na piedestał. Aktor drży przed zmianami, cierpi na istną impotencję werbalną, znakomicie ukazaną tutaj w błyskotliwej sekwencji snu, kiedy Valentinowi zdaje się, że tylko on na całym świecie nie może wydać z siebie dźwięku.

Dalszy ciąg recenzji w portalu Onet.pl.


Gwiezdne wojny: część I - Mroczne widmo 3D (4/10) 

Kolejnych posunięć marketingowych George'a Lucasa nie można nawet nazwać recyclingiem pomysłów, ale raczej żerowaniem na niesłabnącym przywiązaniu fanów do gwiezdnej sagi. O ile powstałe w przeciągu ponad trzydziestu lat od premiery pierwszej części cyklu spin-offy, książki, komiksy czy gry komputerowe znajdujące się poza główną serią filmową rozbudowują pełnoprawne, popkulturowe uniwersum, tak ponowne wprowadzenie do kin wszystkich sześciu odsłon „Gwiezdnych wojen”, tyle że w trójwymiarze, przypomina łabędzi śpiew giganta. Albo szeroko zakrojoną akcję promocyjną, której narzędziem mają być właśnie te pełnometrażowe spoty reklamowe – dzięki nim ponownie uda się sprzedać setki tysięcy plastikowych gadżetów. Inaczej niż w 1997, kiedy Lucas zaprezentował w kinach odświeżone wersje pierwszej trylogii z pododawanymi i pozmienianymi scenami, teraz na duży ekran trafiają dokładnie te same produkty, które kilkanaście lat temu zarobiły miliony. Wątpliwe jest jednak, że uda się ten sukces powtórzyć, wszak dzisiaj widzowie już wiedzą, że „Mroczne widmo” to niestety film słaby, nieudolny, a i efekty specjalne, wtedy stanowiące o, bądź co bądź niebagatelnej wizualnej wartości obrazu straciły już sporo z dawnej atrakcyjności. Szczęśliwie dalsze odsłony serii są o klasę lepsze, lecz jeśli chce się za nie zabrać, trzeba zagryźć zęby i przebrnąć przez pierwszą część „Gwiezdnych wojen”, pocieszając się, że im dalej, tym lepiej.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika" (10.02.2012)


Rammbock. Berlin Undead (6+/10)

Konwencja filmów o zombie wydaje się być w dzisiejszym horrorze tą nudną, wtórną i męczącą. Bo ileż jeszcze można znieść wariacji fabularnych na temat kanonicznej już dla gatunku „Nocy żywych trupów”? Wydaje się, że George A. Romero w słynnej trylogii powiedział już bodajże wszystko, co mogło zostać w temacie zombie powiedziane (dzisiaj zresztą sam jedynie kopiuje swoje stare dokonania), a trzy cenne grosze dorzucił włoski mistrz gore Lucio Fulci. A jednak średniometrażówka „Rammbock. Berlin Undead” w reżyserii Marvina Krena to całkiem udane dziełko, które przenosi amerykański schemat w brud europejskiego podwórka. Obskurne, szare ściany odrapanych berlińskich kamienic, umazane okna, ponure mordy zerkające zza pożółkłych od papierosowego dymu firan i zagracony placyk z trzepakiem. To tutaj rozegra się dramat Michaela, poczciwca w średnim wieku, który do stolicy Niemiec wybrał się w poszukiwaniu dawnej miłości. Pech chce, że akurat kiedy przekracza próg mieszkania swojej wybranki, wybucha epidemia. Nieznany medycynie wirus podnosi krytycznie poziom adrenaliny w ludzkim organizmie, a rezultatem nagłej zmiany jest szaleństwo. Przemienieni w spragnione mordu, bezrozumne istoty chorzy opanowują Berlin podwórko po podwórku, kamienica po kamienicy. Michael, sprzymierzony z młodym pomocnikiem hydraulika, usiłuje wydostać się z matni. Dynamiczne tempo, sympatyczne postaci i czarny humor składają się na prawdziwie interesujący, choć nie rewolucyjny obraz. A w ramach bonusu przed „Rammbock. Berlin Undead” w kinach pokazywana jest krótkometrażowa animacja „Rosa Alba”.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika" (10.02.2012)

środa, 8 lutego 2012

Gry polityczne - wokół "Id marcowych"

Przed kilkoma dniami filmowy świat obiegła wypowiedź George'a Clooneya, który obwieścił, iż jego „Idy marcowe” miały powstać już przed trzema laty, lecz amerykański reżyser i aktor nie chciał podminowywać optymistycznych nastrojów panujących w kraju po wyborze na prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamy.

Kadr z filmu "Idy marcowe"
Nie jest to jednak przejaw artystycznego konformizmu z jego strony, bowiem nowe dzieło Clooneya to film bezkompromisowy, wyrażający poważne wątpliwości co do istnienia jakiegokolwiek politycznego kodeksu etycznego. Historia ta niekoniecznie znalazłaby wówczas, w czasie zachłyśnięcia się skrajnym optymizmem i swoistej „obamomanii”, uznanie, wszak trudno rywalizować z człowiekiem, który zagościł nawet na okładce „Spidermana”.

Można rzec, że to raczej rozsądna decyzja marketingowa, gdyż cyniczne „Idy marcowe” to, w dużym uproszczeniu, kolejna wersja opowieści o fałszywym mesjaszu, której nijak nie można byłoby sprzedać w Ameryce roku 2008. Za to dzisiaj, kiedy kadencji Baracka Obamy towarzyszą głosy rozczarowania i stopniowo rozwiewa się mgiełka złudzeń co do zapowiadanej wcześniej efektywności jego prezydentury, film Clooneya trafia na podatny grunt. Trudno oczywiście podejrzewać reżysera o chłodną kalkulację i wyrachowanie, przecież sam motyw upadku zasad moralnych towarzyszy bodaj każdemu filmowi, w którym jednym ze składników jest wielka polityka. Być może poza rzeczami ukierunkowanymi bardziej humorystycznie, których zadaniem jest odmalowanie niekoniecznie wiernego, lecz ciepłego portretu politycznej osobistości, jak nadchodząca „Żelazna dama” Phyllidy Lloyd albo zdobywca ubiegłorocznego Oscara „Jak zostać królem?” Toma Hoopera.

Dalszy ciąg tekstu w Portalu Filmowym.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Tydzień w kinie - "Mój tydzień z Marilyn"

Nie lubię Marilyn Monroe. A przynajmniej nie taką Marilyn Monroe, jaką zobaczyłem w filmie Simona Curtisa. Wyszedłem z kina lekko poirytowany, gdyż mistrzowska kreacja Michelle Williams, którą aktorka zapracowała sobie na statuetkę Oscara, tonie w przeciętniactwie scenariusza. Ironia losu - "Mój tydzień z Marilyn" zapowiada się całkiem sympatycznie, ot kolejna historyjka o młodym, naiwnym i niedoświadczonym chłopaczku na drodze do dorosłości, do tego w uroczej oprawie angielskiego krajobrazu. Lecz kiedy na ekranie pojawia się gwiazda o blond włosach, wydaje się pełnić rolę zasłony dymnej, której jednym obowiązkiem jest odwrócenie uwagi widza od wypowiadanych przez postaci komunałów.

Aktorom powkładano w usta budzące grozę, nienaturalne kwestie i wygłaszane z emfazą cytaty, co w połączeniu z retro stylizacją daje wrażenie sztuczności. "Mój tydzień z Marilyn" opiera się na serii anegdotycznych opowiastek z planu "Księcia i aktoreczki", widzianych oczami mitomana Colina Clarke'a, wówczas trzeciego asystenta reżysera. Rewelacji wziętych z zapisków Clarke'a nie sposób dzisiaj zweryfikować, lecz naprawdę trudno uwierzyć, że Marilyn Monroe tak chętnie zrzucała z siebie ubranie na oczach nieopierzonego młodzieńca i traktowała go jak pluszowego misia, bez którego nie potrafiła zasnąć. Pomijając te romantyczne rojenia - od filmowej Marilyn wieje banałem, to antypatyczna, słodka kokietka, w której tyleż wyrachowania, co nieroztropności. "Mój tydzień z Marilyn" nie szuka prawdy i nie chodzi mi tutaj nawet o faktograficzne wygibasy całej historii, lecz prawdę emocjonalną. Z filmu Curtisa nie idzie dowiedzieć się absolutnie niczego o tej popkulturowej ikonie poza tymi wszystkimi kliszami, które obrosły legendą w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. To dzieło odtwórcze, pozbawione wyobraźni, poniekąd krzywdzące i dla widza, i dla Marilyn, bowiem utrwala ten uproszczony, funkcjonujący w zbiorowej świadomości portret aktorki.

A jednak "Mój tydzień z Marilyn" wypada obejrzeć - choćby dla Michelle Williams, Kennetha Branagha i Judi Dench. Obsada aktorska jest największą wartością tego filmu, każdą z ról obsadzono perfekcyjnie. To zresztą bardzo sprawnie zrealizowany spektakl, mimo że miałki - tak na 6/10.

piątek, 3 lutego 2012

Tydzień w kinie - "Idy marcowe", "Jack i Jill" oraz konkurs z "Dziewczyną z tatuażem"

Zanim przejdziemy do recenzji, słówko o zapowiedzianym wczoraj na panpage'u Kill All Movies konkursie - do zgarnięcia jest książka "Dziewczyna z tatuażem" ufundowana przez wydawnictwo Bukowy Las. Ta przeszło czterystu stronicowa publikacja to istne kompendium wiedzy na temat prozy Stiega Larssona i doskonały przewodnik po świecie trylogii Millenium, której pierwszą część zekranizował niedawno David Fincher. Aby wygrać książkę, wystarczy napisać do mnie maila (adres po prawej) z odpowiedzią na następujące pytanie: 

Jak brzmią anglojęzyczne tytuły poszczególnych książek wchodzących w skład trylogii Millenium autorstwa Stiega Larssona?

Konkurs trwa do niedzieli włącznie, ze zwycięzcą skontaktuję się mailowo w poniedziałek. A teraz przejdźmy do recenzji.

Idy Marcowe (8/10)

W "Idach marcowych" polityczna gra jest z definicji nieczysta, bo oparta na kompromisach – często niewygodnych i uwłaczających, lecz koniecznych. Zdaje się liczyć jedynie wyborcze zwycięstwo, o moralności można przypomnieć sobie już po ogłoszeniu wyników, na czas kampanii zawieszone zostają wszelkie zasady.

Ale gubernator stanu Pensylwania, kandydat demokratów, wydaje się być zupełnie inny niż jego oponent, trzyma się z dala od grzebania w brudach i wycieczek osobistych. Z rozbrajającą szczerością i z uśmiechem na ustach podkreśla przy okazji debat i wieców swoją niezależność i bezkompromisowość. Dlatego w Mike’a Morrisa wierzy młody Stephen Meyers, jedna z kluczowych figur w sztabie gubernatora. Do polityki przyszedł właśnie dla takich ludzi, dla ideałów, wierzy, że jego kandydat faktycznie jest w stanie przeprowadzić kluczowe dla kraju, liberalne reformy. Stara się nie pamiętać przy tym o podstawowej zasadzie politycznych roszad, wyrażonej już w tytule filmu – za każdymi plecami czeka ktoś gotowy, by wbić w nie nóż. Nawet on sam dzierży jeden w rękach, choć dopiero ma się o tym dowiedzieć.

Film Clooneya abstrahuje od konkretnych, prawdziwych wydarzeń politycznych, jest raczej nośnikiem pewnego przekonania, skądinąd trafnego i przecież wcale nie odkrywczego – dla osiągnięcia celu trzeba przejść po trupach i uścisnąć niechciane dłonie, nie ma innej drogi, pozostałe opcje są niewymiernie mniej korzystne.

Dalszy ciąg recenzji, spisanej jeszcze podczas festiwalu w Londynie, znajdziecie w portalu Onet.pl.

Jack i Jill (1+/10)

Adam Sandler to prawdziwy fenomen. Aktor cieszy się wśród widzów w Stanach Zjednoczonych zaskakującą estymą i niezrozumiałym zaufaniem i nawet tak nieudany film jak „Jack i Jill” zapewne nie będzie w stanie tego zmienić. Obraz ten odniósł za oceanem wcale niemały sukces finansowy, choć tamtejsi krytycy nie zostawili na nim suchej nitki. I cóż, mieli rację, bowiem nowe dziełko amerykańskiego komika to rzecz tak nieudolna, że ze zdziwienia aż chce się przetrzeć oczy. Wyżymane już wcześniej nie tylko przez kino komediowe jako takie, ale i samego Sandlera, zasuszone gagi, żenujący humor sytuacyjny i nędzne riposty składają się na wybitnie nieśmieszną miernotę. W tym spektaklu nędzy i rozpaczy uczestniczy o dziwo sam Al Pacino – jego udział nie ratuje filmu, lecz pozostaje jego bodaj jedynym jasnym punktem. Bo Sandler, choć poprawny w roli Jacka, całkiem sympatycznego faceta z sąsiedztwa, którego rolę powtarza w praktycznie każdym swoim filmie, gubi się zupełnie jako Jill, bliźniacza siostra głównego bohatera. Rodzeństwo spotyka się rokrocznie podczas Święta Dziękczynienia, przed którym Jack drży ze strachu jak osika, bowiem rodzinny zjazd niezmiennie owocuje degrengoladą nie do okiełznania. Podwójna rola, męska i żeńska, sprawia Sandlerowi kłopoty i bezlitośnie obnaża jego brak aktorskiej elastyczności i swobody Film nieprzypadkowo trafił na wysokie miejsce w amerykańskich listach szmir roku 2011. Omijać!

Recenzja ukazała się w dzisiejszym "Dzienniku" (3.02.2012).

Niestety, z powodu natłoku obowiązków nie udało mi się na dzisiaj skrobnąć ani słowa o "Moim tygodniu z Marilyn", lecz na pewno nadrobię w poniedziałkowym wpisie, a tymczasem zachęcam do rzucenia okiem na wcześniejsze publikacje mojego autorstwa traktujące o Normie Jeane Baker, które znajdziecie tutaj, tutaj i tutaj.

środa, 1 lutego 2012

Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Stulecie 1910/1969

Dekadencki Londyn roku 1910, w którym Alan Moore osadził akcję pierwszego tomu "Ligi Niezwykłych Dżentelmenów: Stulecia", więcej miał wspólnego z weimarskim Berlinem niż rosnącym w siłę molochem zachłyśniętym technologicznym postępem. Swoisty pęd ku destrukcji nie został jednak podparty kabaretowym wyczynem, lecz operową arią, w którą tchnięto ducha scenicznych (i obscenicznych) pląsów. Moore zdecydował się bowiem oprzeć jeden z głównych wątków swojej opowieści na „Operze za trzy grosze” Brechta i Weilla, co okazało się narratorskim strzałem w dziesiątkę.

Moore, istny kompozytor komiksu, wykorzystał przewrotną, muzyczną historię o zepsutym kapitalizmie jako tło do zobrazowania losów córki spoczywającego na łożu śmierci Kapitana Nemo. Panna Janni, od urodzenia przyszła królowa piratów, odrzuciła swoje pochodzenie na rzecz życia „prawdziwszego”. Zaczęła na samym dnie, jako posługaczka w obskurnej knajpie. Zderzenie z wolnym rynkiem pracy i londyńskim marazmem moralnym wdeptuje dziewczynę jeszcze niżej, w sam muł społeczeństwa Anno Domini 1910. Znany z anarchistycznych zapędów Moore nie wykorzystał jednak komiksu jako nośnika swoich idei, była to przede wszystkim świetna historia. Za to w drugim tomie "Ligi Niezwykłych Dżentelmenów: Stulecia" opowieść snuta jest trochę nieskładnie, choć nie wątpię, że zgodnie z zamierzeniem Moore'a, wszak rzecz dzieje się w hipisowskim Londynie roku 1969, gdzie króluje wolna miłość, kwas i hałaśliwa muzyka. To komiks zupełnie różny duchem od poprzedniego tomu, prześmiewczy i pozbawiony obecnego w "Stuleciu: 1910" gotycyzmu, choć nadal chodzi tutaj o pokrzyżowanie planów magowi Oliverowi Haddo, istnej karykaturze Aleistera Crowleya, który nadal usiłuje sprowadzić na świat Księżycowe Dziecko. Sama fabuła wydaje się jednak schodzić tutaj na dalszy plan, bowiem Moore koncentruje się na eksperymentach formalnych - nadal przez całość przewija się "Opera za trzy grosze", a niemal każda plansza napakowana jest intertekstualnymi odniesieniami do kina ("Dopaść Cartera", "Przedstawienie", "Dziecko Rosemary") czy literatury (Michaela Moorcocka, J.K. Rowling i samego Alana Moore'a). 


Miłośnicy poprzednich odsłon serii ponownie zetkną się z Miną Harker i Allanem Quatermainem – odmłodzonym i nieśmiertelnym po przygodzie z haggardowskim niegasnącym płomieniem wziętym z powieści „Ona” (o czym informował niewydany w Polsce „Black Dossier”). Pełnoprawnym członkiem znacznie uszczuplonego składu Ligi Niezwykłych Dżentelmenów został Orlando, hermafrodyta zapożyczony z kart powieści Virginii Woolf. Moore zastosował niezły zabieg, znacznie modyfikując portrety psychologiczne bohaterów, każąc czytelnikowi uczyć się swoich postaci od nowa. Bo czy znana z poprzednich komiksów Mina Harker doceniała uroki lesbijskiego seksu, Quatermain z braku laku godził się na miłosne uniesienia w ramionach Orlando, a Haddo szukał sprzymierzeńców, choć mimowolnych, wśród członków rockowego zespołu? Halucynogenna atmosfera "Stulecia: 1969" czyni z niego dzieło wyjątkowe, to kolejny krok ku nieuchronnemu końcowi znanego nam świata, bowiem, zdaje się mówić Moore, człowiek sam toruje sobie drogę ku zagładzie, rzucając się biegiem ku moralnej atrofii i depcząc ubłoconym buciorem po zdobyczach kultury.

I na koniec ukłon w stronę Kevina O'Neilla, który ponownie stanął na wysokości zdania i znakomicie zilustrował kolejny odcinek przygód Ligi, idealnie dopasowując kreskę do atmosfery komiksu - próżno tutaj szukać wiktoriańskich szarości i brązów, w Londynie ery Wodnika królują kolory wzięte z palety jakiegoś obłąkanego malarza.

Archiwum bloga