poniedziałek, 30 stycznia 2012

Trzy kolory: czerwony - o nowej fali francuskiego horroru

Nowa ekstrema francuska nie jest spójnym prądem artystycznym, to termin próbujący podsumować specyficzną wrażliwość tamtejszych twórców, którzy zwrócili się w stronę kina cielesnego, nie stroniącego od bolesnej eksploracji zagadnień związanych z ludzką fizycznością. Rozpiętość nazwisk dla tego nurtu reprezentatywnych jest zaiste imponująca – Gaspar Noé, Bruno Dumont, Francois Ozon...

Poster rewelacyjnego filmu "Najście"
To jednak reżyserzy utożsamiani z kinem, które u nas pojawia się częściej w obiegu festiwalowym lub studyjnym i rzadko kiedy przekracza progi multipleksów, dając się poznać publiczności masowej. A przecież termin nowa ekstrema francuska obejmuje poniekąd także i rzeczy bardziej dookreślone gatunkowo niż dzieła wspomnianych filmowców. Krytyk James Quandt, który jako pierwszy zamknął w tych trzech słowach-kluczach szereg zjawisk tak od siebie różnych i korzystających z odmiennych środków wyrazu, pośród flagowych tytułów nowej ekstremy wymienił, obok „Intymności” i „Pod moją skórą”, horror „Blady strach” z 2003 roku. Zrealizował go obiecujący młody twórca Alexandre Aja, dzisiaj zajmujący się głównie odświeżaniem starych hitów na potrzeby Hollywoodu.

Stosunkowo niewielki wyłom w gatunku, jaki dokonał „Blady strach”, można przyrównać do małej rewolucji wszczętej dwa lata później w Stanach Zjednoczonych przez film „Hostel”. O ile obraz, pod którym podpisał się Eli Roth, okazał się dla horroru spod znaku gore tytułem granicznym i nieformalnym początkiem legalnego panowania pornografii przemocy w kinach wielosalowych, tak „Blady strach” przyjęto za oceanem chłodno, aczkolwiek w Europie dorobił się on rangi niemalże symbolicznej, bowiem pociągnął za sobą szereg bezkompromisowych, ultrabrutalnych produkcji znad Sekwany. I tak jak Hiszpania konsekwentnie budowała swój image światowej stolicy horroru nastrojowego, tak Francuzi wzięli do ręki spływającą krwią chorągiew.

Zanim jednak, na fali „Hostelu” czy „Piły”, sięgnięto po rozwiązania fabularne charakterystyczne dla kina amerykańskiego i zrealizowano nieudane filmy bazujące na schemacie survival horroru, jak „Istoty”,  „Lęk wysokości” czy epatujące ekstremalną przemocą „Frontieré(s)”, nowa fala francuskiego horroru zrodziła interesujące, a stosunkowo mało znane u nas filmy. W roku 2006 nakręcono chociażby znakomity obraz zawierający się w podgatunku home invasion, „Oni”, z którym, niekoniecznie świadomie, korespondowały potem inne produkcje – amerykańscy „Nieznajomi” (pod względem konstrukcji fabularnej) czy brytyjskie „Eden Lake” (podobny kontekst społeczny) – a także „Sheitan”, paranoiczny, momentami zahaczający o pastisz horror udanie eksperymentujący z fabułami survivalowymi. Do home invasion Francuzi powrócili w „Najściu”, przerażającym filmie z 2007 roku, w którym ciężarna bohaterka zostaje osaczona we własnym domu przez kobietę usiłującą odebrać jej nienarodzone dziecko. Wyładowany skrajnie brutalnymi scenami przemocy, nihilistyczny film wyznaczył pewną granicę, której przekroczył dopiero Pascal Laugier w kontrowersyjnych „Skazanych na strach”, gdzie tematykę filozoficzną i religijną zestawiono z dosłownymi scenami sadyzmu.

Do nowej ekstremy francuskiej zalicza się także twórcę belgijskiego – Fabrice'a Du Welza. Ma on na swoim koncie krótki metraż „A Wonderful Love” oraz dwa filmy pełnometrażowe: pokazywaną w Cannes „Kalwarię” oraz startujące w konkursie w Wenecji „Vinyan”. Kto wie, czy to właśnie Du Welz, również, jak większość jego kolegów, zaimportowany przez hollywoodzką machinę, nie jest przypadkiem najpoważniejszym kandydatem do miana odnowiciela współczesnego horroru. Bo choć jego filmy wyrastają z bogatej tradycji kina grozy, są to dzieła niepokojące nie tylko na poziomie cielesnym, ale i, a może przede wszystkim, psychologicznym, ujmujące wysmakowaną plastycznie formą. Z francuskiej fabryki strachów para już nieco uszła, a zmiany warty nie widać. Nie oznacza to jednak, że nowa ekstrema zniknęła. Raczej się przegrupowuje.

Tekst ukazał się w piątkowym wydaniu "Dziennika" (27.01.2012).

piątek, 27 stycznia 2012

Tydzień w kinie - "Moja łódź podwodna", "Robert Mitchum nie żyje"

Od dzisiaj w kinach parę filmów akcji ("Człowiek na krawędzi", "Kontrabanda", "Najczarniejsza godzina"), o których postaram się napisać po weekendzie, a tymczasem recenzje dwóch nieco mniej hałaśliwych produkcji - "Mojej łodzi podwodnej" oraz "Robert Mitchum nie żyje".


Moja łódź podwodna (8-/10)

Oliver Tate, jak przynajmniej połowa nastolatków w jego wieku, uważa się za jednostkę wyjątkową, bo obdarzoną artystyczną duszą i wyróżniającą go z tłumu wrażliwością. Ot, niezrozumiany geniusz, pępek świata z nadmorskiego Swansea w Walii, którego z kolegami łączy chyba tylko milczące porozumienie o jak najszybszym zrzuceniu ze swoich barków ciężaru dziewictwa. Podświadoma potrzeba wyraża się na rozmaite sposoby i aby zdobyć względy swojej wybranki ze szkoły, równie ekscentrycznej jak on sam Jordany, Oliver posuwa się do rozmaitych, nierzadko niegodnych sztuczek. A jednak chłopak nie jest podobny do licealistów z niezliczonych wulgarnych komedii amerykańskich, choć wydawałoby się, że dążą do wspólnego celu. Bohater „Mojej łodzi podwodnej” jest poniekąd świadomy tego, że wraz z fizycznym zbliżeniem godzi się na zbudowanie głębszej, duchowej więzi. Obserwacja miłosnych zmagań Olivera to zadanie niezwykle dla widza wdzięczne, bo „Moja łódź podwodna” jest opowieścią w dużej mierze uniwersalną, a jednocześnie subtelną i niepozbawioną nonszalanckiego uroku młodzieńczych eskapad w poszukiwaniu prawd o świecie i życiu, na które wyprawiał się swojego czasu bodaj każdy z nas. Zresztą, gdyby scenariusza nie oparto na powieści Joego Dunthorne'a, można by odnieść wrażenie, iż pełnometrażowy debiut Richarda Ayoade to niemal autobiograficzne wspomnienie z okresu dojrzewania; wspomnienie ironiczne, pełne wpadek, gdyż Oliver częściej jest pod wozem niż na wozie, ale zapamiętane z serdecznością należną młodości. Jest w filmie pewna doza nostalgii, nierzadko kokieteryjnej, rzecz dzieje się bowiem jeszcze przed erą cyfrową, gdzieś w latach osiemdziesiątych, lecz „Moja łódź podwodna” nie łasi się do widza, to dzieło bezpretensjonalne i życzliwie szczere. Ayoade przewiązuje całość delikatną, arthouse'ową wstążeczką, kombinuje nieco z formą, ale nie nadużywa stylistycznych ozdobników. „Moja łódź podwodna” nie posiada żadnego klucza, według którego trzeba film odczytać (mimo bogactwa dość luźnych skojarzeń kinematograficznych), przez co sprawia wrażenie roboty nonszalanckiej, choć niezaprzeczalnie przemyślanej. Mimo piętrzących się przed Oliverem problemów, jego nastoletnia rzeczywistość to świat pełen eksperymentów, wolności i tej specyficznej, magicznej wręcz naiwności, na którą często nie stać dorosłego. Ta niby zwyczajna, przerabiana przez kino wielokrotnie podróż przez seksualną i emocjonalną inicjację może zachwycić świeżością spojrzenia, bo Ayoade posiada nieskażony goryczą zmysł obserwacyjny, wykazujący wcale nieczęste w kinie zrozumienie dla wszystkich tych ważkich spraw, z których składa się rozległe uniwersum podwórka i szkoły.


Robert Mitchum nie żyje (4/10)

Cierpiący na depresję i bezsenność podrzędny aktor Franky i jego niestroniący od butelki, chorobliwie ambitny manager Aresene ruszają skradzionym samochodem przez Europę, aby podczas organizowanego na kole podbiegunowym festiwalu filmowego dorwać emerytowanego reżysera George'a Sarrineffa i namówić go na wspólny projekt. W teorii europejskie kino drogi zrealizowane w Jarmuschowskim duchu (choć reżyserska para Olivier Babinet i Fred Kihn przyznaje się także do inspiracji Akim Kaurismakim, Davidem Lynchem i Jean-Lucem Godardem) mogłoby się udać, nawet jeśli na Starym Kontynencie nie mamy odpowiednika legendarnej drogi numer sześćdziesiąt sześć; mogłoby, lecz „Robert Mitchum nie żyje” to film rwany, nieskładny i chaotyczny. Znakomita jest co prawda ścieżka dźwiękowa, pełna kawałków, także polskich, z lat pięćdziesiątych, i cieszyć mogą nas sceny rozgrywające się nad Wisłą (wątek w łódzkiej filmówce) lecz cały ten łaknący spójności miszmasz trudno kupić. Brak tutaj chociażby ciekawej obserwacji socjologicznej, o którą formuła filmu wręcz woła, odwiedzane przez bohaterów kraje zlewają się w jedno, a przecież wypadałoby w jakiś sposób zrobić użytek z europejskiego multikulturalizmu. Sporo jest w „Robert Mitchum nie żyje” scen na granicy pastiszu, intertekstualnych tropów i autotematycznych uwag o sztuce tworzenia dzieła filmowego, lecz, niestety, rozłazi się to wszystko w szwach.

Obie recenzje ukazały się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika" (27.01.2012).

środa, 25 stycznia 2012

From Hollywood with love - rozmawiamy o oscarowych nominacjach

Dzisiaj, z okazji ogłoszenia oscarowych nominacji, specjalne wydanie moich rozmów z Piotrem Plucińskim, dziennikarzem i krytykiem filmowym, autorem znakomitego bloga Off the Record. Poniżej prezentuję fragment dyskusji, link do całości oraz moją listę oscarowych życzeń. Zapraszam też do podzielenia się swoimi typami w komentarzach lub dołączenia do debaty, która toczy się na fanpage'u Kill All Movies na Facebooku.


PP: Nominacje do Oscarów zawsze budziły skrajne emocje – zazwyczaj mówi się w ich kontekście o konformizmie, rozczarowaniach. Takie komentarze dominują także po ogłoszeniu tegorocznych wyróżnionych. Ale czy naprawdę powinniśmy spodziewać się tu jakiejś artystycznej sprawiedliwości? Historia tych nagród sięga przecież czasów, kiedy Hollywood było niedostępnym zwykłemu człowiekowi mitem. Wydaje się, że Oscary to wciąż forma jego pielęgnacji.

BC: Nie neguję wyborów Akademii. Ba, nawet uważam, że spora część nominacji jest zasłużona. Boli mnie jednak brak odkryć, zaskoczeń, jakiejś iskry, energii świadczącej o twórczych poszukiwaniach komisji. Zdaję sobie sprawę, jak wygląda wybór nominowanych, ale co roku mam złudną nadzieję, że tym razem będzie inaczej.

PP: Ale przecież na tegorocznej liście nie brakuje wyborów zaskakujących. Za takie uznać można nominację za scenariusz dla „Druhen”, wyróżnienie irańskiego „Rozstania” poza oczywistą kategorią dla filmu obcojęzycznego, zachwyty nad „Artystą”, obecność pośród najlepszych animacji „Chico i Rity”.

BC: Fakt, nominacja dla „Druhen” (obok tej dla J.C. Chandora za scenariusz „Chciwości”) jest pewnym zaskoczeniem i dobrym prognostykiem – okazuje się, że znalazło się miejsce także dla kino rozrywkowego, tworzonego bez oscarowych ambicji. Większość kategorii zdominowali jednak pewniacy.

PP: Tak, aż do bólu, jeśli spojrzeć na poprzednie lata. Może jest to jakieś podsumowanie minionego roku, potwierdzenie, że ten sezon był dla amerykańskiej kinematografii raczej spokojny. Wśród nominowanych jest w końcu wiele staroświeckich propozycji – tak pod względem treści, jak i formy. Jest niemy „Artysta”, bardzo klasyczny „Czas wojny”, odwołujące się do minionych epok „Służące”, „Hugo”, melancholijny Allen...

BC: Zdecydowanie – wydaje się, że kino amerykańskie sięga wstecz, wszak nawet te filmy, które na listę nie trafiły, a których mi tam brakuje, jak choćby „Przygody Tintina” czy „Drive”, odwołują się właśnie do tego, co w kinie już przeminęło. Można by rzecz, że zjada ono własny ogon, ale nie będzie to do końca prawda, bo przecież są to rzeczy nierzadko zachwycające. Patrzę teraz na pozostałe, prócz najlepszego filmu, kategorie i tam jest podobnie. Gary Oldman za nostalgicznego „Szpiega”, Meryl Streep za „Żelazną damę”, Michelle Williams za „Mój tydzień z Marilyn”...

Dalszy ciąg na Off the Record, a poniżej moja lista życzeń:

Najlepszy film : Artysta

Najlepszy aktor pierwszoplanowy: Brad Pitt (Moneyball)

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa: Michelle Williams (Mój tydzień z Marilyn)

Najlepszy aktor drugoplanowy: Nick Nolte (Warrior)

Najlepsza aktorka drugoplanowa: Octavia Spencer (Służące)

Najlepszy scenariusz oryginalny: J.C. Chandor (Chciwość)

Najlepszy scenariusz adaptowany: Steven Zaillian, Aaron Sorkin, Stan Chervin (Moneyball)

Najlepszy film animowany: Chico i Rita

Najlepszy film nieanglojęzyczny: Rozstanie

Najlepsze zdjęcia: Emmanuel Lubezki (Drzewo życia)

Najlepszy montaż: Angus Wall, Kirk Baxter (Dziewczyna z tatuażem)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Seans bez powodu: "Warrior"

W trzecim odcinku seansu bez powodu film, który został kompletnie zignorowany przez polskich dystrybutorów kinowych, i pozostaje jedynie liczyć, że zobaczymy go u nas na płytach - "Warrior" w reżyserii Gavina O'Connora.


Za granicą krytyka chwali. I to jeszcze jak - wysoko film oceniło w Stanach Zjednoczonych wiele liczących się magazynów, łącznie z "The New Yorker", "The New York Times" i "Rolling Stone", a Roger Ebert dał trzy gwiazdki na cztery możliwe. Szczerze mówiąc, zastanawia mnie nieco ta powszechna aprobata. Proszę nie zrozumieć mnie źle, uważam "Warrior" za świetny film, ale stoi on bliżej półki z "Krwawym sportem" niż "Wściekłym bykiem", stąd moje zdziwienie, gdyż prasa zwykła raczej podobne rzeczy ignorować. Pewnie, poza (nie)zwyczajnym mordobiciem są tutaj i nieźle, aczkolwiek schematycznie, nakreślone postaci, ale, sięgając niejako do trzewi tego spektaklu, nie odbiega on znacząco od tego, co widzieliśmy w niezliczonych filmach kopanych - bo oponuję przed nazywaniem "Warrior" dramatem sportowym. Tutaj ewidentnie chodzi o brutalne piękno MMA, z zapartym tchem czeka się na kolejną walkę, aż poleje się krew, połamią kości i pokruszą zęby, a nad wszystkim wisi kanoniczne pytanie kto zwycięży?. O pewnej wyjątkowości tego filmu stanowi jego wielowątkowość, bowiem narracja prowadzona jest dwutorowo - raz obserwujemy Tommy'ego Riordana (rewelacyjny Tom Hardy, który wyrasta, albo i już wyrósł, na jednego z najbardziej utalentowanych aktorów swojego pokolenia), niepokornego dezertera, który na udział w turnieju MMA zdecydował się, aby zdobyć pieniądze dla wdowy po swoim koledze z wojska; a raz Brendana Conlona (wcale nie gorszy Joel Edgerton), niegdyś profesjonalnego zawodnika, obecnie nauczyciela, decydującego się na powrót na ring z powodu finansowych problemów. Obaj panowie są braćmi, nie widzieli się całe lata i dość powiedzieć, że kiedy już się spotkają, nie padną sobie radośnie w ramiona. Ich ścieżki krzyżują się oczywiście na zawodach i podświadomie zdajemy sobie sprawę, że wreszcie musi dojść do konfrontacji - jeśli nie na ringu, to poza nim. I "Warrior" odnosi sukces, stawiając naprzeciw siebie dwóch zupełnie różnych facetów, za których trzymamy kciuki jednakowo mocno, tutaj nie ma mitycznego złego, a brak czarnego charakteru sprawia, że sympatia odbiorcy rozdzielona jest pomiędzy Tommym i Brendanem. Gavin O'Connor znakomicie prowadzi film, nie obdarzając żadnego z braci atutem, który mógłby przeważyć szalę i sprawić, że jeden z nich wyda się bielszy od drugiego, racja jest po obu stronach. Brak manipulacji ze strony reżysera podnosi emocjonalną wartość "Warrior", wynosi braterski konflikt na dwa poziomy - ciała i ducha. A to dużo, to wartość wpisana w film, nie będąca efektem ubocznym scenariusza, a jego nadrzędnym celem. Tym sposobem kino zakorzenione w B-klasie doznaje swoistej nobilitacji lub, jak kto woli, kino głównego nurtu pochyla się nad tym, co dawno już przez duży ekran zapomniane.

P.S. Otrzymałem dzisiaj (28.01.2012) informację prasową, że film pojawi się w Polsce na DVD pod tytułem "Wojownik" dokładnie 29.02.2012!

piątek, 20 stycznia 2012

Tydzień w kinie - "Rzeź"

Nigdy nie kryłem, iż Roman Polański jest jednym z moich ulubionych reżyserów, i cieszę się, że udało mi się w tym miesiącu opublikować dwa teksty związane z jego twórczością. Pierwszy to recenzja filmu "Rzeź", która ukazała się w styczniowym numerze magazynu "Film". Drugim jest krótki tekst na temat samotności w kinie Polańskiego, gdzie piszę głównie o trylogii obłędu miejskiego, czyli "Wstręcie", "Dziecku Rosemary" oraz "Lokatorze".


Rzeź (5/6 w skali "Filmu")

Roman Polański nie bez przyczyny nazywany jest artystą małych przestrzeni. Niejednokrotnie w swoich filmach udowadniał, że cztery ściany, w których z lubością więzi swoje postaci, stanowią dla niego materię giętką i elastyczną. Filmowa kamera staje się w jego rękach lupą umożliwiającą twórczą analizę zjawiska socjologicznego; mikroskopem służącym dokładnej obserwacji psychologicznej. (...) Dorośli, w przeciwieństwie do ich dzieci, nie potrafią uniknąć nadciągającej katastrofy, nadchodzącej rzezi; a może nawet w głębi ducha tego nie chcą, bowiem po raz pierwszy czują się prawdziwie wolni. Pozbawieni zahamowań, odrzucając społeczne konwenanse, sięgają do korzeni dręczących ich od lat problemów, którymi nie mogli się wcześniej podzielić – teraz mają okazję je wykrzyczeć. (...) Schronienia ani oparcia nie znajdą w tym, co pielęgnowali i hołubili – nauce i sztuce; albumy z reprodukcjami malarskich dzieł stają się pustym rekwizytem, na którym lądują wymiociny, a telefon komórkowy, narzędzie pracy, trafia wreszcie do wazonu z wodą. Odarci z definiujących ich osobowość przedmiotów stają się nadzy, dyskredytują sami siebie swoją małostkowością i mitomanią. (...)

Cała recenzja w miesięczniku "Film", a tę spisaną na gorąco jeszcze podczas festiwalu w Londynie, znajdziecie tutaj.


Diagnoza: Polański

Klaustrofobia, schizofrenia, monofobia, stres, depresja, samotność, zaburzenia osobowości i wyobcowanie. Galeria lęków i podświadomych strachów, które dręczą postaci wałęsające się po filmowych planach Polańskiego, jest zaiste imponująca. I tym samym przytłaczająca.

Przy okazji dyskusji o jednym swoich filmów, Roman Polański przyznał, że tematem przewodnim jego dzieł i tym, co leży w kręgu jego zainteresowań jest samotność. To z niej biorą się problemy jego bohaterów, to ona katalizuje ich fobie i prowokuje widzów do stawiania często niejednoznacznych diagnoz. Urodzonemu w Paryżu reżyserowi szybko przyklejono łatkę twórcy demonicznego, gdyż chętnie posługiwał się sztafażem horroru, jednocześnie nie odchodząc od interesujących go zagadnień, które rozpatrywać można na płaszczyźnie psychologicznej Bodaj najpełniejszą wypowiedzią artystyczną w kwestii alienacji jednostki w miejskim labiryncie nowoczesnego świata są trzy obrazy składające się razem na nieformalną trylogię miejskiego obłędu, czyli "Wstręt", "Dziecko Rosemary" i "Lokator", wszystkie zbliżone estetyką do filmu grozy.

I choć Polański upodobał sobie poetykę kina niesamowitego, okazał się mistrzem i w innych konwencjach gatunkowych – czarnym kryminale ("Chinatown"), thrillerze ("Frantic"), czy komedii ("Rzeź"). Nieodmiennie jednak, bez różnicy, czy kręci film sensacyjny, czy horror, Polański zamyka swoje postacie w istnym labiryncie, z którego nie sposób się wydostać. Ściany zaciskają się, lęki wyolbrzymiają, a zmysły często odmawiają posłuszeństwa.

Co się stało z Carol L.?

Polański osiągnął perfekcję psychologicznej obserwacji za pomocą kamery już w swoim drugim filmie pełnometrażowym, a pierwszym zrealizowanym za granicą. Bohaterką "Wstrętu" jest cierpiąca na poważną chorobę umysłową (co prawda w filmie nienazwaną, lecz przypominającą objawami schizofrenię paranoidalną), mieszkająca w Londynie kosmetyczka Carol. To osoba wyobcowana, niezdolna do nawiązania praktycznie żadnej głębszej więzi międzyludzkiej.

Paranoiczne, skrywane lęki młodej kobiety uzewnętrzniają się, kiedy zostaje sama w swoim mieszkaniu, zmuszona przystąpić do z góry przegranej walki z własnymi demonami. Fantasmagoryczne sekwencje na pograniczu jawy i snu, pokazane z subiektywnej perspektywy bohaterki, odzwierciedlają faktyczne lęki Carol. Manifestacją podświadomego oporu przed seksualnym zbliżeniem staje się widziany w lustrze mężczyzna, a potem doświadczony jedynie w wyobraźni gwałt. Mimo że Polański nie stawia wyraźnej granicy pomiędzy wywołanymi przez chorobę wizjami a rzeczywistością, konsekwentnie buduje sieć zależności pomiędzy jednym a drugim – skoro więc Carol na co dzień zajmuje się manicure, wreszcie zostanie zaatakowana przez wystające ze ścian, próbujące pochwycić ją dłonie.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl.

środa, 18 stycznia 2012

Alejandro Jodorowsky - kapłan psychodelii

Dzisiaj króciutki tekst o twórcy nietuzinkowym, za którym osobiście nie przepadam, lecz nie mógłbym nie docenić jego talentu i wszechstronności. Niestety, w gazecie nie znalazło się wystarczająco wiele miejsca, aby nawet pobieżnie przedstawić sylwetkę tego artysty, który w życiu parał się nie tylko filmem, ale i teatrem czy komiksem, lecz mam nadzieję, że wpis będzie przyczynkiem do tego, abyście sięgnęli po któreś z jego dzieł. I po raz ostatni już, bowiem jutro kończy się głosowanie SMS, namawiam do wysłania wiadomości o treści E00162 (00 to dwa zera) na numer 7122 (koszt: 1,23 zł - na cele charytatywne), aby wesprzeć Kill All Movies w konkursie Blog Roku. Dziękuję!

Kot i Alejandro Jodorowsky
Nie ukończył żadnego filmu od przeszło dwudziestu lat, a w ciągu trwającej ponad pół wieku kariery nakręcił ich zaledwie kilka. Niektórzy zdążyli już o nim zapomnieć, a szeroka publiczność właściwie dopiero zaczyna go odkrywać, gdyż do niedawna jego filmy były praktycznie niedostępne na rynku. Alejandro Jodorowsky nadal postrzegany jest jako ikona szalonego, mistycznego kina z pogranicza surrealizmu.

Jeśli ktokolwiek miałby wyznaczyć granicę filmowej awangardy, za którą rozciąga się tylko bezkresna pustka, byłby to zapewne właśnie ten osiemdziesięciotrzyletni, urodzony w Chile reżyser. Nieustannie lawirując pomiędzy jarmarcznym kiczem a intelektualną erudycją, obdarzony niebywałym zmysłem plastycznym artysta porusza się po cienkiej granicy i niemal niedostrzegalnie stąpa raz po jednej, raz po drugiej stronie. Ta metoda Jodorowsky'ego fascynuje nieprzerwanie i choć można jego recepty na kino nie lubić, a także wolno powiedzieć, że to tylko blaga i pusta pretensjonalność, trudno kompletnie jego twórczość zignorować.

Akurat na brak uwagi Jodorowsky nigdy nie mógł narzekać, bowiem już jego pierwszy film pełnometrażowy, „Fando i lis” z roku 1968, został w Meksyku, gdzie wyświetlono go po raz pierwszy, wyklęty, a potem zakazany. Po premierze na festiwalu w Acapulco w stronę reżysera poleciały kamienie, musiał salwować się ucieczką przed linczem. Kolejne jego dzieło, zrealizowane dwa lata później, dzisiaj już otoczone kultem, królujący niegdyś w kinach samochodowych acid western „El Topo” okazał się prawdziwym objawieniem także wśród artystycznej bohemy. Jego wiernym fanem był sam John Lennon, który zresztą pomógł Jodorowsky'emu w zdobyciu funduszy na kolejny projekt, który przerodził się później w równie słynną „Świętą górę”. Oba psychodeliczne obrazy przesycone były złożoną, wielowarstwową symboliką, przez co przypominały narkotyczną, filmową podróż dotykającą iście nieograniczonego spektrum tematów – psychicznej dojrzałości, religijnego oświecenia, wejścia na wyższy poziom percepcji.

W swoim czasie Jodorowsky miał nakręcić adaptację „Diuny” Franka Herberta, lecz do realizacji nigdy nie doszło, choć plany były wielkie – w filmie zagrać mieli Orson Welles i Salvador Dali, a muzykę skomponować zespół Pink Floyd. Jodorowsky zawsze myślał maksymalistycznie i kiedy przyszło mu kręcić horror, „Święta krew” w roku 1989, sięgnął po skrajnie makabryczny pomysł, zdradzający pewne powinowactwo z „Psychozą” Hitchcocka – syn pomaga bezrękiej matce w popełnianiu zbrodni, służąc jej za brakujące kończyny. Ostatni jak na razie jego film, obliczony na kasowy hit „Złodziej tęczy” z 1990, okazał się niewypałem; Jodorowsky stanowczo odcina się od tej produkcji, wspominając artystyczne ubezwłasnowolnienie. Dzisiaj reżyser na plan praktycznie nie zagląda, i choć od czasu do czasu mówi się o nowych projektach, trudno mu namówić producentów, aby wyłożyli na nie pieniądze. Częściej prowadzi wykłady albo siada przy biurku i pisze scenariusze swoich komiksów oraz książki o tematyce ezoterycznej.

Tekst ukaże się w piątkowym "Dzienniku" (20.01.2012).

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Tydzień w kinie - "Dziewczyna z tatuażem", "Musimy porozmawiać o Kevinie", "Code Blue"

Dzisiaj dwie recenzje - jedna dłuższa ("Musimy porozmawiać o Kevinie"), jedna krótsza ("Code Blue") oraz notatka o "Dziewczynie z tatuażem". I przypominam nieśmiało o trwającym głosowaniu SMS w konkursie Blog Roku. Aby oddać głos na Kill All Movies, wystarczy wysłać wiadomość o treści E00162 (00 to dwa zera) na numer 7122 (koszt: 1,23 zł - na cele charytatywne), za co z góry dziękuję.



Musimy porozmawiać o Kevinie (9/10)

Pośród wielu narzędzi, jakimi posługuje się film grozy, miejsce szczególne zajmuje... kobiece łono. W horrorach częstokroć przyjmuje rolę symboliczną, jest wylęgarnią wszelakiego zła, wszak właśnie stamtąd w niezliczonych obrazach satanicznych wypełznąć miało dziecię samego diabła – a to jedynie wierzchołek góry lodowej. Ta mizoginiczna konstatacja znajduje rozwinięcie w filmie „Musimy porozmawiać o Kevinie”, bowiem według tych, którzy tragedii rodziny Khatchadourianów jedynie się przyglądają, to matka winna jest grzechów syna i to na niej ciąży odpowiedzialność za jego czyny.

Eva – imię być może dobrane nieprzypadkowo, będące odwołaniem do pierwszej, biblijnej kobiety – powiła przecież potwora, złego do szpiku kości, pozbawionego empatii i uczuć wyższych, urodzonego mordercę. Kevin przyszedł na świat w zwyczajnej, szczęśliwej, kochającej się rodzinie, co kontrastuje z popularną, wystawianą często przez horrory diagnozą, jakoby psychopatia ograniczała się jedynie do środowisk patologicznych. Szczęśliwie reżyserka Lynne Ramsey nie bierze na siebie roli domorosłej terapeutki, choć „Musimy porozmawiać o Kevinie” to materiał prowokujący do snucia pochopnych wniosków. Film dotyka przecież problemów matczynej alienacji po porodzie, depresji, destrukcyjnego wpływu potomstwa na relacje małżonków. Nie jest to jednak demagogiczna gadanina, Ramsey nie pozwala nam zapomnieć, że narrację prowadzi z punktu widzenia Evy i wszystko, na co patrzymy, przepuszczone jest przez filtr subiektywizmu. A więc Kevin, według swojej matki, jest podobny do dzieci, które przewinęły się przez kinowe ekrany w filmach grozy, to kolejne wcielenie Damiena z pamiętnego „Omenu” Richarda Donnera, to dorastający synek Rosemary z „Dziecka Rosemary”. Odbiera matce życiową przestrzeń, wysysa z niej energię, opętuje ją niczym upiór z sennego koszmaru. Sieje niezgodę, manipuluje dobrotliwym, acz naiwnym ojcem, doprowadza do konfliktów.

Dalszy ciąg na stronie miesięcznika "Kino" oraz w styczniowym numerze magazynu.


Dziewczyna z tatuażem (7+/10)

Dawno już nie widziałem filmu, który wprowadza dość istotne zmiany fabularne w stosunku do literackiego pierwowzoru i wychodzi z tego obronną ręką. Ba, powiem nawet, że rozwiązania przyjęte przez Finchera odpowiadają mi o wiele bardziej niż finał kryminalnej intrygi u Larssona, więc nawet i ci, co książkę znają i lubią, w amerykańskiej "Dziewczynie z tatuażem" znajdą być może coś zaskakującego. Sam film, choć znakomity, jednak nie porywa i winy wcale nie należy szukać w spartaczonej robocie, bo ekranizacja to pierwszorzędna. Po prostu "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" pozbawieni społecznopolitycznego kontekstu są, można by rzecz, wykastrowani. Powieść, która w znacznej mierze była osobistą wypowiedzią autora na temat podtrzymywanej w Szwecji iluzji państwa doskonałego, w wydaniu kinowym skurczyła się do stosunkowo prostej opowieści o zbrodni. O tym jednak wiedzieliśmy i przed obejrzeniem filmu, więc może tego rodzaju żale są bezpodstawne i zbędne. Szczególnie że Fincher wykonał kawał fenomenalnej roboty i wszystkie aspekty realizatorskie pozszywane są z chirurgiczną precyzją. Zapewne oczy wszystkich i tak skierowane są na Rooney Marę, mnożą się pytania, czy udźwignęła rolę Salander, czy też nie. I choć daleki jestem od powszechnych ochów i achów, bowiem to kreacja z założenia popisowa (wyobrażam sobie mimo wszystko, iż trudno było wejść w rolę) i dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem. O wiele bardziej doceniam pracę Daniela Craiga, który wyciągnął co się dało z tej nieco mdłej postaci, jaką mógłby stać się Blomkvist w wykonaniu innego aktora. No i pozostał przecież David Fincher, któremu udało się pozbyć nierzadko infantylnych i powierzchownych obserwacji psychologicznych poczynionych przez Larssona, naprostować niektóre wątki i zbudować filmową rzeczywistość doskonale opisaną głównie za pomocą detalu (niekiedy co prawda prostego - Happy Meale, którymi zajada się Salander czy T-shirt zespołu Nine Inch Nails noszony przez Plagę - innymi razy urzekającego, jak wymowne ujęcie pustego peronu kolejowego w porze odjazdu pociągu Blomkvista, odpowiadające automatycznie na pytanie, czy dziennikarz przyjął zlecenie Vangera) i bezbłędnego montażu.

Ponoć rodzina Larssona nie pozwoliła na to, aby jego powieści zrodziły istne popkulturowe uniwersum i zablokowała sprzedaż licencji na gadżety związane z filmem, lecz "Millenium" i tak nie obroniło się przed popytem wygenerowanym przez tłum, czego dowodem jest właśnie "Dziewczyna z tatuażem". Bo dzisiaj pewnie mało kto już pamięta, że Larsson był zagorzałym lewicowcem, a jego trylogia w dużej mierze polityczną wypowiedzią, że pomiędzy życiem jego i Blomkvista można znaleźć wiele paralel, a Salander nie jest równą babką i superbohaterką równą Larze Croft, lecz dziewczyną, która dostała od życia niejednego kopniaka.


Code Blue (5/10)

Wyglądająca z okna swojego ascetycznie urządzonego mieszkania czterdziestoparoletnia pielęgniarka Marian jest świadkiem brutalnego gwałtu. Patrzy jednak na scenę obojętnie, a rano wychodzi z domu, by zabrać zużytą prezerwatywę i pomarańczę, która posłużyła mężczyznom za knebel. Kobieta cierpi na dysfunkcję emocjonalną, nieodmiennie utożsamia seksualność ze śmiercią, pozbawia fizyczność nawet lekkich znamion duchowości. Objawem dziwacznej obsesji Marian jest fascynacja sąsiadem z naprzeciwka, którego obserwuje przez dziurę w zasłonie, oraz przywłaszczanie sobie przedmiotów należących do starszych, schorowanych osób zmarłych w szpitalu, zresztą często przy jej asyście. I choć film Antoniak nakręcony jest bez zarzutu (świetna robota operatorska Jaspera Wolfa, który monochromatyczną, chłodną paletą barw, przekreśloną chyba tylko raz czerwienią plamy krwi na białym kitlu Marian, podkreśla emocjonalny chłód filmu), a niepokojąca i odważna kreacja Bien de Moor istotnie zachwyca, „Code Blue” nie jest wolny od taniej prowokacji, przesady i nadmiernej egzaltacji. To kino szyte aż nazbyt grubymi nićmi.

Recenzja ukazała się w magazynie "Hiro".

piątek, 13 stycznia 2012

Piękniejsza twarz Stephena Kinga

Na wstępie, ekhm, komunikat. Moja strona startuje w konkursie Blog Roku (szczegóły po kliknięciu w zielony boks po prawej) i od kilkunastu godzin trwa głosowanie SMS. Jeśli więc lubicie Kill All Movies na tyle, żeby wysłać wiadomość o treści E00162 (00 to dwa zera) na numer 7122 (koszt: 1,23 zł - na cele charytatywne), będzie mi niezwykle miło. Zresztą już teraz stale rosnąca liczba wejść na bloga napędza mnie do dalszego działania. Dzięki za support!

A tymczasem na weekend - tekst o tych "mniej groźnych" ekranizacjach prozy Stephena Kinga.

  
Stephen King to niekwestionowany mistrz horroru, jeden z nielicznych reprezentantów literatury niesamowitej, który jeszcze za życia doczekał się uznania w oczach krytyki, jednocześnie sprzedając miliony egzemplarzy swoich książek i ciesząc się niesamowitą wręcz popularnością wśród czytelników.

Kingowi stosunkowo szybko w sukurs przyszło kino, a za ekranizacje jego prozy zabrali się tak uznani twórcy, jak Brian De Palma („Carrie” z 1976), Stanley Kubrick („Lśnienie” z 1980), David Cronenberg („Martwa strefa” z 1983) czy John Carpenter („Christine” z 1983), przyczyniając się znacznie do spopularyzowania powieści opatrzonych nazwiskiem pisarza z Maine. Trzydziestokilkuletni wówczas autor stał się symbolem tego, co w literaturze niepokojące i makabryczne, i taki stan rzeczy utrzymuje się do dziś, choć aktualnie chętniej mówi się o innej stronie pisarstwa Kinga – o wątkach obyczajowych, społecznych i psychologicznych, które podejmuje w swoich dziełach. Kiedy jednak Rob Reiner w roku 1986 zabierał się za realizację filmu „Stań przy mnie”, opartego na opowiadaniu „Ciało”, nazwisko Kinga okazało się przeszkodą i, wbrew powszechnej praktyce, usunięto je, zresztą za aprobatą samego pisarza, z materiałów promocyjnych. Nieprzypadkowo, bowiem historia czterech młodziutkich chłopców, którzy wybierają się do okolicznego lasu w poszukiwaniu zwłok swojego potrąconego przez pociąg kolegi, odbiegała gatunkowo od dotychczasowego dorobku Kinga. To historia inicjacyjna, wrażliwe kino o bolesnym, ale i pełnym radości dojrzewaniu. Koleżeńska wyprawa urasta tam do rangi rytuału przejścia, a ostatni krok zwiastuje koniec dzieciństwa i początek dorosłości. Reiner nie chciał, aby potencjalny widz mylnie skojarzył „Stań przy mnie” z poprzednimi, pełnymi grozy filmami wywiedzionymi z prozy Kinga. 

Nie jest to przypadek jednostkowy, gdyż i w późniejszych latach reżyserzy i scenarzyści sięgali po tytuły mniej oczywiste. Przymiarki do „Ucznia szatana”, historii młodego chłopaka, który odkrywa, że jego sąsiad jest hitlerowskim zbrodniarzem wojennym, poczyniono już w 1987, lecz filmu nigdy nie ukończono. Dziesięć lat później Bryan Singer zrealizował swoją wersję noweli Kinga, lecz ta opowieść o moralnym zepsuciu i fascynacji złem nie poradziła sobie w box-office, przegrywając z do bólu konwencjonalnymi horrorami przeznaczonymi dla nastoletniej widowni. Nie było to jednak dużym zaskoczeniem, gdyż nawet o trzy lata młodsi „Skazani na Shawshank”, mimo entuzjastycznego przyjęcia przez krytykę (aż siedem nominacji do nagrody Oscara), okazali się komercyjną klapą, podobnie jak „Dolores Claiborne”, również zbierająca niezłe recenzje. Karkołomne i nierozważne wydawało się więc wyłożenie w 1999 roku przez producentów sumy siedemdziesięciu milionów dolarów na realizację adaptacji „Zielonej mili”, bestsellerowej powieści pierwotnie publikowanej przez Kinga w odcinkach. Wpadka ze „Skazanymi na Shawshank” pokazała jasno, że łatwiej i szybciej sprzedawały się czyste gatunkowo horrory, nawet te B-klasowe i niskobudżetowe. W przypadku „Zielonej mili”, za którą zabrał się Frank Darabont, powtórzono strategię marketingową wykorzystaną wcześniej przy promocji „Stań przy mnie” i ponownie na plakatach reklamowych próżno było szukać pisanego dużą czcionką autora literackiego pierwowzoru. „Zielona mila” miała (tak jak wcześniejsza ekranizacja prozy Kinga zrealizowana przez Darabonta, „Skazani na Shawshank”) melancholijny, ale i pełen odświeżającej nadziei, humanistyczny ton. Tym razem, wbrew przewidywaniom specjalistów utyskujących na długi czas trwania seansu (ponad trzy godziny), projekt zakończył się sukcesem. Film zdobył kilka nominacji do Oscara i przekroczył barierę stu milionów dolarów wpływów na rynku amerykańskim. Nie zmienia to faktu, że King zapewne nigdy już nie zerwie z łatką króla horroru, w przypięciu której spory udział miało właśnie kino, lecz warto pogrzebać w obszernej i bogatej bibliografii (i filmografii) autora, aby przekonać się, że jego twórczość wykracza dalece poza obszar literackiej grozy. 

Tekst ukazał się w dzisiejszym "Dzienniku" (13.01.2012).

środa, 11 stycznia 2012

Al Capone - człowiek z blizną

Dzisiaj jedynie przedruk tekstu o gangsterach, gdyż biegnę do kina nadrabiać zaległości. Za to w piątek wrzucę tekst o ekranizacjach prozy Stephena Kinga, a w poniedziałek recenzje kilku premier - "Dziewczyny z tatuażem", "Code Blue" i "Musimy porozmawiać o Kevinie".


Kino gangsterskie rozwinęło się w latach trzydziestych ubiegłego wieku. To czas Wielkiej Depresji, Stany Zjednoczone znalazły się w trudnej sytuacji społecznej, ekonomicznej i politycznej. To czas prohibicji i lokali, z których wybrzmiewają dźwięki jazzu. To czas Ala Capone. Król chicagowskiego półświatka wiedzie barwne życie, o którym można poczytać na pierwszych stronach gazet, co smutno kontrastuje z pożałowania godną sytuacją materialną zwykłych obywateli.

Ucieczki od rzeczywistości szuka się w kinowej sali. Filmy o gangsterach znakomicie oddają stan ducha Ameryki zafascynowanej mechanizmami funkcjonowania przestępczości zbiorowej, a nade wszystko tymi, którzy stoją na czele zwalczających się gangów. Dominuje rozczarowanie etosem uczciwej, ciężkiej pracy. Gangsterzy wiodą więc prym nie tylko na ulicach i w klubach, ale i na ekranach. Lecz ile filmowy mafiozo ma wspólnego z historyczną prawdą? Sprawdźmy na przykładzie tego, który stał się symbolem swojej epoki.

Sława i mord w Chicago

"Człowiekowi z blizną" Howarda Hawksa z roku 1932 za podstawę posłużyła biografia Ala Capone, choć oficjalnie scenariusz oparto na powieści o tym samym tytule, pod którą podpisał się Armitage Trail. To jedno z pionierskich, wielkich dzieł kina gangsterskiego miało problemy z cenzurą. Hawks walczył o swój film miesiącami, nie godząc się na wymuszane zmiany – głównym zarzutem przeciwko "Człowiekowi z blizną" było rzekome gloryfikowanie przemocy i wykoślawienie idei amerykańskiego snu, który tutaj realizuje bezwzględny mafiozo.

W pewnym sensie film ten stał się ubarwioną wersją drogi na szczyt, którą przebył także i Capone. Po przeprowadzce do Chicago, w wieku dwudziestu kilku lat, zwąchał złoty interes polegający na przemycie i dystrybucji alkoholu zdelegalizowanego przez przepisy prohibicyjne. Capone stale poszerzał sferę swoich wpływów, korzystając z różnych sposobów – brutalnych mordów, jak chociażby pamiętna masakra w dzień świętego Walentego (którą opisał w swoim filmie z roku 1967 Roger Corman), kiedy ludzie Capone dokonali egzekucji siedmiu członków konkurencyjnego gangu; a także łapówek i prostytucji. Ponoć "Człowiek z blizną" przypadł szefowi chicagowskiego półświatka do gustu, plotka głosi, że miał nawet w swoim domu własną kopię filmu i żywo interesował się produkcją, wysyłając swoich ludzi na plan, aby upewnili się, czy aby Hawks nie odkrywa jakichś wstydliwych faktów z jego życiorysu.

Dalszy ciąg w portalu Onet.pl.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Grindhouse - czyli złe jest dobre

Czar srebrnego ekranu omotał Stany Zjednoczone. Lokalne kina nie są w stanie wytrzymać konkurencji bogatej programowo telewizji, właściciele jednosalowych przybytków niegdyś masowej rozrywki wdrażają więc plan awaryjny – stawiają na goliznę, przemoc i hałas.


Mniej więcej tak, w sporym uproszczeniu, rysowała się sytuacja na froncie bezpardonowej, trwającej zresztą do dziś, wojny o uwagę widza w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. To era amerykańskich kin typu grindhouse, gdzie wnosząc symboliczną opłatę, można było klapnąć w fotelu na całą noc i poddać się dyskusyjnej magii filmowego śmiecia. Bo podobne miejsca przyrównać można do peep show dla kinomanów albo gabinetów celuloidowych osobliwości, gdzie można było spróbować owocu nie tyle zakazanego, co społecznie nieakceptowalnego – w grindhouse rządziła pornografia, brutalne horrory i przerysowane kino akcji.

Trudno precyzyjnie umiejscowić dekadę grindhouse w kontekście całej historii filmu fabularnego z uwagi na jej stosunkową nikłą rolę formatywną w procesie rozwoju kina głównego nurtu, ograniczoną chyba jedynie do kinematografii amerykańskiej. Reżyserzy mainstreamowi, tacy jak Robert Rodriguez, Quentin Tarantino, Rob Zombie czy Eli Roth, których filmy trafiają na duży ekran, przyznają się chętnie do swoich fascynacji kinem eksploatacji i produkcjami klasy B, ale to nieliczni spośród odnoszących artystyczne i komercyjne sukcesy twórców wychowanych na grindhouse. Interesujący jest skądinąd przypadek wspólnego projektu pierwszych dwóch filmowców o nazwie, a jakżeby inaczej, „Grindhouse” z 2007 roku. Tarantino i Rodriguez próbowali wskrzesić ducha produkcji spod znaku trash i zaprezentować swoje dwa filmy podczas jednego wieczoru. Finał był zaskakujący i stanowi być może ironiczne epitafium dla epoki grindhouse – wchodzące w skład tej fanowskiej inicjatywy filmy „Planet Terror” i „Death Proof” okazały się finansową klapą, ale spotkały z niezwykle ciepłym przyjęciem krytyki, czyli zwyczajowy scenariusz został odwrócony do góry nogami.

Robert Rodriguez jednak nie zrezygnował i nadal próbuje zarazić publikę swoją specyficzną odmianą kinofili. Zeszłego roku zrealizował film „Maczeta”, będący w gruncie rzeczy nie tylko wybornym żartem i hołdem oddanym kinu śmieciowemu, ale i całkiem przyzwoitym akcyjniakiem. Pomysł na tę produkcję, wbrew powszechnemu przekonaniu, nie wykiełkował w głowę Rodrigueza przy okazji „Grindhouse” – oba filmy wchodzące w skład projektu przedzielono zwiastunami nieistniejących tytułów, wśród nich „Maczety” – ale dużo wcześniej, jeszcze za czasów przebojowego „Desperado” (rok 1995). Czy wolno więc mówić, że jest to planowane latami opus magnum reżysera? Być może, bowiem w dobie, kiedy realizatorska perfekcja wydaje się najwyższą, poszukiwaną w kinie wartością, Rodriguez z lubością demonstruje, że udawane partactwo i ostentacyjna tandeta także wymagają nie lada kunsztu i wrażliwości. Paradoksalnie, żeby nakręcić dzieło podobne „Maczecie”, w którym złe jest dobre, znajomość kina, przynajmniej gatunkowego, od podszewki wydaje się nieodzowna. Ciekawostką jest, że część amerykańskiej krytyki chciała widzieć w obrazie Rodrigueza meksykański manifest polityczny w sprawie rygorystycznych praw imigracyjnych, lecz podobne próby interpretacji brną w ślepą uliczkę, bowiem z założenia „Maczeta” nawiązywać ma do kina eksploatacyjnego, czyli wykorzystującego sensacyjny temat jedynie jako pretekst dla spektaklu okrucieństwa.

Kto wie, czy o krok dalej nie poszedł protegowany Tarantino i Rodrigueza, początkujący kanadyjski filmowiec Jason Eisener w swoim „Hobo with a Shotgun” (czyli „Włóczęga ze strzelbą”). Film ten rozpoczął swój żywot jako trailer zrealizowany na potrzeby konkursu ogłoszonego przy okazji premiery „Grindhouse”, a więc jak na razie wszystko zostaje w rodzinie. Eisener zdecydował się na niemal całkowitą rezygnację z jakichkolwiek fabularnych niuansów na rzecz prostoty i krwawej groteski, która w jego dziele jest wartością samą w sobie. Stylizacja na hit epoki grindhouse jest jeszcze wyraźniejsza niż w „Maczecie” – kolory są przejaskrawione jak w złotych czasach Technicoloru, postaci sypią zapadającymi w pamięć one-linerami, a kokieteryjna przemoc zahacza o kreskówkowość. Eisener, podobnie jak Tarantino i Rodriguez, świadomie kreuje kino kultu, można powiedzieć, że eksploatuje kino eksploatacji.

Zresztą nie on jeden, bowiem świadoma autokreacja w wieku panowania mass mediów jest łatwiejsza niż kiedykolwiek i to nie tylko w przypadku filmów mających z założenia obrosnąć grindhouse'owym kultem. Znakomitym przykładem są chociażby „Węże w samolocie” – zwyczajny film klasy B, który dzięki skutecznej promocji przeobraził się w internetowy fenomen i to w dużej mierze za sprawą samego tytułu, przez co studio New Line Cinema wpompowało w produkcję dodatkowe pieniądze. To nieprawda, że grindhouse'ów już nie ma. Przeniosły się po prostu do multipleksów.

Tekst ukazał się w piątkowym wydaniu "Dziennika" (6.01.2012)

piątek, 6 stycznia 2012

Tydzień w kinie - "Sherlock Holmes: Gra cieni", "Człowiek z Hawru"

Pierwszy weekend stycznia obfituje w głośne produkcje. O "Kocie w butach" i "W ciemności" napiszę być może w następnym tygodniu, lecz nie gwarantuję, a tymczasem recenzja "Człowieka z Hawru" oraz wpis o "Sherlocku Holmesie: Grze cieni".


Człowiek z Hawru (8+/10)

Słodko-gorzką komedię młodszego z braci Kaurismakich rozświetla blask nieprzystający do stalowego nieba, żywcem zapożyczonego z czarnych kryminałów Melville'a. I choć świat ten jest szary i odrapany, a na pierwszy rzut oka próżno szukać w nim zwyczajnego, ludzkiego ciepła, fiński reżyser ze stoickim spokojem oznajmia, że jeszcze nie chwieje się w posadach, nie należy panikować. To deklaracja pozbawiona cynizmu, zadziwiająco trzeźwa i może tylko trochę przewrotna, zważywszy na nierzadko absurdalny humor „Człowieka z Hawru”. A jednak nieodmiennie szczera, wygłoszona uczciwie i dlatego podnosząca na duchu. Kusząca jest więc chęć przyczepienia filmowi modnej dzisiaj łatki feel-good movie, jaką nosi z dumą wiele komedii amerykańskich i, co więcej, można śmiało to uczynić, pamiętając jednak, że etykietka ta nabiera w tym konkretnym przypadku zupełnie innej, nobilitującej rangi. Bo „Człowiek z Hawru” to przemyślane kino autorskie, zrobione z werwą, nieprzypadkowe, odwołujące się do wcześniejszych dzieł Kaurismakiego i klasyki filmu światowego.

Hawr, portowe miasto na północy Francji, kanał tranzytowy łączący Górną Normandię z południowym wybrzeżem Wielkiej Brytanii, ze swoimi wąskimi, brudnymi uliczkami i rozlatującymi się domkami o cienkich ścianach to setting idealny dla historii sensacyjnej. Tędy przerzuca się do Anglii afrykańskich imigrantów. Jednym z nich jest nastoletni Idrissa z Gabonu, któremu udaje się uciec z przejętego przez policję transportu. Pod swoje skrzydła bierze go Marcel Marx (znany widzom z jednego z poprzednich filmów Kaurismakiego, „Życie bohemy”), ubogi literat, który po przyjeździe do Hawru przekwalifikował się na pucybuta. Marx, choć sam ledwie wiąże koniec z końcem, zobowiązuje się do zebrania pewnej sumy potrzebnej chłopakowi do wyjazdu z kraju – za granicą na Idrissę czeka matka. Dla byłego artysty opieka nad biedakiem to odruch naturalny, niczym wzruszenie ramionami, pieniądze nie przedstawiają w jego oczach zbyt wielkiej wartości, za to są nią ludzie. Marcel zna wszystkich ze swojego sąsiedztwa – to era sprzed komunikacji elektronicznej, tu rozmawia się twarzą w twarz, a każdy napotkany człowiek jest czymś więcej niż internetowym nickiem – prosi więc o pomoc w ukryciu chłopaka, co jest początkiem ciągu niezwykle zabawnych sytuacji, podanych z pokerową miną.

Dalszy ciąg recenzji na stronie miesięcznika "Kino".


Sherlock Holmes: Gra cieni (6+/10)

Jeszcze kilkanaście godzin temu zastanawiałem się, czy jestem przypadkiem beznadziejnego fana, któremu spodoba się dosłownie każdy produkt z doczepioną etykietką z napisem "Sherlock Holmes". Obecnie czuję ulgę przemieszaną z rozczarowaniem, bowiem okazało się, że jednak nie wszystko da mi się wcisnąć, a jednocześnie spuściłem nos na kwintę w smutnej konstatacji, iż "Gra cieni" zawodzi. W żadnym razie nie jest to zły film, wręcz przeciwnie, wcale nie gorszy pod względem realizatorskim od części pierwszej. Szkopuł w tym, że brak mu świeżości. Ritchie wszystkie karty wyłożył na stół już przed dwoma laty i teraz jedynie próbuje ułożyć za ich pomocą innego pasjansa. Nie ma tutaj ambicji, aby rozbudować podjętą uprzednio polemikę z dziełami Doyle'a, po prostu wrzucono wszystkich do wielkiej piaskownicy, dano foremki i kazano się bawić. Z ekranu aż łupie od fajerwerków (ileż tam nagłych transfokacji, slow motion kokietuje co i rusz), lecz to nabuzowane efekciarstwo z konspiracyjną fabułką zapożyczoną chyba od Iana Fleminga jest dziwnie nieprzystające do postaci detektywa wszech czasów. Zbyt wiele tutaj rozhukanej swawoli, za mało detektywistycznej roboty - ten geniusz z Baker Street sprawę rozwiązuje, waląc zbirów po mordach. Dość jednak narzekań, bo w "Grze cieni" znalazła się mistrzowska scena, za którą podnoszę ocenę o pół oczka - chodzi o trawestację legendarnego pojedynku Holmesa i Moriarty'ego nad szwajcarskim wodospadem Reichenbach, gdzie pięści zastąpiono... szachowymi pionami.

środa, 4 stycznia 2012

Para buch, koła w ruch. Steampunk w kinie

Jak co roku, czytelnicy miesięcznika "Nowa Fantastyka" wybierają swoje ulubione kawałki z minionych dwunastu numerów. Prócz tłumaczonych przeze mnie opowiadań i jednego wywiadu, w 2011 magazyn opublikował dwa artykuły mojego autorstwa ("Dziedzictwo Conana" oraz "Rodzina makabrą silna"), więc jeśli czujecie, że któryś z nich zasłużył na Wasz głos, zachęcam do jego oddania. Zasady są proste, pozwolę sobie zacytować redakcyjny komunikat: Do końca stycznia 2012 możecie wybrać najlepsze opowiadania (jedno polskie i jedno zagraniczne), najciekawszy tekst publicystyczny, ulubionego rysownika, najładniejszą okładkę i obciach roku. Odpowiedzi wysyłajcie na adres plebiscyt@fantastyka.pl. Wśród głosujących rozdysponujemy 30 nagród książkowych. 

A poniżej możecie zapoznać się z fragmentem tekstu, na który będzie można oddać głos za rok. Ha.


Steampunk to jedna z odnóg fikcji spekulatywnej, pozornie poszukująca odpowiedzi na pytanie w rodzaju co by było gdyby?, w rzeczywistości wcale nie starająca się podobnej kwestii rozwikłać. Historie tego rodzaju rozgrywają się przeważnie w świecie alternatywnym, będącym odbiciem tego naszego, rządzącym się tymi samymi prawami chemii, biologii czy fizyki, z jedną zasadniczą różnicą, którą świadczy o ich odrębności i wyjątkowości. Otóż karkołomne teorie naukowe wiktoriańskich wynalazców okazały się tutaj efektywne, wprowadzono je w życie i w steampunkowym uniwersum, tak jak i dzisiaj, dostępne są różnorakie ustrojstwa umożliwiające chociażby podniebne podróże.

Wybieganie w przeszłość

Nieprzypadkowo za setting podobnych opowieści często służy miejsce przypominające dziewiętnastowieczną Wielką Brytanię czy jej dosłowna, alternatywna wersja (choć nie jest to oczywiście regułą). Wszak to czasy rewolucji industrialnej i narodzin literackiego science fiction. Siłą estetyki steampunkowej jest bowiem jej niejednolitość i spore zdolności adaptacyjne - niezwykle łatwo przenieść ją na grunt jakiegokolwiek gatunku literackiego czy filmowego, co udowadniają ostatnie wybryki Hollywoodu. Obecnie do klasyki kina steampunkowego zalicza się niekiedy wczesne produkcje wyrosłe na gruncie literatury spisanej piórem autorów określanych dzisiaj mianem pionierów fantastyki naukowej, jak chociażby Juliusz Verne, Herbert George Wells czy Mary Shelley, co może być odczytane jako błąd spowodowany usilną chęcią klasyfikacji i systematyzacji. Ani „Frankensteina" (1931), ani „20,000 mil podmorskiej żeglugi" (1954), ani „Wehikułu czasu" (1960) nie można nazwać steampunkiem z prostej i oczywistej przyczyny - materiał źródłowy wybiegał w przyszłość, a steampunk zmienia przeszłość. Wizerunek świata przedstawionego musi być determinowany przez wiedzę, jaką posiadł autor, zdolny w swojej prozie czy filmie umieścić wynalazki faktycznie bazujące na współczesnych mu, działających mechanizmach. Steampunk to udawanie, a nie przewidywanie, a więc profetyczny aspekt SF jest tutaj praktycznie nieobecny, bo zbędny. Steampunk charakteryzuje brak celowości - ma wyglądać, a nie myśleć, choć oczywiście dostarcza autorom wielu użytecznych narzędzi narracyjnych, do tego niezwykle atrakcyjnych, świeżych, nowych, zdolnych zmienić naszą optykę amerykańskiej mitologii kowbojskiej („Bardzo Dziki Zachód"), klasyki powieści awanturniczych („Trzej muszkieterowie") czy wiktoriańskiego kryminału („Sherlock Holmes"). Czy podobny lifting faktycznie jest niezbędny tym z ducha kinowym opowieściom?

Całość w styczniowej "Nowej Fantastyce".

Jeśli komuś mało podobnych klimatów, zapraszam do lektury krótkiego tekstu o filmach przygodowych w kontekście nowego "Sherlocka Holmesa", opublikowanego w Portalu Filmowym.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Moja jedenastka czyli krótkie podsumowanie ubiegłorocznych gniotów

Kolejna po mojej dziesiątce najlepszych filmów 2011 roku lista, tym razem ze zeszłorocznymi śmieciami, niewypałami, rozczarowaniami i zwyczajnym chłamem. Nie uwzględniłem produkcji polskich, kolejność nie jest znacząca, a gdzie mogłem, podlinkowałem do swoich tekstów o filmie.

1. Sanktuarium
2. B-girl
3. Transformers 3
4. Zamiana ciał
5. Conan barbarzyńca
6. Coś
7. Immortals. Bogowie i herosi
8. Agent XXL: Rodzinny interes
9. Noc rekinów
10. Miś Yogi
11. Dom snów

Życzę samych dobrych filmów w 2012 roku, bo mnie szmiry pewnie nie ominą.

Archiwum bloga