piątek, 7 grudnia 2012

Tydzień w kinie - "Frankenweenie"

Frankensteinowski mit stworzenia ożywa w rękach rozmiłowanego w makabresce Tima Burtona, multimedialnego artysty znakomicie rozumiejącego komiczny potencjał tkwiący w horrorze. Dokonując niezbędnych zmian w fabularnym rdzeniu kanonicznej już dla popkultury opowieści, u której problemowych podstaw leży między innymi kwestia wyrzeczenia się odpowiedzialności oraz dosadnie zamanifestowany lęk przed wydawałoby się nieograniczonymi możliwościami nauki uosabiany przez szkaradne monstrum, amerykański filmowiec drastycznie zmienia jej wydźwięk. Niepokoje epoki wiktoriańskiej zastąpione zostały dylematami właściwymi postępowemu pokoleniu wchodzącemu w dorosłość już w nowym tysiącleciu. Moralne implikacje samego aktu reanimacji martwego ciała nie pozostają u Burtona bez znaczenia, lecz powiązane są nierozerwalnie z praktycznymi konsekwencjami takiego czynu – zrezygnowano więc praktycznie z kluczowego dla wielu wariacji na temat mitu frankensteinowskiego pytania o etyczność zabawy w Boga

It's (prawie) alive!
Frankenweenie (9-/10)

Tim Burton nie kryje, że „Frankenweenie”  to jedno z jego ukochanych dzieł, od początku pomyślane jako pełnometrażowy film zrealizowany w całości techniką animacji poklatkowej, która fascynowała go od czasu obejrzenia „King Konga” Coopera i Schoedsacka z 1933 roku. Z uwagi na ograniczenia czasowe i budżetowe ciążące na początkującym jeszcze artyście, pierwsza próba sfilmowania tej historii podjęta przed niemal trzydziestoma laty zakończyła się sukcesem połowicznym, bo choć Burtonowi udało się doprowadzić do realizacji projektu, była to zaledwie półgodzinna aktorska namiastka większego projektu. Studio Disney, rozczarowane efektami pracy reżysera, zrezygnowało z jego usług – na ironię to właśnie Burton będzie potem autorem jednego z największych hitów w historii wytwórni, wyświetlonej w 2010 roku „Alicji w Krainie Czarów”.

Frankenweenie” to film osobisty, bowiem Burton widzi w ożywiającym swojego ukochanego, potrąconego przez pędzący samochód psa Wiktorze odbicie samego siebie sprzed lat: energicznego chłopaka z nieokiełznaną wyobraźnią, który na strychu swojego domu kręci amatorską kamerą krótkie horrory inspirowane czarno-białymi klasykami o gigantycznych potworach. I choć dzisiaj jest już w pełni świadomym swojej artystycznej wizji twórcą, Burton nadal pielęgnuje w sobie młodzieńcze fascynacje kinem, które niegdyś go ukształtowało, czemu dawał dowody już wcześniej – chociażby poświęcając jeden ze swoich długich metraży Edowi Woodowi, reżyserowi kojarzonemu z tanim kinem klasy wątpliwej, czy też angażując weterana horrorów Vincenta Price'a.

Tym samym, prócz oczywistej przeróbki mitu frankensteinowskiego – zresztą nie pierwszej autorstwa Burtona, temat ten podejmował już wcześniej chociażby w „Edwardzie Nożycorękim” – opisywany film staje się  także przewrotnym i niedosłownym tekstem autobiograficznym. A także autotematycznym. Hołd oddany złotej erze horrorów Universalu objawia się tutaj w postaci licznych, acz nienachalnych cytatów, które zręcznie wplecione są w akcję filmu. Kinofilskie nawiązania nie przytłaczają właściwej treści filmu, który, w dużym skrócie, namawia do podejmowania kreatywnych działań i właściwego skanalizowania energii wyzwolonej przez młodzieńczy bunt.

Recenzja ukazała się w dzisiejszym wydaniu "Dziennika. Gazety Prawnej".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz