wtorek, 25 grudnia 2012

Tydzień w kinie - "360. Połączeni"

Oto klasyczna definicja filmu błahego, nikomu niepotrzebnego i w gruncie rzeczy kompletnie nieprzystającego do rzeczywistości, której opisu się podejmuje. Europejska – z jednym wyjątkiem –  wycieczka z kamerą po kilku pocztówkowych stolicach miała być pretekstem, jak zresztą sugeruje tytuł, odnoszący się w pewnym sensie do pełnego, zamkniętego kręgu, do całościowego spojrzenia na skomplikowaną, splątaną siatkę międzyludzkich relacji. Założenie to tyleż ambitne, co karkołomne i w obliczu monumentalnego zadania Fernando Meirelles zwyczajnie poległ. Nawet nie będąc w stanie unieść ciężaru tematu i sprowadzając główną myśl filmu do paru wygłoszonych z emfazą banałów – aż trudno dać wiarę, że wyszły one spod ręki Petera Morgana, znakomitego przecież scenarzysty, autora „Szpiega” czy „Frost/Nixon” – reżyser szczęśliwie nie brnie w napuszoną, artystowską pretensję, ale i tak pogrąża się miałkością spostrzeżeń. A szkoda, bo brazylijski filmowiec to osobowość nie byle jaka, twórca okrzyczanego „Miasta boga”, które zapewniło mu popularność i akces do Hollywood. Tam również kręcił swoje i po swojemu, czego owocem jest „Wierny ogrodnik” oraz krytykowane, acz na swój sposób intrygujące, apokaliptyczne „Miasto ślepców”.

360. Połączeni (3/10)

Akcentowana przez Meirellesa nieprzypadkowość zupełnie przypadkowych zdarzeń jest co najmniej drażniąca. Poszczególne epizody – których akcję osadzono odpowiednio w Wiedniu, Paryżu, Londynie i na lotnisku w Kolorado – z początku wydają się być połączone jedynie tematycznie, zaś kluczem do ich odczytania jest, krótko mówiąc, ludzka seksualność, generowane przez nią pożądanie i próby jego okiełznania zgodnie z zasadami określonej przez religię, kulturę czy nawet prawo, moralności. Meirelles niejako mimochodem poszerza problematykę filmu o nierozerwalne z powyższym kwestie związane z niewiernością i lojalnością, zresztą nie tylko małżeńską, ale i siostrzaną czy zawodową. Po kilkudziesięciu minutach staje się jednak jasne, że wszystkie ujrzane na ekranie postaci kotłują się w jednym tyglu i są od siebie w pewien sposób współzależne, choć nawet niekoniecznie zdają sobie sprawę ze swojego istnienia. Losowość przedstawionych wydarzeń jest jedynie pretekstem do udowodnienia niedoprecyzowanej przez reżysera  tezy o tkwiącej w człowieku przyzwoitości i empatii, które w newralgicznym momentach przeważą nad niegodziwością, na uprzednio topornie przygotowanym gruncie. Pierwszy przykład z brzegu: uciekająca od swojego chłopaka dziewczyna pozna na lotnisku właśnie wypuszczonego z zakładu karnego gwałciciela i – mimo że ten zachowuje się jak rasowy socjopata z hollywoodzkiego thrillera – po pięciu minutach zaprosi go o swojego pokoju w hotelu. Bez obaw, zdaje się jednak mówić Meirelles, wybór ten jest tylko pozornie niewłaściwy, bo dobro i szczodrość zostaną wynagrodzone dokładnie tym samym. To wizja faktycznie podnosząca na duchu, lecz zalatująca fałszem i niewspółgrająca ani z atmosferą, ani z fabułą, z czym wiąże się niezamierzona naiwność zachowań bohaterów.

Scenariusz robi też krecią robotę aktorom, pośród których znalazły się nazwiska pierwszoligowe i tym bardziej szkoda, że Hopkins, Weisz i Law nie mają tutaj zbyt wiele do roboty, prócz wydukania paru frazesów. Meirelles ponosi dotkliwą porażkę nie tylko jako reżyser, ale i obserwator.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".

3 komentarze:

  1. Bardzo słaba recenzja. Żadnych konkretnych zarzutów poza "niewiarygodnymi bohaterami". Na podstawie przytoczonego przez Pana przykładu: Laura poszła do pokoju z Tylerem bo: a) była porządnie wstawiona, b) bardzo podobał jej się fizycznie (co zresztą napisała Hopkinsowi na karteczce). Film jest dobry, miejscami bardzo dobry.

    OdpowiedzUsuń
  2. Najwidoczniej jaki film, taka recenzja, cóż poradzić...

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, wiązałam pewne nadzieje z tym dziełem.

    OdpowiedzUsuń