poniedziałek, 10 grudnia 2012

Tydzień w kinie - "Żądze i pieniądze"

Trudno o większego pewniaka niż Stephen Frears – od piętnastu lat nie zaliczył bodajże ani jednej wpadki, a na jego filmy można chodzić do kina praktycznie w ciemno, nawet nie wczytując się w recenzje czy opisy fabuł, kierując się po prostu widniejącym na plakacie nazwiskiem. „Żądze i pieniądze” nie są może spektakularną wpadką, podobne dziełko można by łatwo wybaczyć mniej utalentowanemu artyście i machnąć ręką na tę letnią historyjkę, jakich w kinie tysiące, ale w przypadku angielskiego filmowca jest to potknięcie, którego zlekceważyć nie wolno.

Żądze i pieniądze (4+/10)
 
Scenariusz oparto na bestsellerowym pamiętniku niejakiej Beth Raymer, wczoraj striptizerki, dzisiaj pisarki i dziennikarki. Raymer w swojej książce opisała pełną wybojów drogę, jaką przebyła od erotycznej tancerki i internetowej modelki w serwisach dla dorosłych do bukmachera w Las Vegas. „Żądze i pieniądze” to podkoloryzowany i niepotrzebnie uromantyczniony wycinek z jej biografii.

Miasto neonów jest dla parającej się prywatnym tańcem dla nie zawsze stabilnych psychicznie klientów Beth niczym ziemia obiecana i nawet kariera kelnerki wydaje się alternatywą lepszą niż wszystko to, co ma jej do zaoferowania rodzinne miasto. Pakuje więc graty do auta i rusza na poszukiwanie szczęścia. Materializuje się ono pod postacią Dinka, lokalnego speca od spekulacji i zakładów bukmacherskich o twarzy Bruce'a Willisa. Beth działa jak istny amulet szczęścia, więc zostaje od razu przez niego zatrudniona, co nie podoba się skrajnie zazdrosnej żonie Dinka – jest już jednak za późno, bowiem i jedno, i drugie nie może zebrać myśli, kiedy się ich rozdzieli. Mężczyzna zmuszony jest przemyśleć swój układ z małżonką, a dziewczyna szybko się odkochać, co nie będzie aż takie trudne, bo na horyzoncie zjawia się przystojny dziennikarz Jeremy.

Szczęśliwie „Żądze i pieniądze”  nie stają się kolejną opowiastką od zera do milionera, choć przesycone są słodyczą niczym z produkcji przeznaczonej dla publiki nastoletniej; i właśnie w niedookreśleniu widowni docelowej leży jeden z głównych problemów filmu Frearsa. Zbyt to grzeczne i zachowawcze dla dorosłych, zbyt mało interesujące dla młodszych. Sam humor jest letni, fabuła w gruncie rzeczy infantylna, a postacie widzowi obojętne – mimo znakomitej obsady i świetnej roli Rebekki Hall jako uroczej, ale nieco naiwnej, dopiero poznającej meandry świata wielkich interesów i dużych pieniędzy Beth.

Recenzja ukazała się w "Dzienniku. Gazecie Prawnej".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz